Nalot dywanowy obłędem kolistym

Wierność ma dywanowo zapewnioną wieloletnią obronę
zespołu do spraw przeciwdziałania ateizacji przed profanacją
ze strony obleczonych w lakierowane skóry ciał niewierności
rozmiłowanych umiejętnością pukania w niemalowane
niby nie ma żadnych naukowych dowodów na smakowitość
jakże foremnych ciasteczek z wróżbą przed wypaleniem
niepewność prawi kazania by zapobiec gwałceniu doktryny szoku
zupełnie nie mówi rzeczy z tych wyśnionych pod nogę do taktu
tańcują nierówno zabobony w świetle negacji księżyca i magii
podstawowa ewidencja ułomności sugeruje ulepszanie gatunku
w trakcie nalotu obłędem kolistym wycelowanym na prokreację.

Przestrzeń pośrednia

Wspólna konstrukcja wsporcza
ponad ziemią
przestrzenie graniczne
a raczej miejsca pomiędzy nimi
nachylone w kierunku wstępu
do fuzji przeznaczeń
zespoły przewodów wspólnego obwodu
biegnące nieodłącznie obok siebie
międzybyt nie oddany jeszcze do użytku
z mnóstwem zamieszkałych cel w izolacji
pogranicza naszych trajektorii
bez możliwości wstępu
karty magnetyczne po stracie ważności
nachylenie niezmienne
zawieszenie równi pochyłej
bez dostrzegalnej możliwości spadku
otuliny po stratach szczelności
zaciskają w sobie piękno
przeskoków wiązki światła
wizyjne refleksy stali
jak miriady błysków w oczach
na matowych dwuwymiarach zewnętrznych
w nowych warunkach konsumpcji i miłości
trzeci wymiar bywa błyskiem forsownym.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Energetyczny

Nowy rozkład siły
energetyczne powinowactwo odszczepionych mas
zasymilowani w centrum multiplikowanych stoisk handlowych
torem pozornego szczęścia
nieodwracalność reakcji na samotność zadawaną tłumem
w załamanym świetle jarzeniówek energetyczne wychwycenie fali środka
obiektów dryfujących niezależnie
trwałość wiązań warunkuje czas.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Żadnych gwałtownych ruchów – wiersz multimedialny


LINK DO WIERSZA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Niepokój

Droga Mleczna – z cyklu Poezja toaletowa

Kliknij w obrazek

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Lost & Found Mega*Zine #3

Numer 3: Światło i mrok

ENGLISH VERSION HERE

Otrzewne kręgi atoli

Zamknąłem własną książkę skradzioną na wyprzedaży
niepiśmienni nędznicy rymujący donosy artystyczną czcionką
ślepe latarnie morskie z drugiej ręki brzegu
otrzewne kręgi atoli pokonane bez napęczniałej żyły wiedzy
magia dodana kroplami inkaustu mnoży muśnięcia na powierzchni głębi
ocean światowy trzaska sztormami o krawędzie światła
serce żywiołu nie nabawiło się potęgi i siły
misterna konstrukcja niełamliwych elementów
nie obrusza się zdławionym chrząknięciem ostentacji
widziała niejedno.

Narzędziownia mroku

Mrok oślepiający słońce
łypie zza rogu obfitości
opisuje karton mieszkalny słowem radość
zlokalizowany na ulicy chłodnej
tuż za winklem szczęśliwej
usianej psimi kupami
w aglomeracji zażyłych blokowisk
gęstych wyobcowaniem
spoufalonych przy zsypie
mrok odrobinę ordynarny
pod włos ogólnie przyjętej pamięci
której przekornie niedoświetla
omija płycizny głęboki łukiem
i nie odbiera parafialnych awizo
w narzędziowni wiary trzyma skorupy
burzące klarowność świetlistych sztuczek
podwaliny szoruje czymś z domestosem
by poza mrokiem nie było zamętu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Zakręt obręczy

