Zapisy wolnych przedmiotów

W nowym miejscu pracy
szacunek dla specjalisty
tytularna profesja
zawód niewyuczony
wysoko płatny patologicznie
pracownik tego roku
wyjątkowo równo traktowany
chroniczny frajer bez stanowiska
z rekordem wybitnych zasług
w szeroko pojętym aspekcie
cedowania obowiązków
po przystawieniu do tego
nadrzędnej pieczęci
codziennie maczanej w ślinie
struktura firmy tworząca kariery
przez pracowitość
zawód notoryczny
w osiągnięciach równie przykry
niczym zapisy kodeksu pracy
czyniące przedmioty wolnymi
chodzą po prośbie
nieoparte o szczęki teściowej
i utensylia rodzinne
zwolnione tuż przed weekendem
po prośbie o podwyżkę.

Ancymony intelektu

Wyemancypowane ancymony intelektu
w przerwach pracy opartej na ksero kopiowaniu
plują sobie nawzajem w krople do oczodołów
skrupulatnie chroniąc brodę przed wydzielinami
kruszenie kopii o wartość by obrazić gbura
dysponując jedynie niewyraźną odbitką.

Kopia kruszyć kopie

W magazynie osób mniejszych 14

Obecnie najbardziej doskwiera mi inna, mała suwerenność tego kraju. Otóż, krany. Staram się ze wszystkich sił znaleźć szczwane rozwiązanie higieniczne dla problemu z moimi aktualnymi sanitariatami, w których jest bardzo dużo małych kraników. Podobno małe jest piękne, ale naprawdę zdecydowanie wolałbym jeden duży kran, jak w domu, niż dwa malusie – w jednym wrzątek; w drugim zimna woda. W przypadku zlewu daje jakoś radę, ale jeśli chodzi o wannę, to moja wyobraźnia (o której zawsze miałem mniemanie, że jest posunięta na drodze mlecznej, jak prom po eksplozji wszystkich zbiorników paliwa przy zachowaniu trzeciej prędkości kosmicznej) po prostu nie starcza. Bo jak do licha mam sobie umyć głowę jeśli nie ma tam nawet przenośnego prysznica ręcznego? Najpierw w zimnej wodzie, potem we wrzątku, czy na odwrót? Przecież tylko mordę mam niewyparzoną. Może powinienem najpierw napuścić całą wannę wody z obu malutkich kraników, a potem włożyć do niej głowę? Jeszcze będę nad tym myślał.

Póki co pracuję w czapce, głównie dlatego, że tutejszego magazynu, w tej malutkiej metropolii jakim jest Manchester nie stać na ogrzewanie. A magazyn jest ze trzy razy mniejszy niż ten w Antrim. Więc teoretycznie byłoby łatwiej go podgrzać. W Irlandii panowały ludzkie warunki pracy, przynajmniej pod względem temperatury. Nie bez powodu zapewne jestem właśnie tu na banicji, a nie na Karaibach pod palemką od drinka zwaną parasolką. Na razie czapką ogrzewam bezużyteczny w pracy mózg, do czasu aż sobie coś na głowie wyhoduję. Chyba przestanę zwalczać łupież, bo tak mi tu brakuje rozrywek… Będzie pełnił wielopłatową funkcję izolacyjną. Albo chociaż jakaś mała epidemia wszawicy? Są rzeczy, którymi mógłbym się dzielić nieprzerwanie. Tak się tylko zastanawiam, czy jakbym poprosił to ktoś by mi przysłał z Polski jedną, malutką gnidę? Okazałoby się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem!

Fakt, mamy tu parę gnid w pracy i pewnie w każdym zbiorczym domu też, ale ja bym chciał mieć taką osobistą z pierwszego tuczenia ze znanego źródła, żeby było wiadomo, co to wcześniej żarło i w kogo się wdało. Bo zawsze trzeba mieć coś swojego i na własność. Na obczyźnie dopiero zdałoby się. A tu tylko iluzje. Iluzja tego, że Anglicy są słowni. Iluzja, że pośrednik się o nas troszczy. Że zarząd magazynu chce abyśmy byli w pracy szczęśliwi. Iluzja normalnie wiedzionego życia. Nie żeby w Polsce było lepiej. Tam jedynie iluzje są bardziej zrozumiałe, bo w ojczystym języku. Wszystko w Polsce jest bardziej iluzoryczne niż prawdziwe. Gdy tu opowiadam Anglikom o realiach życia u nas, to się dziwią, czy to aby na pewno jest możliwe przeżyć za pieniądze, które tam zarabiamy? Lub nie zarabiamy wcale, jakoś żyjąc. Idyllicznie, jesteśmy uduchowionym narodem, pełnym wiary i nie potrzebujemy rzeczy materialnych do życia. Ciekawe, że w krajach wyżej sytuowanych raczej nie wierzą w cokolwiek ponad konsumpcję, a mają się lepiej. Przynajmniej taka jest iluzja, której wszyscy się trzymają. A w Polsce Bóg nadal musi wysłuchiwać koncertów życzeń i dmuchać w tę maszynkę lotto do unoszenia piłeczek. Wcale się nie dziwię, że jest przychylniejszy dla innych krajów… Złote rybki, kiedy się orientują w jakim kraju przyszło im pływać, od razu automatycznie wywracają się brzuchem do góry i symulują śmierć przez utopienie całego organizmu. Dajże mi kurdele też! Najlepiej sto milionów.

