Rezystancja zluzowana jak kaczka

Miły starszy pan przed czterdziestką
miły jak śmierć we śnie
nocą przezwaja silnik
by starczyło prądu na drugą połowę
i trochę przewinęło zaszłości
przy tym mruczy hymn wszechświata
w tonacji anarchii zadławionej w próżni
mormorando szeptem dryfujących myśli
kupuje na loterii tylko pełne losy
zgodnie ze schematem zastępczym
nie stawiania na sobie krzyżyka
w dni powszednie lutuje oporniki
również w soboty i święta
jako element bierny w obwodzie
zluzowany jak kaczka
o lekkiej pojemności pasożytniczej
luźny w trawieniu i w mowie
wprowadza środki zaradcze do organizmu
węgiel na jęczybuły z makiem egzaltacji
radosnego pokroju elastyka języka
bez kostnienia na podłożu zaparcia
sygnałów nadawczych do bazy matki
wymruczanych przyziemnie w penthousie
nieudacznictwa z tarasem poklasku
tam zajebiste nenufary wolniutko pływają
ale tylko dupą po piasku.

Dramat na spawach

Jestem radością
bożą dzieciną w trakcie rozbiórki
nienormalnym skurwysynem obudowanym pustakami
z wiecznym problemem przy fundamentach
przesiąkanie cieczy łzowej do piwnic
jestem kurwa radością
grubo ciosana miłość robi zadry w czułości
bez znajomości zasad bezpieczeństwa i higieny pracy
uderza do głębi pięciopiętrowym rusztowaniem empatii
które nigdy nie było podporą
czy damy radę
spodziewany dramat na spawach możliwy do przewidzenia
katastrofa budowlana bez okularów ochronnych
oko opatrzności w oku cyklonu
nic konkretnego
na co radość nie byłaby przygotowana
oraz Bob Budowniczy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Surface

Against the background of azure
I pass for happy one
a perfect surface of trying
I’m broken
instead of inner strength
I’m a tremble side of restless
dimness over the ground
laughter’s peal that’s not the greatest time
fading eye’s quiet
used to flow of spirit full
if my feelings forgot to create the warmth
unsalutary is not a reason of avoid the sun.

Godziny

Inspiracja szorstka w obejściu umierania
zmarnowane godziny choroby
przeglądarka najlepszych multimediów umysłu
przejmujące tańczenie latami do tyłu
nieskasowane thrillery przerażeń
doskonali kompani zastępujący muzykę do pary
wypełniacze gry aktorskiej
przerażające hiperboliczne uśmiechy
radość jak zaraza doszczętnie daje się prowadzić
kruchość poety da się zabić.

10 LAT (jeden aforyzm)

Choinka tutaj jak co roku – lekko porąbana :)

Kliknij w obrazek

Czynnik zastoju

Periodycznie uaktywnia się swego rodzaju czynnik zastoju
siedliszcze nicości
na polu pragnienia
wskaźnik niczego
czujnik nie uczynionych zachodów
na polu lubowania czynnik decydujący
przedruków szczęścia
sympatycznym atramentem.

