Energetyczny

Nowy rozkład siły
energetyczne powinowactwo odszczepionych mas
zasymilowani w centrum multiplikowanych stoisk handlowych
torem pozornego szczęścia
nieodwracalność reakcji na samotność zadawaną tłumem
w załamanym świetle jarzeniówek energetyczne wychwycenie fali środka
obiektów dryfujących niezależnie
trwałość wiązań warunkuje czas.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

W ramach pustki

Bezsenność jako niebyt na własny koszt
powrót nieoczekujący konkretu
wiary w ludzi sięgającej nieoznaczoności
bezkierunkowość wykreowanych postaci
ich dynamiczny substytut na osobistą wyłączność
ustabilizowany jedynie w świadomości
przemieszczany w ramach pustki
uzbrojonej na wszelki wypadek
w błękitne kule wynaturzeń.

błękitne kule

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Aforyzm podrobowy

LINK TO ENGLISH VERSION

Kruszywo

Ta stróżka płynąca zimnym nurtem
pomiędzy wczorajszym odosobnieniem
a dzisiejszym opadem atmosferycznym
przemywając nienaturalne kruszywo
wcięła się głębiej.

Jak mam zapomnieć

 

11 000


Prawda minorowa wszystkich nielotów
powłóczące skrzydła
jedenaście tysięcy judejskich aniołów
beton depresja
i zdarta biel
miłość dziwacznie zbłąkana
bezkres przestrzeni dla planet
wir
pióra farbowane popiołem
beton zwątpienie
i kosmos na ołtarzu nieba
garb czas
pogarda brud
żmudnie zaszyfrowany raj
zbawienna pieśń otuchy
niepokalana przez świętość
zbrukana zaniechaniem
jedenaście tysięcy judejskich aniołów
beton obcość
i uderzenia o własnych synagog
samotność.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Aforyzm wsobny

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 2

Właśnie, tylko bajka. Ten duży, piękny dom wcale nie jest taki duży. Ani nie piękny. Zwykła bryła bez udziwnień typu jaskółka, wykusz, weranda. Zupełnie surowy. W środku tylko najtańsze sprzęty z hipermarketów. Większość dopiero wymaga powołania do życia z formy wieloskładnikowej rozproszonej do formy jednolicie spójnej. Wszystko w granicach rozsądnej funkcjonalności. Najlepiej bez użycia narzędzi, bo tych też nie mam. Z zewnątrz mury bez wyrazu. Równiutko opaskudzone przez ptaki, których gniazda zdążono usunąć chyba dopiero na tydzień przed moim przybyciem. Więc w zasadzie dosyć wyrazista, jak na wierzchnią okładzinę. Na termoizolację mi to nie wygląda. Jedyna egzotyka, że dom stoi na wyspie. To co przyczepiło się do domu od spodu, to Irlandia Północna.

Ogród… Hm, to zdecydowanie za duże słowo. Zwykły trawnik trzy na cztery metry bez dodatkowego zakrzewienia, nie wspominając o drzewostanie. Do tego dom wcale nie jest za darmo, bo firma, która go wynajmuje, za tę przysługę odbija sobie z mojej pensji. Nawiązka zwielokrotniona, rzecz jasna. Mieszkam tu z sześciorgiem współpracowników, co wydatnie obniża komfort użytkowania luksusów pokroju kuchni, łazienki czy telewizora. Nawet jakość spania wydaje się być zredukowana, bo domek jest dość tekturowy jeśli chodzi o teksturę jego spoistości, a co za tym idzie dyskretny akustycznie, jak kościół wybudowany na terenie amfiteatru nad jeziorem w obszarze nieckowatej łąki. Czyli głos rozchodzi się bezproblemowo, a ukształtowanie terenu potęguje jego siłę wyrazu. Lekko uciążliwe rozwiązanie, kiedy akurat chce mi się krzyczeć.