Twarz

Destrukcyjność niezrozumienia
funkcji tworzenia demontaż
czynnik dalszego działania
machinalny zanik mimiki twarzy.

Poza urzędem pracy

Zestawiając dane opisujące przebieg działalności życia
odczuwam dużo lecz mało kontrastowo
bez wyraźnej oprawy graficznej
deficyt
do tej pory zawsze wynikał deficyt
wyrażony w jednostkach pieniężnych
lub jednostkach uczuć
mała frekwencja wśród zwiedzających gwarantowana
zwłaszcza poza urzędem pracy
ogólnoświatowy kryzys w małej skali depresji
plany śmiałej desperacji wszelkich zasobów
naturalnie słuszny popyt
postęp za cenę zubożenia życia niepłacącego faktur
i podwykonawców bankrutujących po ludzku
nie wystosowano żadnej transzy z pomocą
choć otwarcie deklarowałem przyjąć każdą ilość euro
przeeksploatowanie
przed przystąpieniem do wydobycia.

Żadnych gwałtownych ruchów

Żadnych gwałtownych ruchów
szukam pracy przy zakopywaniu ludzi
z pełnym pakietem socjalnym
na cały etat do końca życia
rozbłyski fortuny
to zdecydowanie za mało
wszystko co dalej ściśle zależy od wcześniej
trudno czerpać energię
jedynie po przerwaniu dopływu zgniłości
dziwne inspiracje
po negatywnych wzorcach na jutro
zaczynanie życia
po życiu wczorajszym, które postanowiło zaprzestać
rozbłyski w kryzysie
to zdecydowanie za mało
zapakowałem swój lęk w opakowanie po pustce
jak w trumnie
żadnych gwałtownych ruchów.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Partnerstwo dla nakładu

Bądź modna!
- zaraz się przebiorę nawet zanim doczytam
wyjdź poza własne ja!
- o ile rozmiarów jeszcze powinnam?
bądź asertywna!
nie bój się mówić nie!
- nie! nie znam stu sposobów na bycie piękną na wiosnę, o innych porach roku nawet nie wspomnę
bądź wyzwolona!
- już zaraz zastosuję wasz banalnie prosty sposób na sukces w trzech krokach dla rozkraczonych na bezrobociu
powiedz mu czego od niego oczekujesz w łóżku!
nie bój się żądać satysfakcji!
- poproszę o promesę z gwarancjami na piśmie, po czym zalegnę jak martwa kłoda
- tylko czy ta pościel komponuje się z moją szminką?
bądź na luzie!
- łyknę tramal w kroplach i wezmę pavulon
seks to przyjemność!
traktuj partnera po przyjacielsku!
- też człowiek, ale powinien czasem w nogach poleżeć
kiedyś twój zegar biologiczny zacznie bić!
- będę musiała się zgłosić do poradni dla kobiet maltretowanych
robi to z miłości!
- jestem perfekcyjnie oczytana stąd wiem, że nie jestem zwolenniczką emocjonalnego zaangażowania zanim partner nie przejdzie testu czterech tysięcy pytań sprawdzających
a czy Twoje przydatki są w formie?
- co noc mają aspiracje być przydatne, jednak z nudów ulegają zanikowi, dlatego zawsze kończy się na szukaniu słoika szczęścia i niezmiennie jest to słoik po kremie czekoladowym.