Wysoce aktywny zakręt obręczy
na którym zawisła twoja rzeczywistość
przywołuje głodne duchy z pamięci
zwabione światłem rozwieszonych lampionów
dokonacie razem palenia świata
by bez bagażu kreślić nowe zakręty
na jawie oburęcznych płomieni
we śnie zaprzeszłych kalendarzy
zakręt obręczy znosi na pobocze
pełne wyprysków bólu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Agresywność względem betonu

Zwietrzelina promieni szukających błysku
natężeniem emisji próbująca nagryźć beton permutacji
według parametrów losu stwardniałe klepisko
matowy połysk lakieru na karoserii
lub jak mówią fachowcy od zimnego łokcia
tuż po analizie widma
brak połysku
agresywność względem betonu wiązki światła
szukającej kontaktu w snopach i odbicia
szara breja impulsów fotonowych utwardzona dechą
dwuwymiarowa zależność ciągła śladów bieżnika
na drodze kół fortuny z monster truck’a
pochłaniacz refleksów o częstotliwości blasku
ciało doskonale czarne
niczego nie wypuszcza.

Najmniej możliwości w portalu

Miejscowe obroty możliwości ciał
na gzymsie zmysłów i nie tylko
powrót do poprzedniej sposobności plus pewność
że nie była właściwą
igraszki na linie bez asekuracji
wysokości obłędu nad separacją
emocjonalna przypadłość uskrzydla
nie w systemie zależności niskich lotów
pozbawiona odporności na rewanż
radość rozchełstanej równowagi
na którą rozsądniej sobie nie zezwalać

twarz przesiąkająca ziemią
spłyci zwierciadła błękitu
niefortunne krawędzie budowli
w związku z dopasowaniem do oczu
noc przybierze powietrzne ślady walk
użebrowanie gwiazd pozamyka światło
a serce jedyny dostępny portal
kruchość postrzępionych chmur
przerysuje mrokiem oczy obserwatora.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Znaki plus

Podświetlając od dołu zapis linii życia
pozostają tylko znaki
bez mitomanów udających przyjaciół
w dziale akcesoriów lateksowych
codzienność zanika
światło spłaszcza bilans
wyborów poczynionych w biedronce
w zestawieniu istotny jest plus
wyskoki charakteru
pomimo czerwonych świateł i kartek na buty
stany zapalne organizmu
wyścigi szczurów przez lasy deszczowe
wszystkie dodane znaki
dające sens ogólny
bycia sobą na plusie.

Most między nami

Opakowania środków

Pozbieraj odpady światła
których nie można przetworzyć
większe posklejaj kropelką
drobne zawieź do spalarni
ze spalenia światła powstanie jasność
będzie pasowała do cieni twojej duszy
jako duszna naświetlarka
zestaw cieni zawsze był gratis
za kupony promocyjne z opakowań środków
do higieny intymnej u psychoterapeuty
podejdź ze stosunkowym dystansem
dalsze instrukcje doczytaj na ulotce.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Choler Advert Part 1


LINK DO KOLEJNEJ REKLAMY

Filmik zajął I miejsce w konkursie na wizualną reklamę bloga. Organizatorem turnieju była witryna systemów reklamowych AdTaily. Konkurs przeznaczony był dla użytkowników serwisu blog.pl i miał na celu szersze wypromowanie blogosfery. AdTaily obecnie nosi nazwę Yieldbird.

Wektory

Pęd wokół nici losu
wyścig z przeznaczeniem
po równi pochyłej
światło z którym się mija
połączenia szeregowe punktów zbornych
między liniami papilarnymi
metafizyka wystawiona na grawitacje
wektory przyłożone do serca
z siłą dośrodkową
dryf w krwiobiegu
przyśpieszenie w zestawieniu
coraz słabszy opornik
coraz większe tarcie
coś ponad rekombinacje atomów.

