Dotarłeś już prawie do końca tego bloga

Oficjalna informacja jest taka, że z końcem stycznia 2018, tuż po skończeniu 15 lat życia, strona choler.blog.pl kończy działalność.

Temperatura metalu

Wszystko, o czym myślałem wcześniej, straciło znaczenie. Bezsilność odzierała egzystencje z jakiejkolwiek treści, a gniew narastał potwornie kształtnie wobec odniesionych strat. Jedna informacja zdeklasowała wszelkie dotychczasowe priorytety. Wewnętrzny ład wypracowany przez lata pracy nad sobą, nagle okazał się warty mniej niż gruba waluta po denominacji. Odczytałem zaistnienie faktu wcześniej niż inni. Nie chciano mówić o szczegółach przez telefon, ale ja wiedziałem już w momencie kiedy tylko padło pytanie:

- Co się stało?

Oczywiście wytłumaczyłem to sobie jako kolejne czarnowidztwo na motywach moich ulubionych skłonności, zazwyczaj polegających na szukaniu w mroku wszelkich prawdopodobnych rozwiązań. Uwielbiałem prorokowanie nad próżnym. Przewidywanie w możliwościach, które zazwyczaj nie mogły się wydarzyć. Niestety, tym razem wyobrażenia okazały się trafne. Tak absolutnie, idealnie i stuprocentowo w punkt. W sam środek podłości. Przebłysk świadomości szybszy niż impuls we wnętrzu światłowodu.

- Sąsiad nie żyje. Zginął. Na miejscu. W wypadku samochodowym. Wczoraj. Popołudniu.

Wczoraj, kiedy jako niezrealizowane medium przeżywałem kolejne nic nieznaczące załamanie. Chwilową zapaść w sobie opartą na bazie niemocy. Zwykłą nieciągłość stabilnego nastroju, niewartą wzmianki w katalogu zdarzeń. Była to jednak poważna, emocjonalna wyrwa, niczym przydomowa depresja w obejściu samotnej chatki posadowionej w Alpach, w strefie lodowców. Dokładnie wtedy, wczoraj popołudniu, w pewnym momencie ogarnęła mnie fala pozytywnych odczuć. Do tego stopnia optymistyczna, że zacząłem śmiać się w trakcie ślęczenia nad książką i czytania po raz setny jednego zdania, które wciąż przepadało w próżni pomiędzy kartką, a stanem mego umysłu. Jednocześnie pomyślałem, że wariuje, i że to jakaś wyższa moc oświetliła na moment moje utytłane w czerni myśli. Chociaż według osobistego pojmowania, oba te zjawiska na raz zdecydowanie się wykluczały. Nie odbierałem nigdy ciemności i światła jako zjawisk choćby zbliżonych do zborności w swym występowaniu. Teraz już wiedziałem. Połączyłem punkty w czasie. Jeszcze nie oszalałem. Odwiedził mnie sąsiad. Jako przepływające lśnienie. Stanowiłem bowiem drobny fragment życia zmarłego, a to akurat w tamtej chwili całe życie wyświetliło mu sie przed zamykanymi na wieki oczami. Umykająca z ciała energia, która po drodze do domu powraca wszystkimi kanałami, które kiedyś odwiedziła, lub które kiedykolwiek dały jej powód do zaistnienia. Przemknął obok mnie jak wiązka fotonów, widoczna jedynie dla serca. Jeden z tych bardziej lubianych przez mnie współmieszkańców. Jak na ironię. Wiadomo, chamów nie wzywają do nieba przed czasem. Mieszkał dwa pokoje dalej. Był taktowny i kulturalny. Inteligentny, szczupły, wysoki, przystojny. Dostał od życia pełen pakiet. Na krótko. Jakby tylko wypożyczono mu to wszystko bez możliwości prolongaty. Niewyobrażalne świństwo losu, darowane w ozdobnej szkatułce z bogato inkrustowanymi złotem detalami. Jak tort urodzinowy przełożony najmniej szlachetną z pleśni. Wczoraj martwił się o stan projektu jaki miał przygotować do pracy, a dziś osiągnął temperaturę metalu w przemysłowej lodówce. Jutro po nim zapłaczą. Pojutrze załamią ręce. Za tydzień uczczą chwilą milczenia. Za miesiąc zapomną. A ja to wszystko będę czuł.