W magazynie osób mniejszych 10

Ostatecznie, nad podziw rachubom, wszystko zdołało się błyskawicznie zmienić w związku z drobnym faktem, że dwanaście dni temu mogłem przekierować moją linie życia na tamten świat, rozbijając się jedną z luzackich, pomarańczowych bryk, dosłownie i na dobre. Jadę sobie moim wózkiem pełen radości, co nie zdarzało się często i to nie ze względu na szpanersko wystawiony zimny łokieć. Jadę, a raczej mknę do bazy, bo koniec zmiany był bliski, a okazać się mogło, że mój. Pędzę niesiony wiatrem we włosach, obciążony zaledwie jedną skrzynką, do tego wypełnioną jedynie papierem toaletowym, tylko trochę ponad stan. Zasuwam, a tu mija mnie wózek widłowy, ni z tego ni z owego – pewnie też mu się śpieszyło do domu – zakręca tarasując mi całą alejkę i zaczyna podnosić paletę pełną dóbr na wysokość pierwszego piętra. Nie byłoby w tym nic niebezpiecznego, gdybym miał hamulce. Moja moralność nie ma nic do rzeczy. Wszyscy magazynierzy wiedzą, że o taki luksus jak hamulec, trudno nawet w wysoko uprzemysłowionym, stabilnym gospodarczo oraz finansowo Zjednoczonym Królestwie. Każdy również wiedział, które traki nie posiadają funkcji hamowania, ale co zrobić jeśli akurat nie ma do wyboru innego pojazdu? Tym sposobem siedem metrów stanowiło dla mnie zdecydowanie za mało przestrzeni życiowej na niezakłócenie przebiegu życia. Moje okrzyki ostrzegawcze i walenie nogą w hamulec nic nie pomogły. Dobrze, że zmieściłem się między ziemie, a podnoszącą się akurat na widłach wysięgnika paletę. To znaczy zmieściłem się, bo schyliłem czoła przed chordą produktów udających jedzenie. Bez tego zabiegu głowa by mi się nie zmieściła – podobnie jak jakość tych produktów nie mieści mi się w głowie – no i miałbym urwanie głowy większe niż w trakcie obcowania z pośrednikiem, który pośredniczy przede wszystkim w zabieraniu swojej doli z mojej krwawicy. Tak oto prześlizgnąłem mój marny żywot, bez hamulców, pod dużą presją odgórną. Niestety, wysokie oparcie wózka nie zmieściło się. Oparcie, czyli jedna wygięta rurka, która ma mnie chronić przed atakami ze strony skrzyń wożonych za sobą. Uległo presji i wygięło się do tyłu. Skrzynia z papierem toaletowym też miała problemy z własnym rozmiarem i się wywróciła. Zrobiła to jednak bez należytej celebracji. Jej zawartość nie roztrzaskała się z impetem o ziemię zaznaczając swój i mój, jak się miało okazać, upadek. Po prostu fizycznie nie była w stanie, ponieważ zawierał tylko papier toaletowy. Szkoda. Jak już wylecieć to z rozmachem. Zdziwionego wózkowego, który widocznie na co dzień nie obcuje z szaleńcami pozbawionymi hamulców, przeprosiłem od razu, a on co? Zapytał spokojnie:
- Czy nic ci się nie stało?
Czyli musi chyba jednak obcować na co dzień z takimi zjawiskami… Zaraz potem zawołał przechodzącego nieopodal menadżera i na nim się wyładował, krzycząc:
- Jaki nam dajecie sprzęt do pracy? Przecież mogło się coś stać poważnego?
I tym podobne zarzuty, ale bardziej okraszone potocznym słownictwem. Skruszony menadżer popluskał coś pod nosem i tyle. Powiedział, abym to zgłosił w wózkowni. No, i luzik. Całe zajście trwało trzy sekundy. Po czym zabrałem swoją kupę papieru toaletowego, nawet nie zdążył się wysypać ze skrzyni, zawiozłem gdzie trzeba, odstawiłem wózek do naprawy z notką o niezainstalowanej funkcji szybkiego spowalniania i poszedłem do domu. Na drugi dzień rozpoczęto szumnie nazwane dochodzenie, kto zawinił? Zajęło to tym matołom od myślenia cztery dni, w ciągu których nie mogłem pracować, bo taka jest procedura. Oczywiście śledztwo zakrojone zapewne na bardzo szeroką skalę wskazało moją winę, a po notce o stanie oprogramowania wózka ślad zaginął. Przecież to potężne centrum dystrybucji dóbr jest firmą wiodąca prym pod każdym względem, także bezpieczeństwa pracy. Tym trikiem zwyczajnie mnie wyautowali odstawiając za bramkę bez słowa wyjaśnienia. Już to przerabiałem, apeluję więc do wszystkich moich nadchodzących pracodawców, aby na przyszłość wysilili się na coś choć odrobinę oryginalnego, gdyż moja egzystencja traci na kolorycie ekscytacji. Za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby z góry dziękuję. Więcej atrakcji dostarczył mi jakieś dwa tygodnie temu AMT, czyli ten komputerek przytwierdzony w pracy do mojego przedramienia mówiący mi, co mam robić. Poinformował mnie mianowicie, iż powinienem właśnie udać się na lancz. Poszedłem posłusznie. Dla zdrowia oczywiście. Aby mieć siłę do dalszej pracy. Ja przecież kocham pracę. Każdy jej rodzaj i odmianę. Byle dużo. Byle tylko nie z mojej strony. W ten sposób kocham, rzeczywiście!

