Zawiłości bawełny

Macica nie wykarmi wiedzą spragnionych
którzy przestali wierzyć bajkom
którzy bez posiadania racji
istnieją w koszach na śmieci
logika nie stworzy połączeń astralnych

udowodniono zgodność rzędów cyfr
realia nie wynikną poza zawiłości bawełny
patrzenie w oka mgnieniu zobaczy więcej
w otchłani niesprawnych neuronów
spora zawartość wysondowanej prawdy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Akcent ideologii

Akcent tak zwanego życia
unieśmiertelniony genetycznie
absurdem ideologii dna
rozmazy zakazów czyni ma wiara
skazany na miłosierdzie maszyn
nie powiem abym rozumiał boże wybryki.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

W ramach pustki

Bezsenność jako niebyt na własny koszt
powrót nieoczekujący konkretu
wiary w ludzi sięgającej nieoznaczoności
bezkierunkowość wykreowanych postaci
ich dynamiczny substytut na osobistą wyłączność
ustabilizowany jedynie w świadomości
przemieszczany w ramach pustki
uzbrojonej na wszelki wypadek
w błękitne kule wynaturzeń.

błękitne kule

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

W magazynie osób mniejszych 14

Obecnie najbardziej doskwiera mi inna, mała suwerenność tego kraju. Otóż, krany. Staram się ze wszystkich sił znaleźć szczwane rozwiązanie higieniczne dla problemu z moimi aktualnymi sanitariatami, w których jest bardzo dużo małych kraników. Podobno małe jest piękne, ale naprawdę zdecydowanie wolałbym jeden duży kran, jak w domu, niż dwa malusie – w jednym wrzątek; w drugim zimna woda. W przypadku zlewu daje jakoś radę, ale jeśli chodzi o wannę, to moja wyobraźnia (o której zawsze miałem mniemanie, że jest posunięta na drodze mlecznej, jak prom po eksplozji wszystkich zbiorników paliwa przy zachowaniu trzeciej prędkości kosmicznej) po prostu nie starcza. Bo jak do licha mam sobie umyć głowę jeśli nie ma tam nawet przenośnego prysznica ręcznego? Najpierw w zimnej wodzie, potem we wrzątku, czy na odwrót? Przecież tylko mordę mam niewyparzoną. Może powinienem najpierw napuścić całą wannę wody z obu malutkich kraników, a potem włożyć do niej głowę? Jeszcze będę nad tym myślał.

Póki co pracuję w czapce, głównie dlatego, że tutejszego magazynu, w tej malutkiej metropolii jakim jest Manchester nie stać na ogrzewanie. A magazyn jest ze trzy razy mniejszy niż ten w Antrim. Więc teoretycznie byłoby łatwiej go podgrzać. W Irlandii panowały ludzkie warunki pracy, przynajmniej pod względem temperatury. Nie bez powodu zapewne jestem właśnie tu na banicji, a nie na Karaibach pod palemką od drinka zwaną parasolką. Na razie czapką ogrzewam bezużyteczny w pracy mózg, do czasu aż sobie coś na głowie wyhoduję. Chyba przestanę zwalczać łupież, bo tak mi tu brakuje rozrywek… Będzie pełnił wielopłatową funkcję izolacyjną. Albo chociaż jakaś mała epidemia wszawicy? Są rzeczy, którymi mógłbym się dzielić nieprzerwanie. Tak się tylko zastanawiam, czy jakbym poprosił to ktoś by mi przysłał z Polski jedną, malutką gnidę? Okazałoby się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem!

