W domu korników

Ostateczne rozwiązanie weszło do dżungli ludzkich interakcji
na leśnym planie sytuacyjnym pozorów bylejakości
symulowanej życzliwości w domu korników na tej samej gałęzi
niestabilnych odruchów sprytu z doskoku zajęczego serca
spróchniałych intencji udrapowanych na wzór desperacji

niczego nie dało się odkorować faktycznie z ogromu emocji
nie można było rozbujać nadgryzionej liany przyjaźni
czcza gadanina przerosła czas rzeczywisty zwisania
frajerską oznaką słabości było niezajęte gniciem działanie
z wyściółką dezaprobaty pod zatęchłym futerkiem wyższości.

Torpedówki

Plany doszczętnie storpedowane mięsem armatnim
pędzącym przez świat jak torpedówki
zasilane na dynamo działają tylko w ruchu
widać w te koncepcje nigdy nie zainwestowano
kolebią się bezzałogowym miejskim busem
niczym perpetum mobile własnej nieudaczności
kruchość torpedami w słabość przeinaczona
taka subtelność podstawiona do wzoru pędu
jakby do luku torpedowego wsunąć nadętą rozdymkę
i liczyć na mało toksyn w nadobnym rozbryzgu
albo watahę pocisków wycelować w szczeniaczka
który po wzięciu pod włos okaże się hardym zwierzęciem.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Pierwsze zaniechanie

Wybuchy tła
przy tlącym się planie
pierwszego zaniechania
pozbywając się tej części przeszłości
własną miarą rzeczy
przez aklamację
powstrzymaj rozczarowanie dnia powszedniego
odświętnie przystrojone na co dzień
w nieheroicznym świecie
który wymaga dużych nakładów
na produkcję magii.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Poza urzędem pracy

Zestawiając dane opisujące przebieg działalności życia
odczuwam dużo lecz mało kontrastowo
bez wyraźnej oprawy graficznej
deficyt
do tej pory zawsze wynikał deficyt
wyrażony w jednostkach pieniężnych
lub jednostkach uczuć
mała frekwencja wśród zwiedzających gwarantowana
zwłaszcza poza urzędem pracy
ogólnoświatowy kryzys w małej skali depresji
plany śmiałej desperacji wszelkich zasobów
naturalnie słuszny popyt
postęp za cenę zubożenia życia niepłacącego faktur
i podwykonawców bankrutujących po ludzku
nie wystosowano żadnej transzy z pomocą
choć otwarcie deklarowałem przyjąć każdą ilość euro
przeeksploatowanie
przed przystąpieniem do wydobycia.

W magazynie osób mniejszych 11

Cały tydzień obijałem się w tej małej irlandzkiej wiosce. Najprzyjemniejszy był fakt, że większość czasu obijałem się nieświadomie. Przypuszczałem, jak to się może skończyć, bo zawsze mam obcykane wszelkie możliwe opcje scenariusza, nie chciałem jednak rozwodzić się nad tym. Spędziłem ten czas bardzo miło, żeby nie powiedzieć błogo, wykorzystując możliwie najlepiej, w rozsądnej cenie, resztki czasu pozostawionego mi w Antrim. Jak wszyscy tubylcy oddałem się z pasją zakupom, choć w moim przypadku było to raczej polowanie na tanie ciuchy, a nie zakupy w ich rozumieniu. Zaopatrzyłem się na tyle, aby zaszczepić obawę o transport tego ciuchowego dobra. Cena dużo poniżej polskiej, była bezdyskusyjnie przekonywującym atutem. Tak łatwo dać się zwieść tej iluzji szczęścia. To dopiero inwestycja w szczęście na przyszłość, gdyż obecnie nawet nie mam gdzie chodzić w nowych rzeczach. Taka kwestia biznes planu z realizacją przewidzianą na kiedyś. Zastanawiam się, czemu ja się godzę na takie życie w zawieszeniu, do tego w niesprzyjających warunkach? Wiadomo, w ramach iluzji, że to poświęcenie własne pomoże mi odmienić przyszłość na lepsze. Bardziej jednak od zastanawiania się, czemu sobie na to pozwalam, przerażają mnie myśli, które przychodzą do głowy w tych raźniejszych momentach. Żeby może pomęczyć się tu zdecydowanie dłużej i przybliżyć w czasie tę domniemanie lepszą przyszłość zarobasa. To mnie napawa poważnym lękiem, bo z pewnością przeznaczenia świeżo wściekłej krowy na angielskiej farmie wiem, że mógłbym sobie zrobić i taką krzywdę. Nie mam jednak wewnętrznego pozwolenia na ponadplanowe straty życia. Te zaplanowane, to już nadmiar. Ponadto zdaję sobie doskonale sprawę, że przyszłość może być trudna do odmiany za pomocą pieniędzy. Na przykład w Polsce spętanej biurokratycznymi formularzami, każdy z zapotrzebowaniem na paletę znaczków skarbowych. Może nie udać mi się przebić. A jeśli już dorobię się willi z basenem, mercedesa i przybudówki z miejscem na kuca, co mi przyjdzie po bardziej komfortowym braku szczęścia?