LINK DO CZĘŚCI 11

W magazynie osób mniejszych 9

Nigdy bym się nie spodziewał takiej szybkości w obrotach fortuny, gdybym nie znał własnego buńczucznego charakteru. Zazwyczaj to właśnie on przyśpieszał bieg wydarzeń. Zaogniał, ranił i porzucał, na zawsze. Czasem jednak los robi to za mnie i wtedy trzeba chwileczkę przystanąć i pomyśleć:
- Co właściwie dzieje się teraz ze mną? Wyjątkowo jakoś lubię te momenty, kiedy moje ego jest u steru i rozdaje karty, bo przecież ta partia, zwana życie, jest moja. Powinna być tylko i wyłącznie moja. Jakieś parę miesięcy temu wyszedłem o północy, jak kopciuszek z pierwszego i zarazem ostatniego dnia próbnego w niezmiernie ekskluzywnym hotelu, gdzie miałem zostać kelnerem bankietowym. Posada sługusa, jakby powiedziała większość. Nie ważne, to nie był pierwszy raz w takiej konfiguracji zawodowej. Istotne, że dla marki wiodącej prym w świecie hotelarstwa. Prestiż powinien był mnie zmotywować a ja byłem kompletnie „zdemotywowany”, jak mawiała jedna moja szefowa przy kolejnym opóźnieniu wypłaty i tak zaległej pensji. Całe sześciogodzinne przedstawienie, wyjątkowo nie w smak moim prywatnym wyobrażeniom rautu pod każdym względem, zakończyłem, o ironio po angielsku, wychodząc cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. Cały bankiet przypominał folwark zwierzęcy, jeżeli chodzi o konsumpcję, natomiast kelnerzy tam pracujący zachowywali się jak beznamiętni podawacze. Generalnie pasowali do ucztujących, głodzonych zapewne na długo wcześniej. Choć wątpię, aby uprzednio podróżowali z Gdańska do Krakowa pociągiem intercity o jednym maciupkim wafelku w pokaźnej cenie biletu, kiedy akurat zapomnieli doczepić swoistego wagonika z Warsem. Najwyraźniej do wagonów bydlęcych nie dołączają. Wymsknąłem się więc jakbym uciekał z balu, na którym byłem co najwyżej jednym z kocmołuchów. Niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się zbiec od nieopuszczającego mnie przeświadczenia, że nie powinienem skoro była szansa…
- Może nie z każdej szansy należy korzystać? Albo może z każdej, aby tylko sprawdzić, iż nie każda jest dla każdego stworzona? – pomyślałem. Cieszyłem się jak dziecko.
- Udało się, udało mi się uciec! Nikt mnie tam nie przetrzymywał, ale uciekłem. Umknąłem przed sobą. Od tamtego czasu rzadko czułem się taki wolny, a raczej wyzwolony spod własnego jarzma, które pod wpływem rzeczywistości, w jakiej żyć mi przyszło, nakazuje łapać każdy ochłap zsyłany przez wątpliwą opatrzność. Na łaskę losu również muszę zapracować własnoręcznie. Niekiedy nie mamy na tyle pewności co do wybryków naszej drogi lub wystarczającej siły w gąszczu zawahań, aby obalać świat plastikową łopatką bez mrugnięcia okiem. Wtedy gwiazdy tak się obracają dla nas swoim światłem, by bez naszej świadomej ingerencji odmienić pewne koleje losu na dość inne dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, kiedy sami boimy się odbłądzić własne życie zgodnie z tym, co nam wpojono, że wszystkim rządzi ktoś większy. Że nie mamy powodu się miotać, bo rzeczy i tak nie zależą od nas. Niezależnie co w tym wszystkim jest iluzją, jeśli ten większy mądrze rządzi i do tego zgodnie z moją bardzo wolną wolą, to ja nie mam przeciwwskazań.

Tym sposobem albo jakimś zbliżonym do tego, z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami, opuściłem mój dom na wyspie. Zmieniłem wyspę i przebywam obecnie w mieszkaniu. Dom na wyspie był w Antrim, koło Belfastu w Irlandii Północnej. Teraz od pięciu dni mieszkam prawie w absolutnym centrum Manchesteru. Na zakupy mam bliżej niż do pracy, a to nie jest dobra kombinacja biorąc pod uwagę, że jestem tu po to, po co zdecydowana większość. Gromadzić zaskórniaki na zaś, taki jest priorytet. Nie planuję się tu osiedlać póki co, więc nie ma czasu na zabajerowanie. Trzeba jednak brać poprawkę na przeskoki linii życia. Ponadto, mam za mało miejsca w walizce na wszystko, co mógłbym tu kupić w korzystnej cenie, więc nie mogę zostać zbyt długo. Okazja czyni konsumenta. Bardzo dobrze, nie można przecież mieć wszystkiego! To zupełnie tak, jak z jedną klientką, w czasie mojej pierwszej pracy w restauracji, która zadała mi standardowe pytanie:
- Co Pan poleca?
A ja jej na to zachowawczo i z wrodzoną przekorą:
- Wszystko, wszystko polecam tylko z różnym natężeniem.
Na to równie swawolna pani odpowiedziała mi z przekąsem:
- Wszystko choćbym niezmiernie chciała, to mi się nie zmieści.
Całkiem pomyślnie dla jej wątroby.

W magazynie osób mniejszych 8

Może się dowiem, a może przyjdzie mi odszczekać, ale jestem tu dopiero miesiąc. Skąd mogę wiedzieć, jak wygląda życie wewnętrzne Irlandczyka Północnika? Jedynie opisuje, co widzę. A widzę tylko to, co jest dane zobaczyć ludzkiemu dodatkowi do pomarańczowego wózka. Perspektywę mam ograniczoną do subkultury magazynowej i okolic po drodze. Na rozmyślania mam wolną głowę, bo to najgłupsze z zajęć, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność wykonywać, ale za najlepsze pieniądze z dotychczasowo zarabianych. Totalna nuda nieustannie powtarzanych czynności. A po pracy głównie siedzę i czekam, aż życie zaproponuje mi jakieś ciekawsze rozwiązanie – nawet nie w kwestii ceny tutejszego produktu zbliżonego do chleba. W tym cały problem. Nie ma na co czekać. Trzeba działać! Czynić jakąkolwiek powinność w sobie, jeśli nie ma sprzyjających warunków na zewnątrz. Wiem, że każdy puszkowany produkt myśli podobnie, bo – na podstawie filmów o policjantach i psychopatycznych seryjnych mordercach – rozkminiłem, że pracując w magazynie, muszę zacząć myśleć na sposób produktu. Życie towaru stawało mi się coraz bliższe, co miało zaowocować niebawem dziwnymi zjawiskami.