Fakt, mamy tu parę gnid w pracy i pewnie w każdym zbiorczym domu też, ale ja bym chciał mieć taką osobistą z pierwszego tuczenia ze znanego źródła, żeby było wiadomo, co to wcześniej żarło i w kogo się wdało. Bo zawsze trzeba mieć coś swojego i na własność. Na obczyźnie dopiero zdałoby się. A tu tylko iluzje. Iluzja tego, że Anglicy są słowni. Iluzja, że pośrednik się o nas troszczy. Że zarząd magazynu chce abyśmy byli w pracy szczęśliwi. Iluzja normalnie wiedzionego życia. Nie żeby w Polsce było lepiej. Tam jedynie iluzje są bardziej zrozumiałe, bo w ojczystym języku. Wszystko w Polsce jest bardziej iluzoryczne niż prawdziwe. Gdy tu opowiadam Anglikom o realiach życia u nas, to się dziwią, czy to aby na pewno jest możliwe przeżyć za pieniądze, które tam zarabiamy? Lub nie zarabiamy wcale, jakoś żyjąc. Idyllicznie, jesteśmy uduchowionym narodem, pełnym wiary i nie potrzebujemy rzeczy materialnych do życia. Ciekawe, że w krajach wyżej sytuowanych raczej nie wierzą w cokolwiek ponad konsumpcję, a mają się lepiej. Przynajmniej taka jest iluzja, której wszyscy się trzymają. A w Polsce Bóg nadal musi wysłuchiwać koncertów życzeń i dmuchać w tę maszynkę lotto do unoszenia piłeczek. Wcale się nie dziwię, że jest przychylniejszy dla innych krajów… Złote rybki, kiedy się orientują w jakim kraju przyszło im pływać, od razu automatycznie wywracają się brzuchem do góry i symulują śmierć przez utopienie całego organizmu. Dajże mi kurdele też! Najlepiej sto milionów.

Bezcelowe wzory wyobraźni – ilustrowane

Aby przeczytać wiersz kliknij w obrazek

Autorką ilustracji jest Anna Bukowska-Bączek

Ropa

Milczące bryły słów
wytrwale tropią
zderzenia teraźniejszości wiedzy
z watahami krzyczących masywów
dryfują profesjonalnie
do żerowiska wiary
nieskończona obojętność
bezmyślnie kochająca boga
prawda komplikowana zderzeniami
antagonistyczne argumenty
i trwałe wiązania przekory
prostota uczuć
podejrzana w prostej linii
szczerość bliska rezygnacji
ropą zalepia oczy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Narzędziownia mroku

Mrok oślepiający słońce
łypie zza rogu obfitości
opisuje karton mieszkalny słowem radość
zlokalizowany na ulicy chłodnej
tuż za winklem szczęśliwej
usianej psimi kupami
w aglomeracji zażyłych blokowisk
gęstych wyobcowaniem
spoufalonych przy zsypie
mrok odrobinę ordynarny
pod włos ogólnie przyjętej pamięci
której przekornie niedoświetla
omija płycizny głęboki łukiem
i nie odbiera parafialnych awizo
w narzędziowni wiary trzyma skorupy
burzące klarowność świetlistych sztuczek
podwaliny szoruje czymś z domestosem
by poza mrokiem nie było zamętu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Z rynsztunkiem pod ołtarz

Panowie
tutaj z tym industrialem
z rynsztunkiem pod ołtarz
ofiar naiwnego dzieciństwa
spędzonego na wysyłaniu próśb do nieba
w kopertach bez miejsca na adresata
małe przeoczone znaki
zurbanizowane doświadczeniem
próbują wracać z przeszłości
jak zabłąkane w czasach wojen listy
niezależnie od aktów teizmu
chcą się uteraźniejsić
rzucić w bielejące oczy
wobec ostrzegawczych wiadomości
na tle sygnałów wielkiego miasta
pod ostrzałem manipulacji
hipokryzja dodana do wody pitnej
lemniskata historii w oparach absurdu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Demon czegokolwiek

Diabeł już się zbudził i rozciąga z rana swoje kręgi
nie wierz w podrygi duszy te samostrawione sfery możliwości
polewa je markowymi perfumami demon czegokolwiek
roznieca zdania pięknym życiem się wykazujące
a dając słowo w zamian dostajesz wiązankę

potęguje samotność zażyłością blokowisk
oferując wizytę u kręgarza w spa
odwija ze ścierek kanciaste skraje masywnych urządzeń
zwalnia stróżki z twojego domu napełniając pokoje niepokojem
nie przeleje jednak na swe konto głównej wygranej żywota ateisty
zapomniał że niewiara nie ma sił by tworzyć czy niszczyć.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Udające martwe

Cisza nabyta na drodze dobrego i złego
jej słowa leżą na brzegu morza
pozostawione przez wszystkie odpływy
zapaści w sobie
obok umierają sowy
trochę rozmrożone
udające martwe
jeszcze wierzą w kolejny przypływ zubożałej jaźni
i że będzie to dla nich coś znaczyć.