Moje bezstresowe zajęcie to praca dla najniższej miejscowej klasy społecznej, opóźnionych w rozwoju, nadpobudliwych psychicznie, neandertalczyków z nadmiarem wewnętrznego wydzielania hormonów oraz inteligencji z Polski. Ciekawe do której grupy pasuję najbardziej ? Te całkiem duże pieniądze też wcale nie są zniewalające. Powiedziałbym nawet, iż względem najniższej gwarantowanej stawki dochody często wyglądają na niższe. Nie bądźmy jednak zachłanni. Na produkty z najniższej półki zawsze mnie stać. Jakość marketowa jest mi bliska, bo właśnie w magazynie jednej z największych europejskich sieci marketów mam bezdenną przyjemność pracować. O wielkości sieci niech świadczy fakt, że na Wyspy też już trafiła.
Jeżdżę sobie rozwalającym się pomarańczowym wózkiem prawie widłowym, wyposażonym w donośny klakson oraz niesprawne hamulce. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pomarańczowy był modny w zeszłym sezonie. Mój wózek, zwany trakiem, ma przód. Wypełnia go wielka bateria, a baterię wypełnia kwas. Dalej sterczy drążek sterowniczy, takie coś ja kierownica hulajnogi. W nowszych modelach zamontowano tradycyjną, okrągłą kierownicę. Konstruktorzy wygospodarowali też miejsce stojące dla głupiego, oparcie o różnych zastosowaniach oraz widły nazywane tu widelcami. Na widelce nadziewam sobie albo jedną metalową skrzynię, albo dwie, albo nawet trzy. Nadziewałbym ich jeszcze więcej, ale muszę się słuchać mojego własnego osobistego komputerka, czyli takiego przerośniętego zegarka, który pasuje jedynie na tydzień mody w Paryżu. Można by go nazwać armtopem – raz, że brzmi to fajnie, jak z science fiction, a dwa, że komputerek okupuje całe przedramię. A kiedy zapnę rzepy, obłapia mnie technika i zaczynam rozumieć, jak niewygodnie jest być cyborgiem. Do tego obłapianym w pracy i nie narzekającym ani na mobbing, ani nawet ocieractwo. Komputerek łączy się kabelkiem ze skanerem – kolejnym z moich sztucznych narządów zmysłów, przyczepionym dla odmiany skóropodobnymi paskami do grzbietu dłoni. Kabelek odchodzący od skanera biegnie do guziczka na moim palcu wskazującym. Na co wskazuje palec przeczytacie w dalszej części poradnika pod tytułem: „Jak magazynować, aby zmagazynować się gdzie indziej” Natomiast, wspomniany guziczek powinien kolejnym kabelkiem łączyć się z mózgiem magazyniera, ale Polakom nie zamontowano takiej opcji. Zegarek mówi mi, co mam robić, kiedy i w jakiej ilości. Ja robię, czyli naciskając kciukiem przycisk na palcu wskazującym, włączam laser, skanuję kod kreskowy produktu, a na wyświetlaczu wyskakuje, ile dziadostwa zabrać i gdzie odstawić. Jeśli rozkazy komputera są bez sensu, to i tak nie mogę tego zmienić, bo bym go popsuł, a na taki jeden musiałbym pracować ze trzy miesiące. Armtop nie mówi mi tylko, kiedy mam iść na przerwę, bo po co wyrobnikowi przerwa? Nie łączy się też z Facebookiem, co może potęgować samotność. Na początku zastanawiałem się, czy będzie mi wyświetlał: „Pora na siku”. Po kilku atakach pęcherza moczowego już się nauczyłem, że nic go to nie obchodzi. Szczury uczą się szybciej! Zostawmy jednak genezę mojej inteligencji. Jestem tu przecież wyłącznie od roboty.

LINK DO CZĘŚCI 3

Demon czegokolwiek

Diabeł już się zbudził i rozciąga z rana swoje kręgi
nie wierz w podrygi duszy te samostrawione sfery możliwości
polewa je markowymi perfumami demon czegokolwiek
roznieca zdania pięknym życiem się wykazujące
a dając słowo w zamian dostajesz wiązankę

potęguje samotność zażyłością blokowisk
oferując wizytę u kręgarza w spa
odwija ze ścierek kanciaste skraje masywnych urządzeń
zwalnia stróżki z twojego domu napełniając pokoje niepokojem
nie przeleje jednak na swe konto głównej wygranej żywota ateisty
zapomniał że niewiara nie ma sił by tworzyć czy niszczyć.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Imieniny samotności

Dziś imieniny samotności
dzień z życia prozy
życia nicość
nie pisze wierszy
martwota odśrodkowa
w ten dzień umowny
napisała standardowo
o momentach podwyższonych wymagań
czegoś o lepszej wspaniałości
co nie będzie dawać złych objawów
w nic nie znaczącej prozie życia
zmieniają się tylko ludzie
wobec samotności
i nic do życia.