Każda długość czerni

W zamyśle własnej znajomości
odosobnienie przyciśnięte kamieniem
adoracja egocentryka według wzoru z kartonu
mistyczne macierze bez wypełnienia
ewentualnie odrobiną trocin z czucia
źrenice pełne pożądania dla chwil
błyszczących uzewnętrznień powierzchni
z lukrowanymi guziczkami
kontra rozum próbujący je pokonać
każdą wiązką światła
o różnych długościach barw
z tendencją do czerni
by nie ulec cynizmowi
konsumującemu encyklopedie
z plastikowej tacki wyprodukowanej w Chinach
to wszystko zawróżkowane magią
ma się nijak.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Światło alarmowe

 

 

Ludzie nawet nie zauważają
kiedy gasną w tobie wszystkie światła

 

 

poza diodami LED w trybie czuwania.

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE

Wszystkie członki w domu

Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Mieszkacie przytulnie we własnym, osobistym mieszkanku odziedziczonym po starszym bracie, który założył rodzinę, zapragnął zwiększyć swój metraż i przeniósł się do innego miasta. Mieszkacie spokojnie od poniedziałku do czwartku, a przed piątkiem robicie duże zakupy, zamykacie drzwi na wszystkie zamki, zasłaniacie okna i udajecie, że akurat w kolejny weekend nie będzie was w mieszkaniu. Wszystko z jedynego powodu. Wraz z mieszkaniem odziedziczyliście przyjaciela mieszkania tj., chciałem powiedzieć, przyjaciela brata.

Człowiek z gruntu poczciwy, miły, wręcz usłużny, a do tego zdaje się inteligentny. Przyjeżdża prawie co tydzień ze wsi, z której odjeżdża tylko jeden autobus dziennie (to będzie istotne w toku dalszych wydarzeń), aby ambitnie uczęszczać na studia zaoczne w dziedzinie zbliżonej do informatyki. Dobrze mieć takiego znajomego, co zawsze pomajstruje przy komputerze i naprawi to, co Bóg raczy wiedzieć jakim sposobem udało nam się wczoraj wykasować, albo skonfiguruje ze sobą wszystkie osprzęty, które według sprzedawcy miały działać ze sobą w komitywie, ale z powodu różnicy charakterów mają z tym problem. Poza tym, zawsze to miło jak w weekend ktoś wpadnie i pogada, prawda? Niestety sprawy mają się trochę inaczej i nasza gościnność, poczucie dobrego smaku oraz kultura osobista zostają wystawione na ciężką próbę. Nie wspominając o aktywności połączeń nerwowych.

Przyjeżdża taki gość do nas w piątek z rana, tak że jeszcze zdąży nas obudzić. W sumie to nie wiadomo dlaczego właśnie w piątek, skoro w piątek nie zwykł udawać się na jakiekolwiek zajęcia. Przyjeżdża i jest. Tak po prostu, bez słowa zapytania czy może, albo czy mamy czas, ewentualnie ochotę. Jest i trwa przy nas. Przecież był tu jeszcze zanim my się pojawiliśmy. Więc jest. Od zarania dziejów. A my ze względu na brata i poszanowanie jego przyjaciół godzimy się na przypadkowego lokatora.