W magazynie osób mniejszych 9

Nigdy bym się nie spodziewał takiej szybkości w obrotach fortuny, gdybym nie znał własnego buńczucznego charakteru. Zazwyczaj to właśnie on przyśpieszał bieg wydarzeń. Zaogniał, ranił i porzucał, na zawsze. Czasem jednak los robi to za mnie i wtedy trzeba chwileczkę przystanąć i pomyśleć:
- Co właściwie dzieje się teraz ze mną? Wyjątkowo jakoś lubię te momenty, kiedy moje ego jest u steru i rozdaje karty, bo przecież ta partia, zwana życie, jest moja. Powinna być tylko i wyłącznie moja. Jakieś parę miesięcy temu wyszedłem o północy, jak kopciuszek z pierwszego i zarazem ostatniego dnia próbnego w niezmiernie ekskluzywnym hotelu, gdzie miałem zostać kelnerem bankietowym. Posada sługusa, jakby powiedziała większość. Nie ważne, to nie był pierwszy raz w takiej konfiguracji zawodowej. Istotne, że dla marki wiodącej prym w świecie hotelarstwa. Prestiż powinien był mnie zmotywować a ja byłem kompletnie „zdemotywowany”, jak mawiała jedna moja szefowa przy kolejnym opóźnieniu wypłaty i tak zaległej pensji. Całe sześciogodzinne przedstawienie, wyjątkowo nie w smak moim prywatnym wyobrażeniom rautu pod każdym względem, zakończyłem, o ironio po angielsku, wychodząc cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. Cały bankiet przypominał folwark zwierzęcy, jeżeli chodzi o konsumpcję, natomiast kelnerzy tam pracujący zachowywali się jak beznamiętni podawacze. Generalnie pasowali do ucztujących, głodzonych zapewne na długo wcześniej. Choć wątpię, aby uprzednio podróżowali z Gdańska do Krakowa pociągiem intercity o jednym maciupkim wafelku w pokaźnej cenie biletu, kiedy akurat zapomnieli doczepić swoistego wagonika z Warsem. Najwyraźniej do wagonów bydlęcych nie dołączają. Wymsknąłem się więc jakbym uciekał z balu, na którym byłem co najwyżej jednym z kocmołuchów. Niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się zbiec od nieopuszczającego mnie przeświadczenia, że nie powinienem skoro była szansa…
- Może nie z każdej szansy należy korzystać? Albo może z każdej, aby tylko sprawdzić, iż nie każda jest dla każdego stworzona? – pomyślałem. Cieszyłem się jak dziecko.
- Udało się, udało mi się uciec! Nikt mnie tam nie przetrzymywał, ale uciekłem. Umknąłem przed sobą. Od tamtego czasu rzadko czułem się taki wolny, a raczej wyzwolony spod własnego jarzma, które pod wpływem rzeczywistości, w jakiej żyć mi przyszło, nakazuje łapać każdy ochłap zsyłany przez wątpliwą opatrzność. Na łaskę losu również muszę zapracować własnoręcznie. Niekiedy nie mamy na tyle pewności co do wybryków naszej drogi lub wystarczającej siły w gąszczu zawahań, aby obalać świat plastikową łopatką bez mrugnięcia okiem. Wtedy gwiazdy tak się obracają dla nas swoim światłem, by bez naszej świadomej ingerencji odmienić pewne koleje losu na dość inne dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, kiedy sami boimy się odbłądzić własne życie zgodnie z tym, co nam wpojono, że wszystkim rządzi ktoś większy. Że nie mamy powodu się miotać, bo rzeczy i tak nie zależą od nas. Niezależnie co w tym wszystkim jest iluzją, jeśli ten większy mądrze rządzi i do tego zgodnie z moją bardzo wolną wolą, to ja nie mam przeciwwskazań.

Tym sposobem albo jakimś zbliżonym do tego, z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami, opuściłem mój dom na wyspie. Zmieniłem wyspę i przebywam obecnie w mieszkaniu. Dom na wyspie był w Antrim, koło Belfastu w Irlandii Północnej. Teraz od pięciu dni mieszkam prawie w absolutnym centrum Manchesteru. Na zakupy mam bliżej niż do pracy, a to nie jest dobra kombinacja biorąc pod uwagę, że jestem tu po to, po co zdecydowana większość. Gromadzić zaskórniaki na zaś, taki jest priorytet. Nie planuję się tu osiedlać póki co, więc nie ma czasu na zabajerowanie. Trzeba jednak brać poprawkę na przeskoki linii życia. Ponadto, mam za mało miejsca w walizce na wszystko, co mógłbym tu kupić w korzystnej cenie, więc nie mogę zostać zbyt długo. Okazja czyni konsumenta. Bardzo dobrze, nie można przecież mieć wszystkiego! To zupełnie tak, jak z jedną klientką, w czasie mojej pierwszej pracy w restauracji, która zadała mi standardowe pytanie:
- Co Pan poleca?
A ja jej na to zachowawczo i z wrodzoną przekorą:
- Wszystko, wszystko polecam tylko z różnym natężeniem.
Na to równie swawolna pani odpowiedziała mi z przekąsem:
- Wszystko choćbym niezmiernie chciała, to mi się nie zmieści.
Całkiem pomyślnie dla jej wątroby.

Choinki na te święta są wystrzałowo porąbane !!!

Kliknij w obrazek, aby zmienić karme

Narzędziownia mroku

Mrok oślepiający słońce
łypie zza rogu obfitości
opisuje karton mieszkalny słowem radość
zlokalizowany na ulicy chłodnej
tuż za winklem szczęśliwej
usianej psimi kupami
w aglomeracji zażyłych blokowisk
gęstych wyobcowaniem
spoufalonych przy zsypie
mrok odrobinę ordynarny
pod włos ogólnie przyjętej pamięci
której przekornie niedoświetla
omija płycizny głęboki łukiem
i nie odbiera parafialnych awizo
w narzędziowni wiary trzyma skorupy
burzące klarowność świetlistych sztuczek
podwaliny szoruje czymś z domestosem
by poza mrokiem nie było zamętu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 1

Jestem nieobecny. Nie ma mnie w moim dotychczasowym życiu. Jest za to nowe zjawisko, obecne. Moja nieobecność wydaje się być usprawiedliwiona. Mieszkam w dużym, pięknym domu z pokaźnym ogrodem, na malowniczej wyspie. Do tego za darmo! Mam zupełnie bezstresową pracę. Zarabiam bardzo dobrze. Codziennie mogę się cieszyć zniewalającym pięknem otaczającej przyrody. Urządzam sobie wypady do centrum handlowego i kupuję wszystko, na co tylko mam ochotę.