Ich nie będzie

Nadplanowe zmiany niezrozumienia
domniemane uczucia
uwagę w codzienności utkwiły
otumanione rozumy
bez możliwości odwrotu
bez zniszczeń
burza mózgów i nieudolne słowa
ich nie będzie
do wyklarowania nowy żywioł pozostał
burza powinna być na początku.

Oddech mimozy

Oddechem mimozy życie podchodzę
na rozstajach serca zawracam
migają jupitery ostrzeżeń co do siebie
nie wymyślę jutra skrawanego religią
przed sobą nie ochroniłeś mnie boże
zostałem sobą ale nadal z tym walczę
sto lat samotności co do sekundy
niewytworzonej wiary poza słowem
nie ważę się myśleć o mądrości jeśli
nigdy nie powiem.

Oda do młodości XXI

Tracimy kontakt
choć procent połączeń raptownie wzrasta
społecznie bezużyteczni
żyjemy w czasie rzeczywistym sieci
o życiach otwartych bezterminowo
na podstawce myszy
nie wiemy kiedy wrócimy
ekwilibrystycznie giętko przerzucamy szczęście
między złączkami oprzyrządowania serca
wciąż bez wyjść na dżeki
nielegalnie oprogramowani
samotnością z sobą
igramy milczeniem
i z bogiem.

Powstrzymaj oddech przed śmiercią

Powietrze zastygło
dławi zduszone od środka
powstrzymaj oddech przed śmiercią
z braku tchu umierasz
umierasz gdy nic tchu nie zapiera
chociaż tlen chłoniesz
spragnioną zachłannością
łapczywie
po tysiąckroci stokroć
on twój oddech wypełnia nicością
od samotności głębi
po życia wzniosłego wątłość.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Nieodłączni

Światowe agendy zakładu karnego miłości do ciebie
w każdej filii doskonale prosperujący czarny rynek urządzeń dla samotnych

zagubieni kardiolodzy na izbie społecznej nadkwasoty serca
uzależnieni od tlenu doprowadzanego cienkimi rurkami zepsutych respiratorów

wklęsłe kule oczu niedotlenionych sfer namiętności
nieposiadające końca bardziej niż początku wstrzymywanego zastawkami krat

hospicjum wszelkiej desperacji podczas drzwi zamkniętych
osobne cele uczuć wystawione na widok prywatny samopomocy niezdolnej uleczyć.

Gdy ogród umiera

Gdy ogród umiera
deszczowym ekranem świtu chłód płatki róż naciera życia łaknieniem
zanurza w przestrzeni wody całą objętością pragnienia poskręcaną urnę korzeni
czerpie ze studni samotnego odgłosu
między falą zwróconą echem
uwodniony ból powszedni o przedłużonej dacie ważności z domieszką istnienia
podtrzymuje soplem wymarzłe pąki
przed uderzeniem krawędzi rozgrzanego piłą tarczową kamienia
o nieciosanej twarzy
byle do wiosny wilgotnej od progu
może być grudniową porą cudów

chłodnia ogród przechowa śnieżnej pokrywy ciężaru uczuciem
rekombinacja zerwanych połączeń w sieci obłędu i muru
tego z kamieni palących opoki
pod włos narzucającej się pamięci za grosz nie wartej jutra
wodne opary wyssane z ich wnętrza
wessane w otchłań po zgliszczach ogrodu

porannym przypływem rosy zasilanym wprost z mroku
krople z powierzchni wchłoną życie przechylone do końca
zasób od podstaw łagiewki na wskroś suchotniczy
wystarczy by przeżyć odbiciem gruntu
granice sytości nie do przebicia dla pąków
za to zdrewniałych części wilgoć nie drąży.