Otumaniony beztroską, ewentualnie przeczuwający jakieś perturbacje w obszarze życia, zorganizowałem w najwcześniejszym możliwym terminie grupę szaleńców, która miała udać się nad północne wybrzeże by zobaczyć Atlantyk i jeden z siedmiu cudów natury, Drogę Gigantów. Jak na drwinę losu przystało, giganci także szukali alternatywnej drogi. Na ich plus działało, że byli duzi. Mieli ją zbudować z sześciobocznych kolumn bazaltowych wprost przez ocean. Niektóre źródła mówią o Grobli Giganta i jakoby był tylko jeden Gigant, budujący ową groblę do ukochanej. W każdym bądź razie kolumn jest ponoć trzydzieści siedem tysięcy, bo jakiś wariat, zapewne geolog, je policzył. Słupki chyba gigantom rozkradli, bo się nie udało.
- Skąd tam wtedy Polaków wzięli? – pomyślałem. Na szczęście, gdy sam szukam nowych dróg zazwyczaj tylko pakuje manatki do małego plecaczka. Pomijam kilkadziesiąt tysięcy słupeczków. Muszę popracować na większą spektakularnością działań.
Zgodnie z postanowieniem dopięliśmy celu. W cztery osoby udaliśmy się w nieznane na nieznanej ziemi w dążeniu zaznania jakichś wyższych emocji. Wznioślejszych niż te tradycyjnie spotykane w magazynie. Nie każdy urozmaica sobie życie, jak ja zderzając się z wózkami widłowymi. Już na początku nie wszystko poszło zgodnie z planem. Okazało się, że w niedzielę informacja na dworcu nie pracuje, z resztą prawie wszystko tutaj ma podobnie wolne. Jakby przynajmniej siódmy dzień tygodnia poświęcali na chadzanie do kościoła, co nie zdarza się przeciętnemu obywatelowi tego kraju. Na domiar nieciekawie złego wyszło na jaw, iż nie jesteśmy, tak inteligentni, jak Anglicy i nie umiemy czytać ich rozkładów jazdy, więc nie uda nam się pociągiem dostać w miejsce naszego chwilowego przeznaczenia. Dla chcącego nie ma jednak nic trudnego, tym bardziej dla szalonego chcącego. W związku z tą ludową mądrością, jako ludzie światowi – niekoniecznie wszyscy muszą wiedzieć, że wciąż na dorobku – wzięliśmy taksówkę, która to za troszkę kosmiczną cenę, jak dla przeciętnego Polaka, zawiozła nas do Portrush. Na szczęście koszty rozłożyły się na czterech i nie trzeba było oddawać się radykalnej ascezie po powrocie, ani sprzedawać organów zdatnych jeszcze do transplantacji. Przywitało nas zimne i wietrzne portowe miasteczko o niebo ładniejsze od jakiejkolwiek zabudowy w Antrim. Mnóstwo kolorowych, kilkupiętrowych, ciasno pozlepianych ze sobą domków i szeroka nadmorska promenada były upragnioną odmianą od żmudnej, towarowej codzienności. Do tego lekko wzburzony ocean przy słonecznej pogodzie stwarzający dogodne warunki do sesji zdjęciowej oraz surfingu. Nieodżałowana szkoda, bo zestawy małego surfera zostawiliśmy w domu. Normalnie zawsze je ze sobą wozimy, a tu nagle zapomnieliśmy i co? Od razu taka sposobność. Zazwyczaj właśnie surfuję w listopadzie razem z kolegami z klubu morsa. Chyba, że akurat są przerwy w dostawie internetu… No, ale trudno.