W dodatku tu niemal zawsze jest ciepło. Taki typowo morski klimat z lekką bryzą od wody. Kiedy najdzie mnie romantyczny nastrój, mogę udać się nad pobliskie jezioro, podziwiać łabędzie i inne ptactwo – zbyt leniwe, by wznieść się ponad ziemię lub wodę. Nie ma co się im dziwić. Na górze zatrzęsienie samolotów z Polakami. Na dole tylko widmo ptasiej grypy.

Co kilka dni oddaję się gotowaniu z pasją przynależną każdemu szalonemu twórcy, a raczej eksperymentom na półproduktach. Robię to czysto hobbistycznie oraz dla relaksu, pomijając oczywiście skłonność do obżarstwa – w myśl dowcipu o człowieku, który przychodzi do apteki, prosi o coś na zachłanność, po czym zaciska palce na brzegach okienka i szarpiąc je, krzyczy do przestraszonej pani po drugiej stronie: „Byle dużo! Dużo! Dużo!”.

Wieczory spędzam, oglądając ciekawe filmy na moim małym kinie domowym. Wcześniej jednak jeżdżę na rowerze, uprawiam bieganie lub chociaż streching. Potem kąpiel z olejkami do aromaterapii. Przed snem odrobina ulubionej muzyki, by łatwiej wpaść w całonocny niebyt. Nie muszę wstawać rano, bo pracuję tylko kilka godzin dziennie, a zaczynam kiedy chcę – gdzieś po południu. Dzień zawsze witam zieloną herbatą, która podobno robi nowotworom otwory w poprzek, ale ja nie boję się nowotworów – piję ją, bo lubię. Śniadanie zawsze syte, jednak lekko strawne i nieprzedobrzone dobrami. Trwa minimum dwie godziny, łącznie z poranną toaletą. To jest optymalny czas na „wejście żółtka” – jak mawiał dość abstrakcyjnie mój świętej pamięci dziadek. Poranna prasa. Tworzenie listy zakupów. Obmyślanie melanży żywieniowych na później. Praca. Obiad z pełną celebracją. Ogólnie rozumiany relaks. I tak dalej. Bajka!

LINK DO CZĘŚCI 2

Najmniej możliwości w portalu

Miejscowe obroty możliwości ciał
na gzymsie zmysłów i nie tylko
powrót do poprzedniej sposobności plus pewność
że nie była właściwą
igraszki na linie bez asekuracji
wysokości obłędu nad separacją
emocjonalna przypadłość uskrzydla
nie w systemie zależności niskich lotów
pozbawiona odporności na rewanż
radość rozchełstanej równowagi
na którą rozsądniej sobie nie zezwalać

twarz przesiąkająca ziemią
spłyci zwierciadła błękitu
niefortunne krawędzie budowli
w związku z dopasowaniem do oczu
noc przybierze powietrzne ślady walk
użebrowanie gwiazd pozamyka światło
a serce jedyny dostępny portal
kruchość postrzępionych chmur
przerysuje mrokiem oczy obserwatora.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

SOR – system ograniczonej radości

Zaufanie obciążone hipoteką
spłaca raty pogardą osoby fizycznej
plus oprocentowanie cynizmu
jako mechanizm zabezpieczeń
system ograniczonej radości
ewentualnie miłość do przedmiotów
prezes zarządu dogmatu
i członkowie rady nadzorczej do spraw wiary
nie są w stanie wyegzekwować
umorzenia karnych odsetek za niechęć
księgowaną głównie do serca przymiotu.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Oda do młodości XXI

Tracimy kontakt
choć procent połączeń raptownie wzrasta
społecznie bezużyteczni
żyjemy w czasie rzeczywistym sieci
o życiach otwartych bezterminowo
na podstawce myszy
nie wiemy kiedy wrócimy
ekwilibrystycznie giętko przerzucamy szczęście
między złączkami oprzyrządowania serca
wciąż bez wyjść na dżeki
nielegalnie oprogramowani
samotnością z sobą
igramy milczeniem
i z bogiem.

Na sztuki

Nasze cierniste podchody na zmysłach
i ciała gorejące chemią w odosobnieniu
zbliżenia radości oczekującej w kopcach
i pełne doły gorczycy na odchodne
chwilowe wzloty gdzie okiem sięgnąć
i podłużne upadki po widnokręgi powiek
naturalne odruchy miłości na sztuki
i całe zgrzewki syntetycznych mieszanin
jedno istotne słowo pracujące w tle
i almanachy pierdół walające się na pulpicie
oczywistość analogii wspólnego czucia
i tożsame krzywe silnie malejącego rozsądku
że może lepiej nie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”