LINK DO CZĘŚCI 9

W magazynie osób mniejszych 5

Ale pozostają zakupy! Temu nałogowi tubylcy oddają się bez reszty i nic dziwnego, bo wszystko jest tu nieziemsko tanie – nawet dla mnie, choć wciąż mam w głowie kalkulator, który mimowolnie przelicza wszystko na polską walutę. A przecież tutejsi zarabiają o niebo więcej niż ja! Grzechem byłoby nie kupować. I ani mi w głowie powstrzymywanie rozwoju zachłanności własnej. Byle dużo! Już wymyśliłem, że przed powrotem do domu – gdziekolwiek on jest, umówmy się, że na pewno w Polsce i zawsze tam, gdzie Mama – wyrzucę większość starych ciuchów, w których chodzę czasem ponad dziesięć lat. Nie z biedy, raczej z przywiązania, ewentualnie z pragmatyzmu. Tyle że teraz inny pragmatyzm mi podpowiada, żebym się obkupił jak wariat, skoro za pół darmo. Przyjechał w łachmanach, a wróci w markowych ciuchach królewicza. Jednak ubieranie się w transparenty reklamowe jakoś mnie nie tryka. Tuziemcy natomiast bardzo to lubią. Im większy emblemat firmy, tym byłbym bardziej na fali. Polacy przebywający tu niewiele dłużej ode mnie już złapali taki zarazek. Bakcyl bycia powierzchnią reklamową. To właśnie nosicielom firmy powinny płacić za rozpowszechnianie ich logo, a nie odwrotnie. A może po prostu jestem przedatowanym wapniakiem nie czytającym Faktu. To jest jeden ze szczytów bezczelności, sprzedać komuś własny produkt, który jest darmową powierzchnią reklamową. Sprytne czasy.

Większą bolączką niż moda wydaje się być dla mnie inne zagadnienie związane z pobytem na obczyźnie. Po sześciu miesiącach tutejszej pracy – bo tyle planuję tu pozostać – nie tylko zakupione ubrania mogą przestać na mnie pasować. Cały mogę przestać do siebie pasować. Dłonie już tracą delikatność, wkrótce twarz sczerstwieje od wiatru i zagryzania zębów. Pracownicy, na których mutagenny wpływ magazynu działał dłużej niż na mnie, przejawiają skłonność do garbienia się i wydawania z głębi własnego ciała przeróżnych odgłosów zapewne tylko przypadkowo nie zakwalifikowanych do kanonu savoir-vivre’u. Typowy magazynier jest nieogolony, ma tłuste włosy, a ubrany jest nieszczególnie schludnie. Profil ma zacięty, na czole pot, na rękach brud. Brzydko się patrzy. Pachnie nie lepiej. Lubi pluć i przeklinać. Interesuje go wyłącznie przerwa i koniec zmiany. Nie myśli o losach świata, ani nawet o małych foczkach, którym topnieją tereny lęgowe. Jedynie transmisja sportowa jest w stanie odwrócić uwagę LPD od podnoszenia dóbr. Analogicznym sposobem rozumowania antycypuję, że za kilka miesięcy moja postura może nie przypominać szlacheckiej, jakby wskazywało na to skołtuniałe pochodzenie w linii miecza. Ta polska zaściankowość… Tu nie słyszeli o Polsce szlacheckiej, pewnie temu na lotnisku zabrali mi nożyczki. Żebym uchodził za bardziej otępiałego. Ewentualnie nie ukradł samolotu.

LINK DO CZĘŚCI 6

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon… Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą.

W magazynie osób mniejszych 2

Właśnie, tylko bajka. Ten duży, piękny dom wcale nie jest taki duży. Ani nie piękny. Zwykła bryła bez udziwnień typu jaskółka, wykusz, weranda. Zupełnie surowy. W środku tylko najtańsze sprzęty z hipermarketów. Większość dopiero wymaga powołania do życia z formy wieloskładnikowej rozproszonej do formy jednolicie spójnej. Wszystko w granicach rozsądnej funkcjonalności. Najlepiej bez użycia narzędzi, bo tych też nie mam. Z zewnątrz mury bez wyrazu. Równiutko opaskudzone przez ptaki, których gniazda zdążono usunąć chyba dopiero na tydzień przed moim przybyciem. Więc w zasadzie dosyć wyrazista, jak na wierzchnią okładzinę. Na termoizolację mi to nie wygląda. Jedyna egzotyka, że dom stoi na wyspie. To co przyczepiło się do domu od spodu, to Irlandia Północna.

Ogród… Hm, to zdecydowanie za duże słowo. Zwykły trawnik trzy na cztery metry bez dodatkowego zakrzewienia, nie wspominając o drzewostanie. Do tego dom wcale nie jest za darmo, bo firma, która go wynajmuje, za tę przysługę odbija sobie z mojej pensji. Nawiązka zwielokrotniona, rzecz jasna. Mieszkam tu z sześciorgiem współpracowników, co wydatnie obniża komfort użytkowania luksusów pokroju kuchni, łazienki czy telewizora. Nawet jakość spania wydaje się być zredukowana, bo domek jest dość tekturowy jeśli chodzi o teksturę jego spoistości, a co za tym idzie dyskretny akustycznie, jak kościół wybudowany na terenie amfiteatru nad jeziorem w obszarze nieckowatej łąki. Czyli głos rozchodzi się bezproblemowo, a ukształtowanie terenu potęguje jego siłę wyrazu. Lekko uciążliwe rozwiązanie, kiedy akurat chce mi się krzyczeć.