Kilka dni później odbył się pogrzeb. Wiało i rzucało lodem jak w styczniu na tatrzańskiej Dziurawej Przełęczy. W kaplicy spotkałem jego brata. Wychodził z matką z zakrystii. Szli pod rękę. Choć w zasadzie to ona prowadziła jego. A raczej jego umęczone ciało pozbawione chęci życia i sensu ku temu. Identyczne z wyglądu i w szczegółach zachowania, jak to u bliźniaków. Wtedy już nie wytrzymałem.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALU DESPERAT-ZINE

Wizualne okazanie

Trędowate wiersze
niewidoczne
jak kulturalni ludzie
z objawami
które nie dają wizualnego okazania
rzucone w pustostan
o niezwieńczonym gmachu
mogą umrzeć
w dogodnie wyznaczonym przez lekarza terminie
bez podania medycznie racjonalnych przyczyn
jedynie maszkaron
spektakularnie zakończony gargulcem.

Golem zaczepno obronny

Kłamstwo osiągając trzecią prędkość kosmiczną
zaczyna demonstracyjnie wypadać z błotnej koleiny
zrzucając wylinkę zdechłego truchła
przechodzi w fazę scalonej kupy gliny
brakującego katalizatora przymilnej anihilacji
embrionu obwieszonego śmiercionośnikami
uruchamia bezduszną masę pozbawioną kręgosłupa
do przesieczenia milczącej od zajadów prawdy
ostatecznie posiada jednak zdolność autoeliminacji.

Progresywne błagania rozsądku

Martwo ciągniona dzisiejszego dnia rozciągłość
bytów w senności
tuż po kambryjskiej eksplozji życia
kruchość prawdy
umiarkowanych zdarzeń odległością
bo każda ma swoje wady
na Gondwanie rozumu drapieżcy z pradziejów
miotają truchłem dziewicy matki
wielkie wymieranie dotyka opuszkami erupcji
wybrańców i resztę
terrorystów stężonych w iluzjach zaprzeczeń
budzących cię martwym
obliczając z ilości wariatów na metr kwadratowy
działania destrukcji
czynniki decydujące nieuczynionych zachodów
niezmienne w szczelnej zawiści
wyszarpane kolory przez kogoś wyposażonego w stado
własną miarą rzeczy
sztucznie spulchniona obojętność matki natury
progresywne błagania rozsądku
oddali drogą bierności w woreczku żółciowym
na śmietnik.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Odcieki młodości

Śmiercionośność nieba
zerwanego nocą
za serca dnia
na wskroś ku starości
potężne zawirowanie
w pobliżu odcieków młodości
młodości przeczekiwanie
oczekiwanie nieba
nieba
ponitowane trwaniem.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Niegodziwe formy grzecznościowe

Poranieni polityką zagraniczną osób pierwszych
co można zrobić
mącąc słowa zapieczone w wielkiej pragębie
najprzytulniejsze gniazdo
może przytłoczyć blichtrem puchu
skraj luksusowej kanapy może zaciąć żyły do ścięgien
ewentualnie z natury
mącąc słowa zapieczone w wielkiej pragębie
co można zrobić
poza śmiercią kliniczną mózgu
niegodziwe formy grzecznościowe
na poligonie granic pojmowania
różne części prawdy
a każdą od swojej strony
o dupę rozbić.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Blizny w kącikach

Analizuję próżnie
na próżno prószę oczy niczym
życie
wyrzucam do śmieci dla przyszłych pokoleń
znaki naszych czasów
swastyki noszące odblaski
podłużne ornamenty dresu
betonuję stare wiersze
nie odpowiadam na smsy
resetuję czynnik ludzki
przy bliznach w kącikach mam sucho
nie myjcie mi oczu po śmierci
jeśli umrę zbrukany kamieniami
to podrażnia
krawężniki.

Totalna wyprzedaż błogosławieństwa

Na etapie przymusowego bezrobocia afektu
konsensus nieosiągalny
na płatnej autostradzie opętanej promocją
środków zbędnych do końca życia
totalna wyprzedaż błogosławieństwa
ani godna ani sprawiedliwa
miłość jak pustak pod poszwą
nośnikowi krwi umrzeć nakaże
niekoniecznie za karę.

W magazynie osób mniejszych 14

Obecnie najbardziej doskwiera mi inna, mała suwerenność tego kraju. Otóż, krany. Staram się ze wszystkich sił znaleźć szczwane rozwiązanie higieniczne dla problemu z moimi aktualnymi sanitariatami, w których jest bardzo dużo małych kraników. Podobno małe jest piękne, ale naprawdę zdecydowanie wolałbym jeden duży kran, jak w domu, niż dwa malusie – w jednym wrzątek; w drugim zimna woda. W przypadku zlewu daje jakoś radę, ale jeśli chodzi o wannę, to moja wyobraźnia (o której zawsze miałem mniemanie, że jest posunięta na drodze mlecznej, jak prom po eksplozji wszystkich zbiorników paliwa przy zachowaniu trzeciej prędkości kosmicznej) po prostu nie starcza. Bo jak do licha mam sobie umyć głowę jeśli nie ma tam nawet przenośnego prysznica ręcznego? Najpierw w zimnej wodzie, potem we wrzątku, czy na odwrót? Przecież tylko mordę mam niewyparzoną. Może powinienem najpierw napuścić całą wannę wody z obu malutkich kraników, a potem włożyć do niej głowę? Jeszcze będę nad tym myślał.