W magazynie osób mniejszych 4

Co do pogody, to faktycznie zazwyczaj jest ciepło, jeśli akurat nie ma mroźnego wiatru, który przy panującej tu wilgotności potrafi przeszyć zimnem do żywego. Bryza od morza przeważnie niesie nawałnice i deszcz zacina poziomo – prosto w oczy. A jeśli akurat ani nie wieje, ani nie leje, to jest szaro, buro i mgliście, najlepiej jeszcze z denerwującą mżawką. Objawów słońca jest tu tyle, co na Cyprze – tyle że porą deszczową w nocy. To znaczy słońce zawsze gdzieś jest, ma jednak gorszy zapierdziel niż ja i nie ma czasu załadować światła. Nawet jak zaświeci, to jak wtedy akurat jestem w mrocznym magazynie bez okien, więc daremny trud. Wieść gminna niesie, jakoby Afryka zużywała za dużo energii słonecznej, dlatego tutaj mają deficyt. Pewnie służy bananowym dyktatorom do produkcji broni nuklearnej. Irak wpadł na to trochę wcześniej, tylko jeden taki boski prezydent wyczaił ich niecne zamiary. Nieco zbrojnie.

Tak więc w Irlandii pada. Akurat mamy porę deszczowo mokrą, to jest prawie zimę. Po niebie nieprzerwanie ciągną tabuny chmur nie do przebicia. Czasem się przewalają z nudów, czasem pędzą, jakby się czymś zaraziły od wściekłych krów albo po prostu spojrzały w dół i stwierdziły: „Ależ tu bezbarwnie! Stagnacja i apatia. Spierdzielamy stąd w trzech migach nad Śródziemne”. Tam wieloryby ostentacyjnie smażą się na plaży, mimo że Green Peace próbuje je zepchnąć z powrotem do morza. A tu wieloryby siedzą zamknięte w domach przed telewizorami i zajadają octowe chipsy. Naprawdę, mają tu takie i nie radzę kosztować bez przepitki. Wcale im się nie dziwię, że nie wychodzą z domów i tyją, skoro tu taka pogoda. Zazwyczaj nie chce mi się nawet patrzeć w niebo…

Dziś słońce wyszło na godzinkę i już chciałem pobiec z aparatem na sesję zdjęciową nad jezioro, ale szczęśliwie przyziemne sprawy domowe zatrzymały mnie na moment i tylko dzięki temu nie zmokłem. Takie ekspresyjne nasłonecznienie cechuje się tutaj bardzo dużą dynamiką zmian. Jest po prostu dynamicznie spokojne, ewentualnie spontanicznie zaplanowane. Zresztą po grzyba tu komu słońce, przecież mają niedaleko centrum handlowe i dwa supermarkety! To jedyne i ulubione atrakcje w okolicy. Na przyrodę nie ma co liczyć. Oprócz jeziora, obecnie omijanego szerokim łukiem ze względu na ptasią grypę, mają tu jeszcze park z kilkoma ładnymi drzewami i jakąś zabytkowo zapyziałą wieżę, z której zrzucano czarownice. Faktycznie, czego to człowiek z nudów nie wymyśli!. Żeby chociaż ta wieża była otwarta… Poza tym widziałem na horyzoncie dwa wzniesienia, ale wciąż jak nie praca, to średnia opadów rocznych koliduje z moimi planami ekstremalnego alpinizmu na wysokości około pięciuset metrów.