Moje bezstresowe zajęcie to praca dla najniższej miejscowej klasy społecznej, opóźnionych w rozwoju, nadpobudliwych psychicznie, neandertalczyków z nadmiarem wewnętrznego wydzielania hormonów oraz inteligencji z Polski. Ciekawe do której grupy pasuję najbardziej ? Te całkiem duże pieniądze też wcale nie są zniewalające. Powiedziałbym nawet, iż względem najniższej gwarantowanej stawki dochody często wyglądają na niższe. Nie bądźmy jednak zachłanni. Na produkty z najniższej półki zawsze mnie stać. Jakość marketowa jest mi bliska, bo właśnie w magazynie jednej z największych europejskich sieci marketów mam bezdenną przyjemność pracować. O wielkości sieci niech świadczy fakt, że na Wyspy też już trafiła.
Jeżdżę sobie rozwalającym się pomarańczowym wózkiem prawie widłowym, wyposażonym w donośny klakson oraz niesprawne hamulce. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pomarańczowy był modny w zeszłym sezonie. Mój wózek, zwany trakiem, ma przód. Wypełnia go wielka bateria, a baterię wypełnia kwas. Dalej sterczy drążek sterowniczy, takie coś ja kierownica hulajnogi. W nowszych modelach zamontowano tradycyjną, okrągłą kierownicę. Konstruktorzy wygospodarowali też miejsce stojące dla głupiego, oparcie o różnych zastosowaniach oraz widły nazywane tu widelcami. Na widelce nadziewam sobie albo jedną metalową skrzynię, albo dwie, albo nawet trzy. Nadziewałbym ich jeszcze więcej, ale muszę się słuchać mojego własnego osobistego komputerka, czyli takiego przerośniętego zegarka, który pasuje jedynie na tydzień mody w Paryżu. Można by go nazwać armtopem – raz, że brzmi to fajnie, jak z science fiction, a dwa, że komputerek okupuje całe przedramię. A kiedy zapnę rzepy, obłapia mnie technika i zaczynam rozumieć, jak niewygodnie jest być cyborgiem. Do tego obłapianym w pracy i nie narzekającym ani na mobbing, ani nawet ocieractwo. Komputerek łączy się kabelkiem ze skanerem – kolejnym z moich sztucznych narządów zmysłów, przyczepionym dla odmiany skóropodobnymi paskami do grzbietu dłoni. Kabelek odchodzący od skanera biegnie do guziczka na moim palcu wskazującym. Na co wskazuje palec przeczytacie w dalszej części poradnika pod tytułem: „Jak magazynować, aby zmagazynować się gdzie indziej” Natomiast, wspomniany guziczek powinien kolejnym kabelkiem łączyć się z mózgiem magazyniera, ale Polakom nie zamontowano takiej opcji. Zegarek mówi mi, co mam robić, kiedy i w jakiej ilości. Ja robię, czyli naciskając kciukiem przycisk na palcu wskazującym, włączam laser, skanuję kod kreskowy produktu, a na wyświetlaczu wyskakuje, ile dziadostwa zabrać i gdzie odstawić. Jeśli rozkazy komputera są bez sensu, to i tak nie mogę tego zmienić, bo bym go popsuł, a na taki jeden musiałbym pracować ze trzy miesiące. Armtop nie mówi mi tylko, kiedy mam iść na przerwę, bo po co wyrobnikowi przerwa? Nie łączy się też z Facebookiem, co może potęgować samotność. Na początku zastanawiałem się, czy będzie mi wyświetlał: „Pora na siku”. Po kilku atakach pęcherza moczowego już się nauczyłem, że nic go to nie obchodzi. Szczury uczą się szybciej! Zostawmy jednak genezę mojej inteligencji. Jestem tu przecież wyłącznie od roboty.

LINK DO CZĘŚCI 3

W magazynie osób mniejszych 1

Jestem nieobecny. Nie ma mnie w moim dotychczasowym życiu. Jest za to nowe zjawisko, obecne. Moja nieobecność wydaje się być usprawiedliwiona. Mieszkam w dużym, pięknym domu z pokaźnym ogrodem, na malowniczej wyspie. Do tego za darmo! Mam zupełnie bezstresową pracę. Zarabiam bardzo dobrze. Codziennie mogę się cieszyć zniewalającym pięknem otaczającej przyrody. Urządzam sobie wypady do centrum handlowego i kupuję wszystko, na co tylko mam ochotę.

W dodatku tu niemal zawsze jest ciepło. Taki typowo morski klimat z lekką bryzą od wody. Kiedy najdzie mnie romantyczny nastrój, mogę udać się nad pobliskie jezioro, podziwiać łabędzie i inne ptactwo – zbyt leniwe, by wznieść się ponad ziemię lub wodę. Nie ma co się im dziwić. Na górze zatrzęsienie samolotów z Polakami. Na dole tylko widmo ptasiej grypy.