Póki co pracuję w czapce, głównie dlatego, że tutejszego magazynu, w tej malutkiej metropolii jakim jest Manchester nie stać na ogrzewanie. A magazyn jest ze trzy razy mniejszy niż ten w Antrim. Więc teoretycznie byłoby łatwiej go podgrzać. W Irlandii panowały ludzkie warunki pracy, przynajmniej pod względem temperatury. Nie bez powodu zapewne jestem właśnie tu na banicji, a nie na Karaibach pod palemką od drinka zwaną parasolką. Na razie czapką ogrzewam bezużyteczny w pracy mózg, do czasu aż sobie coś na głowie wyhoduję. Chyba przestanę zwalczać łupież, bo tak mi tu brakuje rozrywek… Będzie pełnił wielopłatową funkcję izolacyjną. Albo chociaż jakaś mała epidemia wszawicy? Są rzeczy, którymi mógłbym się dzielić nieprzerwanie. Tak się tylko zastanawiam, czy jakbym poprosił to ktoś by mi przysłał z Polski jedną, malutką gnidę? Okazałoby się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem!

Fakt, mamy tu parę gnid w pracy i pewnie w każdym zbiorczym domu też, ale ja bym chciał mieć taką osobistą z pierwszego tuczenia ze znanego źródła, żeby było wiadomo, co to wcześniej żarło i w kogo się wdało. Bo zawsze trzeba mieć coś swojego i na własność. Na obczyźnie dopiero zdałoby się. A tu tylko iluzje. Iluzja tego, że Anglicy są słowni. Iluzja, że pośrednik się o nas troszczy. Że zarząd magazynu chce abyśmy byli w pracy szczęśliwi. Iluzja normalnie wiedzionego życia. Nie żeby w Polsce było lepiej. Tam jedynie iluzje są bardziej zrozumiałe, bo w ojczystym języku. Wszystko w Polsce jest bardziej iluzoryczne niż prawdziwe. Gdy tu opowiadam Anglikom o realiach życia u nas, to się dziwią, czy to aby na pewno jest możliwe przeżyć za pieniądze, które tam zarabiamy? Lub nie zarabiamy wcale, jakoś żyjąc. Idyllicznie, jesteśmy uduchowionym narodem, pełnym wiary i nie potrzebujemy rzeczy materialnych do życia. Ciekawe, że w krajach wyżej sytuowanych raczej nie wierzą w cokolwiek ponad konsumpcję, a mają się lepiej. Przynajmniej taka jest iluzja, której wszyscy się trzymają. A w Polsce Bóg nadal musi wysłuchiwać koncertów życzeń i dmuchać w tę maszynkę lotto do unoszenia piłeczek. Wcale się nie dziwię, że jest przychylniejszy dla innych krajów… Złote rybki, kiedy się orientują w jakim kraju przyszło im pływać, od razu automatycznie wywracają się brzuchem do góry i symulują śmierć przez utopienie całego organizmu. Dajże mi kurdele też! Najlepiej sto milionów.

Niuans przybycia

Zachowaj spokój
tu sponsor niuansu przybycia
wznosimy cię na poziom próżni
proces tworzenia odchyłek ponadnormatywnych trwa endemicznie
bezruch atomów lepszy od znieczulicy
długa droga na eksport
z miejsca zerowego do własnych pierwiastków wielomianu
minimalizacja efektu toksycznego może być minimalna
składniki poniżej wykrywalności zadecydują o jakości życia i śmierci
w zerze absolutnym
wyzwolisz umysł.

Aforyzm podrobowy

LINK TO ENGLISH VERSION

Senne korytarze hipnoz

Obraz zaczął falować po zeżarciu kokonu
lękliwego wojownika na izbie społecznej nadkwasoty serca
śmierć jako forma przetrwalnikowa wykarmiła skorupą potomstwo
przejście wyczekiwanym progiem do którego żeglowała całą flotą jaźni
agonia ponad świadomością przerwana życiem
niczym ekstatyczny dryf sennym korytarzem hipnoz
poczęcie klonów z jałowych komórek na miejscu pustek
repliki humanoidów płodniejsze od matek
bez tolerancji na słodycz mutanty nie czują
smaki rozkoszy u hybryd są sterylne
nielogiczna druga połówka jabłka po skonsumowaniu pierwszej

obraz zaczął falować po przerwaniu dopływu zgniłości.