LINK DO CZĘŚCI 5

Luźno wiszące troczki oczu

Luźno wiszące troczki oczu
sufler z rozsypanym scenopisem
spokój jednego aktora
po odcięciu prądu
i wszystkie inne banały serca
na większym planie
bardziej rozbudowana choreografia sceny biegnącej na widownie
skomplikowana konstrukcja postrzegania poprzez wzorzyste kostiumy aktorów
diorama maskująca rutynę dekoracji
epitafium żalu z dobrem w tle
i głosami publiczności:
co nas obchodzi twój zeźlony bóg.

MYŚL PIERWOTNA

Rozdzielność łączenia względem dzielenia

Taktycznie zaplanowane działania wojenne
w strukturze efemerycznej
rozgrywki na placu boju
zwanym kiedyś placem przyjaźni
puste okrzyki zadymiające
idiotki na wrotki w malutkich mundurach
przeszłość nadużywająca barykad ślepakami rykoszetu
gaz musztardowy nierozcieńczony kiełbasą
okopy chybionych haseł pseudo reklamowych
wzniosłe defilady przemówień erudycji na szpilkach
mowa trawy na podgrzewanej murawie pełnej min
odezwy do narodu po rozgonieniu czołgiem
demagogia na zaciśniętych uszach i kółkach
w imię czegoś ta broń rozszczepionych jąder
skierowana w łącznik pomiędzy
z dzielnikiem w klapie niedołęstwa
do chuja.

 

LINK DO ANGIELSKIEJ WERSJI / LINK TO ENGLISH VERSION

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Ostatnia próbka młodości

Obserwuję niebo
na połoninie własnego bytu dziko rosnąca młodość
która nie przychodzi łatwo
bo to już ostatnia próbka młodości
zaśniedziała amnezją chryzografia
w magazynie domu starców dla anachronicznych bogów
co odzyskują miłość z obozów
składowaną bezbożnie płótnem do dołu
i transportują barkami wzdłuż styksu
rozciągłości biegu zazdrości matka natura
jednokolorowe zdjęcia wielu zapomnianych miejsc
gliną zlepione matryce skaz
krwawe strzępy całunu szarpane zrywem ognia
wypalone ziarna pszenicy i srebra
nektar życia miażdżony duchowym głodem nie rozciągnie warg
podniebne wojaże w błękicie niweczy ziemski plan
i czas przebywający krótsze dystanse
przeszłość uwikłana w pamięci okruchy
żeby tylko starczyło siły do jutra.

LINK DO SKRÓCONEJ WERSJI

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Blog towarowy

Pojawiło się nowe marzenie produktu na marginesie
odosobnionego bloga towarowego
własna przestrzeń handlowa z lekkim niedomiarem
nieustanna martwica popytu na przekór zmianom
wymyślnie niesprecyzowana zawartość
niby z dużą ilością intensywnego opakowania
dopracowana co do grosza klasyczną fantazją
rozwiązane sprytem drobnotowarowego cinkciarza
miejsce w zakamarkach rzeczywistości magazynowej
bliżej dostawy niż kiedykolwiek
wciąż aktualne w planach.

Stworzenia efemeryczne

Wahania planu we wnykach podłości
realia wbrew obietnicom pospolitych marzeń
gdzieś między skrajną euforią
a stanem maniakalno depresyjnym
efemeryczne stworzenia
bezmyślnie karmione chlebem poprzez ciało
sens istnienia w bezsilności dalszej
przechodzi okres wzmożonych samobójstw
dzień dobry na cudowne odmiany
ewentualnie szukanie zastępczych zajęć
typu ostrzenie noży kuchennych.