Co kilka dni oddaję się gotowaniu z pasją przynależną każdemu szalonemu twórcy, a raczej eksperymentom na półproduktach. Robię to czysto hobbistycznie oraz dla relaksu, pomijając oczywiście skłonność do obżarstwa – w myśl dowcipu o człowieku, który przychodzi do apteki, prosi o coś na zachłanność, po czym zaciska palce na brzegach okienka i szarpiąc je, krzyczy do przestraszonej pani po drugiej stronie: „Byle dużo! Dużo! Dużo!”.

Wieczory spędzam, oglądając ciekawe filmy na moim małym kinie domowym. Wcześniej jednak jeżdżę na rowerze, uprawiam bieganie lub chociaż streching. Potem kąpiel z olejkami do aromaterapii. Przed snem odrobina ulubionej muzyki, by łatwiej wpaść w całonocny niebyt. Nie muszę wstawać rano, bo pracuję tylko kilka godzin dziennie, a zaczynam kiedy chcę – gdzieś po południu. Dzień zawsze witam zieloną herbatą, która podobno robi nowotworom otwory w poprzek, ale ja nie boję się nowotworów – piję ją, bo lubię. Śniadanie zawsze syte, jednak lekko strawne i nieprzedobrzone dobrami. Trwa minimum dwie godziny, łącznie z poranną toaletą. To jest optymalny czas na „wejście żółtka” – jak mawiał dość abstrakcyjnie mój świętej pamięci dziadek. Poranna prasa. Tworzenie listy zakupów. Obmyślanie melanży żywieniowych na później. Praca. Obiad z pełną celebracją. Ogólnie rozumiany relaks. I tak dalej. Bajka!

LINK DO CZĘŚCI 2

Efekt matrycy

Efekt matrycy choć to dopiero podobrazie
najtańszy produkt ze znaczkiem recesja absolutu
niczym najlepsze oferty pracy
pod hasłem praca czyni wolnym
nie można odnaleźć strony
w kodzie źródłowym html dziwne znaczki
a podobno im prostszy organizm tym trudniej się psuje

oczekiwanie
nie rób tego w domu
w sprawach sprzedaży bezpośredniej
spiderman też się nada
nic nowego po stronie immunizacji
akwizycja pocieszenia
może kiedyś…
to zdecydowanie za późno
afekt sprzedany zapłacony
machinalnie obsłużony klient
dalsza morfogeneza produktu na skaju morfin.

Gnojak

Dzisiaj u źródła wiecznego szczęścia zamiast neonu aplauz
nieustannie wyświetlał się napis martwy
podczas spaceru w spalinach miasta
wzdłuż Wisły wyniosłej aż do poziomu alarmowego
unosił się intensywny fetor
niebo siniało nieobłożone surowym mięsem
a uruchomione odchody wzbierały na wałach
niedorosły żuczek oasfaltowany autostradą dla tirów
ogrodzony poboczem zadeptanym przez tirówki w mega szpilkach
biegł chaotycznie tego dnia przez cmentarne pole minowe
gołodupców kierował do punktów lotto
od czasu do czasu dokładnie nitkował zęby
i dzielnie pracował nad gnojową kulką
by pochować ją jako spiżarkę koło toy toya.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Przedstawiciele własnej osoby

Nam
przedstawicielom handlowym własnej osoby
biegania po kanałach nie wlicza się bezpośrednio na konta
nie wpływa ono także na linię życia kredytowego
staż nienormowanej pracy trwonimy w rozjazdach
wypadki losu ubezpieczamy dość kuriozalnie
jedynie na skutek podszeptów maczanych w empatii
polubownie łykamy żelazo dla umocnienia swych postanowień
brzemiennych w nadzieję aktów puszczania się w totka
wbijając gwoździe do naszych trumien uważni jesteśmy
by gwoździe nie wbijały się pod paznokcie końcówką z łebkiem
poza tym nie stwierdza się przeciwwskazań
partnerom może zależeć na estetycznych zakończeniach dłoni
w razie czego konsultujemy się z branżą rzeźniczą.

Na sztuki

Nasze cierniste podchody na zmysłach
i ciała gorejące chemią w odosobnieniu
zbliżenia radości oczekującej w kopcach
i pełne doły gorczycy na odchodne
chwilowe wzloty gdzie okiem sięgnąć
i podłużne upadki po widnokręgi powiek
naturalne odruchy miłości na sztuki
i całe zgrzewki syntetycznych mieszanin
jedno istotne słowo pracujące w tle
i almanachy pierdół walające się na pulpicie
oczywistość analogii wspólnego czucia
i tożsame krzywe silnie malejącego rozsądku
że może lepiej nie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego

Dobrze, że mam tylko jeden skończony kierunek i przez to tylko jednego magistra, bo inaczej to byłoby mi dopiero głupio wegetując od pół roku na bezrobociu. Siedzę i zastanawiam się, co by tu jeszcze napisać o sobie ciekawego i komu wysłać, przy założeniu oczywiście, że po pół roku jest jeszcze coś ciekawego do napisania i jest ktoś kto chciałby to czytać.

Czterdziesta wersja listu motywacyjnego, wielokrotnie modyfikowane CV, wymieniane zdjęcie na pełniejsze powagi i lepiej zretuszowane – to wszystko dawno przestało bawić. Najfajniejsze są rozmowy kwalifikacyjne. Swoją drogą dopóki na jakieś chadzam, istnieje minimum motywacji do dalszego drukowania i wysyłania listów.