Jest w piątek, jest w sobotę, bo tak się złożyło, że długo siedział przy komputerze i nie wstał z rana na zajęcia, a potem to już nie było sensu wychodzić. Jest w niedzielę. Chyba z czystej przyzwoitości udało mu się trafić na jakieś zajęcia, ale bez przesady, trzy godziny ćwiczeń to niehumanitarne zagrania uczelni wymierzone przeciwko całemu społeczeństwu, które pozbawia się możliwości godnego zdobywania wiedzy. Tak się zupełnie przypadkowo składa, że dokładnie wiemy o jedynym autobusie o 16:30, który może zawieść naszego gościa do domu, ale cóż, jest 14:00 i dowiadujemy się mimochodem, że chyba, z niewiadomych, bliżej nie określonych powodów, nie uda mu się na niego zdążyć. No więc spędzamy uroczy niedzielny wieczór na pasjonującej nas niezmiernie rozmowie o broni i metodach samoobrony, bo jak się okazuje to takie małe hobby naszego przyjaciela. Dowiadujemy się ponadto, że aktualne studia są piątymi z kolei, po równie fascynujących czterech poprzednich, których tylko przez wyżej wspomniany, kulawy system szkolnictwa wyższego nie udało się zakończyć powodzeniem. Przed spotęgowaniem nerwicy natręctw, objawiającej się wbijaniem rozgrzanych szpilek w specjalnie do tego celu przygotowaną laleczkę voodoo, ratujemy się pobytem w łazience, z bardzo prostej przyczyny. Jest to najrzadziej odwiedzane miejsce naszego współlokatora, co najmniej od piątku.

Jest w poniedziałek. Wracamy z pracy, nie wiedzieć czemu, jak do własnego mieszkania i widzimy przewalające się przez pulpit naszego komputera rozhulane nagie pary i inne konfiguracje ludzi nie całkiem ubranych, ogarniętych żądzą feromonów na drodze chuci tarcia i akrobatyki sportów wyczynowych. Z pewną taką nieśmiałością pytamy, co to niby ma być, by dowiedzieć się, że znalazł to w naszym koszu na śmieci, który swoją drogą opróżnia się automatycznie, zawsze przed zamknięciem systemu. Nie muszę dodawać z jakim trudem zawsze przychodzą nam przeoczenia we własnym komputerze przyrodniczego filmu akcji. Z niczym nieusprawiedliwionej kurtuazji wolimy nie pytać w jakim celu grzebał w naszym koszu na śmieci. Do odczytywanych przez niego wiadomości z komunikatora zdążyliśmy się na szczęście przyzwyczaić kilka tygodni wcześniej.

Oczywistym chyba jest, że nasz nowy ulubiony domownik nie poczuwa się do odpowiedzialności za jakiekolwiek utrzymanie mieszkania w formie przyjemnej do użytkowania, nie czuje się również zobligowany do tworzenia wkładu w życie lodówki. Cieszymy się już z tego, że chociaż gasi w niej światło. Bo tak poza tym, to uważa nas za idiotów wmawiając nam, z resztą mało profesjonalnie, mnóstwo kłamstw w żywe oczy, na przykład co do obsługi komputera.

Zapytamy więc, w czym problem, skoro gość nam nie odpowiada, to czemu go nie wyprosimy? Otóż, nie da się. Niby inteligentny, a na żadne aluzje nie reaguje. Gdy nawet już wzbierze w nas złość na tyle by doprowadzić do pęknięcia nabrzmiałego od trzech dni naczyńka w mózgu i powiemy mu, co nam się nie podoba, to i tak albo nie zrobi to na nim żadnego wrażenia brzemiennego w skutki, albo zrobi minkę maltretowanego dziecka z patologicznej rodziny, które zlano pasem ze sprzączką po nerkach. Poczujemy się wtedy jak ostatnie dranie wyzute z każdej odrobiny podstawowego miłosierdzia.

Teraz nikogo już nie dziwi obniżenie kontaktów międzyludzkich w dobie coraz powszechniejszego osieciowania i globalizacji oraz weekendowe barykadowanie się w domach. Pozostaje nam wystukanie na klawiaturze, co o tym wszystkim myślimy, założenie bloga, ustawienie go jako stronę startową w przeglądarce i umieszczenie tam naszych przemyśleń o wszystkich członkach rodziny z nadzieją, że umieją czytać ze zrozumieniem.

Wszelka zbieżność z autentycznymi wydarzeniami i postaciami jest zamierzona. Zmieniono szczegóły, aby uczynić fabułę bardziej uniwersalną.