Ich nie będzie

Nadplanowe zmiany niezrozumienia
domniemane uczucia
uwagę w codzienności utkwiły
otumanione rozumy
bez możliwości odwrotu
bez zniszczeń
burza mózgów i nieudolne słowa
ich nie będzie
do wyklarowania nowy żywioł pozostał
burza powinna być na początku.

Ostatnia próbka młodości

Obserwuję niebo
na połoninie własnego bytu dziko rosnąca młodość
która nie przychodzi łatwo
zaśniedziała amnezją chryzografia
w magazynie domu starców
dla anachronicznych bogów
którzy odzyskują miłość z obozów
składowaną bezbożnie płótnem do dołu
nektar życia miażdżony duchowym głodem
nie rozciągnie ram
podniebne wojaże w błękicie niweczy ziemski plan
i czas przebywający krótsze dystanse
bo to już ostatnia próbka młodości.

 

LINK DO ROZSZERZONEJ WERSJI

Noc żywych trupów

To klasyka najniższego z gatunków. Pokarm dla dwunastolatków. Każdy był dwunastolatkiem. W filmie od razu wiadomo o co chodzi. Jest spalarnia zwana krematorium, która standardowo, jak to w tego typu przedsięwzięciach bywa, zlokalizowana jest przy cmentarzu – co swoją drogą, jest bardzo praktyczne. W owym przybytku żarliwych uczuć, oczywiście przez przypadek, ktoś wysoce uorganizowany neuronowo wrzuca do paleniska bliżej nieokreślone chemikalia – nie można wnikać w szczegóły jakie, bo to mogłoby odwrócić uwagę widza od głównego wątku, który, jak się zapewne zdawało twórcom, miał pochłonąć oglądających do granic wytrzymałości wszelkich połączeń synaptycznych. Nieistotnie ważne. Opary tych spalonych świństw spowodowały u wszystkich denatów, nawet tych napoczętych, nawrót życia, ale jak to w życiu bywa wszystko ma swoją cenę i swoje skutki uboczne. Bo nie można niezauważonym przejść przez piekło. Nasi nowo natchnieni życiem milusińscy potrzebują do życia żywych mózgów. Konserwowane roztworem fizjologicznym im nie smakują, jak się dowiadujemy w trakcie. Nie należy się w tym miejscu oburzać, ani rozwijać w sobie zmysłów dyskryminacji patrząc przez pryzmat powszechnie akceptowanych nałogów. Filmowe krematorium jest trochę inne – z niezrozumiałych powodów nie mających na celu stresowania widza w trakcie rozrywki – gdyż zawiera na wyposażeniu elementy laboratorium, czyli różne takie niespodzianki w formalinie. Być może to dla rozrywki pracowników, gdy przykładowo nie mają co akurat wrzucić na ruszt. Nie można przecież pozwalać, aby nudził się pracownik spalarni, bo jeszcze przyjdzie mu do głowy coś głupiego i rozwinie w sobie nekrofilię lub zacznie kolekcjonować mało rozłożone relikwie.