Na powierzchni głębi

Podskórne implanty na ciele dla świata zapomnianym
nieustający kurs kolizyjny
śmiercionośnej pustki na kolanach
w środku żniw
rozwiane pierze myśli po namaczaniu
odmraża palce do krwi
osobliwie
aurą ogólnego szczęścia
na tle nierozdeptanych śladów bólu
bycie takiej twardości katedry wśród mgieł zgubne pomieszczenia
wyobcowanie na powierzchni głębi
w pobliżu strumieni młodości wiecznej
młodości przeczekiwanie
nieostrożne zamachy wsobnych okrzyków
poddające się presji dobrego wychowania
przerzuty bliskości w połamanych ramionach jutra.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Udające martwe

Cisza nabyta na drodze dobrego i złego
jej słowa leżą na brzegu morza
pozostawione przez wszystkie odpływy
zapaści w sobie
obok umierają sowy
trochę rozmrożone
udające martwe
jeszcze wierzą w kolejny przypływ zubożałej jaźni
i że będzie to dla nich coś znaczyć.

 

MYŚL PIERWOTNA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Przemiła aparycja

Boże uśmiechy wybielone octem
i zdeptane boże krówki
chityna to kiepska kryjówka
100% natury
sam ekstrakt
kość słoniowa na dowód śmierci
wokół szyi oraz rąk
zakrywająca blizny
wpięta w uszy i klapy
stojąca na etażerkach
upinająca włosy
oprawiona w skórę z ektodermy
szkoła ludzkiego wdzięku
z odprężonym układem współczulnym
zaraz po odrąbaniu siekaczy.

Wizytówka

Życie
w chwiejnym procesie umierania
bez osób
bezwarunkowo uzależnionych
jedynie śmierć
nieustannie zostawiająca wizytówki.

Enancjomeryczny

Słowotoki szeptu w strumieniach choreografii enancjomeru ciała
to łatwiej zrozumieć niż milczące kwiaty starości szykowane za życia
albo śmierć cichcem igrającą z moim poczuciem humoru
dość agresywny taniec z bogiem zsyłającym ciągłe skurcze pęcherzyków płucnych
moje beztlenowe serce bez ciebie
wierzę
że nie zechcesz i nie zdołasz tego zrozumieć.

Tysiąc żurawi

Tysiąc żurawi zerwane w furii
makabrycznej ucieczki wewnątrz pokoju
w rozstępach paneli połamane pióra
przerwy żywego drzewa o nienaturalnej gładzi
niemożność wyswobodzenia z mistycznych rozgałęzień
żłobienia pamięci kory odbijające zrozumienie
wizyjnych refleksów stali na matowych dwu wymiarach
miriady błysków kontra pojedyncza chęć samookaleczenia
forsowna śmierć pod rwącym łańcuchem pił tarczowych
pracujących synchronicznie do kursu światowej giełdy
uzależnienie żurawi od skonsolidowanych czynników podaży
ścisły popyt na towary dziewiczego pochodzenia
opartych o zapotrzebowanie ekonomiczne pierwszego ogniwa
pierwsze ogniwo wszystkich łańcuchów troficznych
samoregulacja ekologiczna podważyła jego trafność
w dążeniu do unicestwienia
nie będąc w stanie przystosować się do nowych warunków konsumpcji
i miłości.

 

LINK DO WERSJI GRAFICZNEJ

Stworzenie na miarę

Czarnoksiężniku
odpuść sobie łagodzenie objawów
mam dla ciebie śmierć
dokładnie taką jak lubisz
zaklęcia
tajemne nalewki
mikstury
daremne
jedynie śmierć stworzono na miarę
twej satysfakcji w udręce
wiem
zrobisz to
jak swego rodzaju antidotum
w podzięce istnienia
ty się sprzeciwisz na taki przepis
trwania niebytu
za życia
złamiesz niepisane zasady
nie mogąc cofnąć uroku
najpotężniej wykroczysz
świętego dnia po życiu
wbrew naturze zgrzeszysz
nie tak jak zawsze
brakiem rozkoszy.

Krańce

Namiętność to kraniec
do którego może dotrzeć tylko serce
jak poryw wiary w człowieku niewierzącym
konfesja nie na łożu śmierci
odwzajemniona miłość
gdy nikt już się jej nie spodziewa.