 

MYŚL PIERWOTNA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

SOR – system ograniczonej radości

Zaufanie obciążone hipoteką
spłaca raty pogardą osoby fizycznej
plus oprocentowanie cynizmu
jako mechanizm zabezpieczeń
system ograniczonej radości
ewentualnie miłość do przedmiotów
prezes zarządu dogmatu
i członkowie rady nadzorczej do spraw wiary
nie są w stanie wyegzekwować
umorzenia karnych odsetek za niechęć
księgowaną głównie do serca przymiotu.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Eksterytorialni

Upłynęło wiele naszych wód
obecnie eksterytorialnych
nie stało się z nami nic
nic zgoła dobrego
jeśli czas zatrzymuje się chwilami
to stoi najczęściej po nic
porozmieniani na drobniejsze
z braku grubych nominałów wartości
przy coraz niższych kredytach zaufania
i coraz wyższych ubezpieczeniach ryzyka wiary
prognozy wskazują na niże
pomylić się mogą najwyżej
a nam nie wolno
z tych zjawisk którym wszystko można
niektóre tylko raz.

Mądrość meduzy

Odejmujesz mnie od swoich obejm
obojętnie zachowując upór
bez końca neguję pokorę
poprzez odbarwione włosy
jestem jedynie naczyniem na krew
nie chcę takiej wiedzy
mądrości meduzy
w chaosie twych rąk
nic w co mógłbym uwierzyć
nieokreśloność skały

z wyrwą.

Enancjomeryczny

Słowotoki szeptu w strumieniach choreografii enancjomeru ciała
to łatwiej zrozumieć niż milczące kwiaty starości szykowane za życia
albo śmierć cichcem igrającą z moim poczuciem humoru
dość agresywny taniec z bogiem zsyłającym ciągłe skurcze pęcherzyków płucnych
moje beztlenowe serce bez ciebie
wierzę
że nie zechcesz i nie zdołasz tego zrozumieć.

Oddech mimozy

Oddechem mimozy życie podchodzę
na rozstajach serca zawracam
migają jupitery ostrzeżeń co do siebie
nie wymyślę jutra skrawanego religią
przed sobą nie ochroniłeś mnie boże
zostałem sobą ale nadal z tym walczę
sto lat samotności co do sekundy
niewytworzonej wiary poza słowem
nie ważę się myśleć o mądrości jeśli
nigdy nie powiem.

Bezcelowe wzory wyobraźni

Smugi świecowych kredek
na ślepych zaułkach luster
bezcelowe wzory wyobraźni
zdradzające dziecko
czarna tęcza drgająca ramionami
czerwone oczy ścian
albinotyczne króliczki na bieli
dzieciństwa
ortodoksyjnej wyznawczyni wiary
w nic wielkiego
praktykującej autoagresję traumy
nawet po wyparciu się siebie z pamięci
kolejny raz całkiem egoistycznie
bardzo pragnie się skrzywdzić.

 

LINK DO ILUSTRACJI

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Arkadia grzechu

Podobno to jest czas poszukiwania
winni grzechu bycia sobą klęczą tyłem do konfesjonału
bezmyślne perseidy upadając na ziemię strąciły organ winien grzechu
musi tam ktoś być
bez cenzury potępieńców

koncentraty żywego srebra dawniej
życiodajne złoża zubożone jabłkiem
wiara w siebie skażona gorliwym plugastwem lub kłamstwem
uroczysko bez niej
niewiara nie ma w sobie sił by tworzyć czy niszczyć

zaburzenie replikacji utraconej wiary
podążanie trwale w dziwną stronę
mając pewność następstwa grzechu
arkadia szczęścia przyoblekają podejścia
i piekło.

Krańce

Namiętność to kraniec
do którego może dotrzeć tylko serce
jak poryw wiary w człowieku niewierzącym
konfesja nie na łożu śmierci
odwzajemniona miłość
gdy nikt już się jej nie spodziewa.