Ożyło, co miało ożyć, czyli wszystko bez wyjątku i tu właśnie jest kulminacyjna dla mnie scena, która odbiła się piętnem na mojej jeszcze wtedy średnio zwichrowanej psychice dziecka. Otóż, wciąż widzę przed oczyma wyobraźni, jak zlękniony tym nadmiarem życia jeden z głównych bohaterów – bo to absolutny standard w horrorach, że bohaterów musi być co najmniej kilkoro, żeby miał kto ginąć – przemierza owe laboratorium w poszukiwaniu jakiegoś nieożywionego życia, to znaczy nie że martwego, ale żywego inaczej, czyli żywego w sposób ogólnie akceptowalny i odgórnie narzucony. Przemierza i znajduje malutkiego pieska, wręcz szczeniaczka, który leży sobie słodko na boczku i nic się nie rusza tylko szczeka. Nasz bohater podnosi biedne, ranne życiem zwierzątko i co widzimy? Widzimy, że kruszynka dlatego tylko szczeka bez wykonywania dodatkowych czynności ruchowych – które osobiście uważam za marnotrawstwo energii – bo przykręcona jest do stojaka, jak przystało na zwierzę z gruntu wypchane. Choć może nie z gruntu a raczej od wewnątrz jest wypchane, chociaż trociny mogły leżeć przecież na ziemi… tak sobie tylko konfiguruję, nie ważne. Naszemu bohaterowi mało tych rozrywek. Nie poprzestaje na wiwisekcji 2D. Muzyka narasta i stręczy ucho. Popcorn zastyga w jamie. Pepsi robi wżer w śluzówkę ustną. Kamera dybie coraz bardziej na pieska, w którego szczekaniu możemy dostrzec sukcesję napięcia. Czipsy tworzą zator w świetle przełyku na wysokości krtani. Przerwa na reklamę! Nasz bohater przechodzi do analizy w trzecim wymiarze, łapie szczenię oburącz u nasady odnóży. Naszym przekrwionym z podniecenia gałkom ukazuje się brak w wyposażeniu szczenięcia. Brakuje mu równo połowy boskiego planu morfologicznego. Urżnięty jest pionowo wzdłuż na długości kręgosłupa, czyli widzimy go w przekroju podłużnym a on nadal ujada, jakby miał wszystkie struny głosowe. Nie należy się tutaj zastanawiać dlaczego u wypchanego zwierzęcia widać wszystkie, pracujące, organy w przekroju. Wskazane jest tu sięgniecie po chrupki, dla urozmaicenia pokarmowego. Nasz bohater po sprawnym aktorsko zakończeniu okresu zdziwienia odkłada ładnie okaz na półeczkę. Koniec sceny kulminacyjnej. Pojadanie w trakcie filmu zrobiło swoje. Smacznego.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALU DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE

Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego

Dobrze, że mam tylko jeden skończony kierunek i przez to tylko jednego magistra, bo inaczej to byłoby mi dopiero głupio wegetując od pół roku na bezrobociu. Siedzę i zastanawiam się, co by tu jeszcze napisać o sobie ciekawego i komu wysłać, przy założeniu oczywiście, że po pół roku jest jeszcze coś ciekawego do napisania i jest ktoś kto chciałby to czytać.

Czterdziesta wersja listu motywacyjnego, wielokrotnie modyfikowane CV, wymieniane zdjęcie na pełniejsze powagi i lepiej zretuszowane – to wszystko dawno przestało bawić. Najfajniejsze są rozmowy kwalifikacyjne. Swoją drogą dopóki na jakieś chadzam, istnieje minimum motywacji do dalszego drukowania i wysyłania listów.

Jestem na takiej modelowej rozmowie, próbują mnie podejść, testują mój charakter, każą opowiadać o sobie. Ciekawe czy od czasów przedszkola wymyślił ktoś bardziej żenującą sytuację niż zachęcanie do opowiadania o sobie publicznie? Do tego trzeba tak mówić o swojej świetności zajebistości, aby nie wyjść na narcyza egocentryka. Pytają o zainteresowania i plany na przyszłość, kiedy ja nie wiem czy jutro będę miał na kolejną porcję znaczków, które i tak ostatnio podrożały, oczywiście dla zwiększenia komfortu wyświadczanych mi usług, a pani w okienku numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i tak pomiędzy moją prośbą o znaczki, a wydaniem reszty zrobi sześć mało atrakcyjnych min pod moim adresem o bliżej nieokreślonym podłożu.

Brak mi słów, aby wyrazić, że czuję się jak podejrzany o dokonanie serii brutalnych morderstw. Dali mi niewygodne krzesło bez oparć na dłonie, które z tego powodu lepią mi się do ud, bo jestem zupełnie niespodziewanie zdenerwowany po całej nieprzespanej nocy. Nic nie mogłem zjeść na śniadanie o szóstej rano, gdyż wyjątkowo humanitarnie umówiono się ze mną o świcie. Przez co również boli mnie głowa, jak zwykle w takich przypadkach. I nawet nie wspomnę, że akurat chce mi się seksu. A potem jeszcze rozmawiają ze mną po angielsku… Zamiast po francusku.