Jestem na takiej modelowej rozmowie, próbują mnie podejść, testują mój charakter, każą opowiadać o sobie. Ciekawe czy od czasów przedszkola wymyślił ktoś bardziej żenującą sytuację niż zachęcanie do opowiadania o sobie publicznie? Do tego trzeba tak mówić o swojej świetności zajebistości, aby nie wyjść na narcyza egocentryka. Pytają o zainteresowania i plany na przyszłość, kiedy ja nie wiem czy jutro będę miał na kolejną porcję znaczków, które i tak ostatnio podrożały, oczywiście dla zwiększenia komfortu wyświadczanych mi usług, a pani w okienku numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i tak pomiędzy moją prośbą o znaczki, a wydaniem reszty zrobi sześć mało atrakcyjnych min pod moim adresem o bliżej nieokreślonym podłożu.

Brak mi słów, aby wyrazić, że czuję się jak podejrzany o dokonanie serii brutalnych morderstw. Dali mi niewygodne krzesło bez oparć na dłonie, które z tego powodu lepią mi się do ud, bo jestem zupełnie niespodziewanie zdenerwowany po całej nieprzespanej nocy. Nic nie mogłem zjeść na śniadanie o szóstej rano, gdyż wyjątkowo humanitarnie umówiono się ze mną o świcie. Przez co również boli mnie głowa, jak zwykle w takich przypadkach. I nawet nie wspomnę, że akurat chce mi się seksu. A potem jeszcze rozmawiają ze mną po angielsku… Zamiast po francusku.

Zupełnie wysoko także plasuje się moja samoocena w przypadku, gdy przez trzy miesiące usilnie wyczekuję na odpowiedź z danej firmy i nagle, po straceniu wszelkiej ochoty na kontakty z takową i kilku standardowych zapaściach depresyjnych, ja niegodny otrzymuję tak upragnioną wiadomość. Czy wypada się czepiać, że mailem, który przyszedł w środę po południu, by zawiadomić o spotkaniu w czwartek rano? Jakże bym śmiał całą moją zapyziałą buraczanością. Przez te trzy miesiące widocznie negocjowali ze mną termin rozmowy, ale akurat uprowadzili mnie kosmici i wypadło mi z głowy. Dobrze chociaż, że każdy bezrobotny posiada w domu internet i na bieżąco może odbierać pilną korespondencję. Wytęskniony list zawierał także zestaw poleceń typu:
- przynieść wszystkie świadectwa szkolne – zawsze przy sobie noszę;
- zapoznać się z dwoma książkami i paroma czasopismami branżowymi – bezrobotni notorycznie kupują co najmniej jedną książkę i cztery gazety wydane na papierze kredowym w tygodniu oraz inne ekskluzywne wydawnictwa;
- zapoznać się z trzema podanymi stronami internetowymi – z których jedna jest po niemiecku, druga w przebudowie, a trzeciej nie można odnaleźć.
Spoko. Odpisałem, że to doskonały żart z ich strony. Szczerze doceniam wszelkie nawet najmniejsze próby podnoszenia bezrobotnych na duchu. Polecam się na przyszłość, choć niekoniecznie na czwartek rano. Bo czwartek to była już odległa przeszłość, choć pocztę staram się sprawdzać na bieżąco. Już za samą bystrość w kalkulowaniu dni tygodnia powinni mnie zatrudnić. Choć może najzwyczajniej sprawdzali moją dyspozycyjność… W zasadzie nie opuszczam mojego boksu startowego.

Fajnie też jest jak na pierwszej rozmowie każą bezrobotnemu coś przygotować na drugą, jakiś projekt lub coś bardziej pracochłonnego. Rzuca wtedy taki wszystkie znaczki okraszane grymasami pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i zaczyna otwierać sobie żyły, żeby projekt, lub coś bardziej pracochłonnego, zadowalał wszelkie gusta estetyczne odpowiedzialne za kolorystykę i fantazyjne ułożenie czcionek. Za drugim razem dostaje do zrobienia coś bardziej pracochłonnego. Zaciąga debet i robi. Na trzeciej rozmowie każą zostawić do rozpatrzenia i czekać na telefon. W taki sposób tajne służby powinny torturować podejrzanych o terroryzm. Nie dzwonią cały tydzień, potem drugi. Zapożycza się bezrobotny u rodziny, kupuje kartę i dzwoni do firmy.
- Niestety Pański projekt ( lub coś bardziej pracochłonnego) okazał się niewystarczający wobec naszych oczekiwań związanych z Pańską osobą, aczkolwiek pragniemy pozostać z Panem w kontakcie na wypadek nawiązania w przyszłości współpracy.
Chociaż w sumie to od początku wiedzieliśmy, że musimy zatrudnić siostrzeńca prezesa, ale przecież dobrych pomysłów nie znajduje się na ulicy. I pewnie taki bezrobotny poszedłby po kolejny wagon znaczków do pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej, która zrobi sześć mało atrakcyjnych min – pani, nie lokalna jednostka pocztowa – ale skończył mu się akurat zasiłek.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH SZTUKATER.PL ORAZ DESPERAT-ZINE