Zupełnie wysoko także plasuje się moja samoocena w przypadku, gdy przez trzy miesiące usilnie wyczekuję na odpowiedź z danej firmy i nagle, po straceniu wszelkiej ochoty na kontakty z takową i kilku standardowych zapaściach depresyjnych, ja niegodny otrzymuję tak upragnioną wiadomość. Czy wypada się czepiać, że mailem, który przyszedł w środę po południu, by zawiadomić o spotkaniu w czwartek rano? Jakże bym śmiał całą moją zapyziałą buraczanością. Przez te trzy miesiące widocznie negocjowali ze mną termin rozmowy, ale akurat uprowadzili mnie kosmici i wypadło mi z głowy. Dobrze chociaż, że każdy bezrobotny posiada w domu internet i na bieżąco może odbierać pilną korespondencję. Wytęskniony list zawierał także zestaw poleceń typu:
- przynieść wszystkie świadectwa szkolne – zawsze przy sobie noszę;
- zapoznać się z dwoma książkami i paroma czasopismami branżowymi – bezrobotni notorycznie kupują co najmniej jedną książkę i cztery gazety wydane na papierze kredowym w tygodniu oraz inne ekskluzywne wydawnictwa;
- zapoznać się z trzema podanymi stronami internetowymi – z których jedna jest po niemiecku, druga w przebudowie, a trzeciej nie można odnaleźć.
Spoko. Odpisałem, że to doskonały żart z ich strony. Szczerze doceniam wszelkie nawet najmniejsze próby podnoszenia bezrobotnych na duchu. Polecam się na przyszłość, choć niekoniecznie na czwartek rano. Bo czwartek to była już odległa przeszłość, choć pocztę staram się sprawdzać na bieżąco. Już za samą bystrość w kalkulowaniu dni tygodnia powinni mnie zatrudnić. Choć może najzwyczajniej sprawdzali moją dyspozycyjność… W zasadzie nie opuszczam mojego boksu startowego.

Fajnie też jest jak na pierwszej rozmowie każą bezrobotnemu coś przygotować na drugą, jakiś projekt lub coś bardziej pracochłonnego. Rzuca wtedy taki wszystkie znaczki okraszane grymasami pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i zaczyna otwierać sobie żyły, żeby projekt, lub coś bardziej pracochłonnego, zadowalał wszelkie gusta estetyczne odpowiedzialne za kolorystykę i fantazyjne ułożenie czcionek. Za drugim razem dostaje do zrobienia coś bardziej pracochłonnego. Zaciąga debet i robi. Na trzeciej rozmowie każą zostawić do rozpatrzenia i czekać na telefon. W taki sposób tajne służby powinny torturować podejrzanych o terroryzm. Nie dzwonią cały tydzień, potem drugi. Zapożycza się bezrobotny u rodziny, kupuje kartę i dzwoni do firmy.
- Niestety Pański projekt ( lub coś bardziej pracochłonnego) okazał się niewystarczający wobec naszych oczekiwań związanych z Pańską osobą, aczkolwiek pragniemy pozostać z Panem w kontakcie na wypadek nawiązania w przyszłości współpracy.
Chociaż w sumie to od początku wiedzieliśmy, że musimy zatrudnić siostrzeńca prezesa, ale przecież dobrych pomysłów nie znajduje się na ulicy. I pewnie taki bezrobotny poszedłby po kolejny wagon znaczków do pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej, która zrobi sześć mało atrakcyjnych min – pani, nie lokalna jednostka pocztowa – ale skończył mu się akurat zasiłek.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALACH SZTUKATER.PL ORAZ DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE