Bachory humorów

Przyswajalność surowo wzbroniona
bachory twoich humorów w odstawce
zobaczymy jak przetrwają
w konfrontacji z suchym lodem
na każdym calu wylewności zapory
próg przekroczeń skrupulatnie narasta
spiętrzonego gniewu
w formie obronnej pancerne batalie
myślisz że zdołasz stan wojenny udźwignąć
przypływem umysłu
duma nie idzie w parze z winą
czas zaognia przemilczane opinie
oczekiwanie pokoju zniweczy upór
w chłodu obrębie
zmrożone urny na równi z biernością
wzajemna niechęć przerysuje boleśnie
arogancko w podłej hardości
przyrodnio braterskim gestem
bezsilność nie do poskromienia i szrama
wobec własnego podobieństwa
z odrobiną większego wyrachowania.

W progach startowych

Odcieki młodości

Śmiercionośność nieba
zerwanego nocą
za serca dnia
na wskroś ku starości
potężne zawirowanie
w pobliżu odcieków młodości
młodości przeczekiwanie
oczekiwanie nieba
nieba
ponitowane trwaniem.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

RTV

Przyszły jełopy od Ferdka
kiedy śpiewałem sobie akurat w Czesiu
opowiadały F jak farmazony
chciały pieniądze na abonament
w trakcie przerwy w bloku reklamowym
akurat miałem się kiepsko kumulacyjnie
choć długo czekałem na tę cyfrę na początku.

Lost & Found Mega*Zine #9

Numer 9: Oczekiwanie

LF9

ENGLISH VERSION HERE

Mieszalnik odstanych marzeń

Pędząc pod ciśnieniem
obijając się o ścianki
w mieszalniku niegodziwości
odstanych chcielibyśmy marzeń.

Wieczność w obozie oczekiwań

Wieczność w zbiorze oczekiwań
bezkształt przedmiotów uczuć
umiarkowany zdarzeń odległością
niepoliczony krąg nagłych płomieni
chwilowym paleniskiem obrócony ku środku
kolczasta linia gasząca fragmenty
wieczności w obozie oczekiwań
kiedy ja nie mam tyle czasu.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Proces niszczenia głównego organu

Oczy chronione hasłem
w tej kwestii łamacz kodów bezproduktywny
wysycone replikującym się szaleństwem
tuż za słonecznymi okularami
bierność łamiąca wolę afektów
kalecząca chemią nenie
automatyczna menada przy techno bicie
niczym starość w przedpokoju oczekiwań
o blasku zawieszonym pomiędzy
uszczęśliwianiem innych a własnym odbiciem
sczerniałe oczy unikane z atencją
wymaganą w trakcie procesu niszczenia głównego organu.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Aforyzm wsobny

W magazynie osób mniejszych 8

Może się dowiem, a może przyjdzie mi odszczekać, ale jestem tu dopiero miesiąc. Skąd mogę wiedzieć, jak wygląda życie wewnętrzne Irlandczyka Północnika? Jedynie opisuje, co widzę. A widzę tylko to, co jest dane zobaczyć ludzkiemu dodatkowi do pomarańczowego wózka. Perspektywę mam ograniczoną do subkultury magazynowej i okolic po drodze. Na rozmyślania mam wolną głowę, bo to najgłupsze z zajęć, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność wykonywać, ale za najlepsze pieniądze z dotychczasowo zarabianych. Totalna nuda nieustannie powtarzanych czynności. A po pracy głównie siedzę i czekam, aż życie zaproponuje mi jakieś ciekawsze rozwiązanie – nawet nie w kwestii ceny tutejszego produktu zbliżonego do chleba. W tym cały problem. Nie ma na co czekać. Trzeba działać! Czynić jakąkolwiek powinność w sobie, jeśli nie ma sprzyjających warunków na zewnątrz. Wiem, że każdy puszkowany produkt myśli podobnie, bo – na podstawie filmów o policjantach i psychopatycznych seryjnych mordercach – rozkminiłem, że pracując w magazynie, muszę zacząć myśleć na sposób produktu. Życie towaru stawało mi się coraz bliższe, co miało zaowocować niebawem dziwnymi zjawiskami.

LINK DO CZĘŚCI 9

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

Efekt matrycy

Efekt matrycy choć to dopiero podobrazie
najtańszy produkt ze znaczkiem recesja absolutu
niczym najlepsze oferty pracy
pod hasłem praca czyni wolnym
nie można odnaleźć strony
w kodzie źródłowym html dziwne znaczki
a podobno im prostszy organizm tym trudniej się psuje

oczekiwanie
nie rób tego w domu
w sprawach sprzedaży bezpośredniej
spiderman też się nada
nic nowego po stronie immunizacji
akwizycja pocieszenia
może kiedyś…
to zdecydowanie za późno
afekt sprzedany zapłacony
machinalnie obsłużony klient
dalsza morfogeneza produktu na skaju morfin.

Czego nie możesz

Czego nie możesz powiedzieć bieżąco
przemilcz zupełnie
nie daj się zwieść
lękom pochopnych osądów
bo wtedy
czekając bezwarunkowo
w objęciach dystansu
generowanego mną
czy niedawną bliskością
cierpliwości granice
wesprzesz świtem
bez podziwiania gwiazdozbiorów
a uczucie które ocalisz
będzie jedynie
twoją własną miłością.

Kwestia wyboru

Decyzje zmieniające życia
propozycje wchodzące w cudze trajektorie
warunki oczekiwań zakłócające własne orbity
kwestia wyboru
i nadziei na podobne odczucie
chociażby w kwestii czucia
kwestia ryzyka
co rozum przewidzi do straty
serce zastąpi
na czas jakiś.

Mają się nijak

Oczekiwania obłędu delirycznego uczucia
nadzieje na lepsze obroty fortuny
co toczy się kanciastym owocem
w konfrontacji z rzeczywistością
jej absurdalnym poczuciem piękna
estetycznym wymogiem postury
mają się nijak
lub jak pragnienie
nie będące w stanie okiełznać rozumu
i tak ufam
możnością człowieka na tle wszechświata
wielkością wszechświata w człowieczym umyśle
że wszystko prócz uczuć
będzie ci obojętne.

Kwestia gustu rozwolnienia

Gust nie opowie się trójwymiarowo
zaznaczy terytorium smaku masowego odbiornika
wysmakowanie niczego eksplozją nie dopowie
zakwestionuje rzecz przekazu teoretycznie
da ci chwilę w kwestii ciszy zastanowień
nie zdąży z rekultywacją wzrokowych ideałów
przy niewydolnej gospodarce super-bohaterami
na wolnym rynku konsumpcji czasu widza
oczekujący mają się nijak wartościowo
rozpulchnieni głośną reklamą disco pacholęcia
pędzą do toalet zaklinać gustu rozwolnienia.

Posiadacze

Wszelkim amatorom posiadania delikatnie wytłumaczę
koty służą do jedzenia
poza tym należy je głaskać
jest to konieczne i niezbędne dla prawidłowego rozwoju kota
towarzyszący temu proces mruczenia jest fajny
można je czasem zabawiać
rozpieszczać smakołykami
przytulać
pamiętać trzeba o zamykaniu i otwieraniu im drzwi
zawsze gdy mają na to ochotę
regularnie sprzątać ich otoczenie
komfortowo miękkie posłanie na dwudziestogodzinną drzemkę
z co godzinną przerwą na posiłek
to oczywiste minimum
to koniec przyjemności posiadania
zapewnić kotu święty spokój
czekać w nieustającym pogotowiu spełniania zachcianek
jeżeli bezspornie będzie miał na nie ochotę
w przeciwnym razie odsyłam na swoje.

Paproch kontaktowy

Paproch
zupełnie nic gołym okiem
całe morze martwe pod mikroskopem
więcej
niż mniej dyskomfortu

kto nazwał go człowiekiem?

paproch
pod szkłem organicznym
za blisko by widzieć cokolwiek
więcej
niż mniej dyskomfortu

kto nazwał go trwaniem?

Na sztuki

Nasze cierniste podchody na zmysłach
i ciała gorejące chemią w odosobnieniu
zbliżenia radości oczekującej w kopcach
i pełne doły gorczycy na odchodne
chwilowe wzloty gdzie okiem sięgnąć
i podłużne upadki po widnokręgi powiek
naturalne odruchy miłości na sztuki
i całe zgrzewki syntetycznych mieszanin
jedno istotne słowo pracujące w tle
i almanachy pierdół walające się na pulpicie
oczywistość analogii wspólnego czucia
i tożsame krzywe silnie malejącego rozsądku
że może lepiej nie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego

Dobrze, że mam tylko jeden skończony kierunek i przez to tylko jednego magistra, bo inaczej to byłoby mi dopiero głupio wegetując od pół roku na bezrobociu. Siedzę i zastanawiam się, co by tu jeszcze napisać o sobie ciekawego i komu wysłać, przy założeniu oczywiście, że po pół roku jest jeszcze coś ciekawego do napisania i jest ktoś kto chciałby to czytać.

Czterdziesta wersja listu motywacyjnego, wielokrotnie modyfikowane CV, wymieniane zdjęcie na pełniejsze powagi i lepiej zretuszowane – to wszystko dawno przestało bawić. Najfajniejsze są rozmowy kwalifikacyjne. Swoją drogą dopóki na jakieś chadzam, istnieje minimum motywacji do dalszego drukowania i wysyłania listów.

Jestem na takiej modelowej rozmowie, próbują mnie podejść, testują mój charakter, każą opowiadać o sobie. Ciekawe czy od czasów przedszkola wymyślił ktoś bardziej żenującą sytuację niż zachęcanie do opowiadania o sobie publicznie? Do tego trzeba tak mówić o swojej świetności zajebistości, aby nie wyjść na narcyza egocentryka. Pytają o zainteresowania i plany na przyszłość, kiedy ja nie wiem czy jutro będę miał na kolejną porcję znaczków, które i tak ostatnio podrożały, oczywiście dla zwiększenia komfortu wyświadczanych mi usług, a pani w okienku numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i tak pomiędzy moją prośbą o znaczki, a wydaniem reszty zrobi sześć mało atrakcyjnych min pod moim adresem o bliżej nieokreślonym podłożu.

Brak mi słów, aby wyrazić, że czuję się jak podejrzany o dokonanie serii brutalnych morderstw. Dali mi niewygodne krzesło bez oparć na dłonie, które z tego powodu lepią mi się do ud, bo jestem zupełnie niespodziewanie zdenerwowany po całej nieprzespanej nocy. Nic nie mogłem zjeść na śniadanie o szóstej rano, gdyż wyjątkowo humanitarnie umówiono się ze mną o świcie. Przez co również boli mnie głowa, jak zwykle w takich przypadkach. I nawet nie wspomnę, że akurat chce mi się seksu. A potem jeszcze rozmawiają ze mną po angielsku… Zamiast po francusku.

Zupełnie wysoko także plasuje się moja samoocena w przypadku, gdy przez trzy miesiące usilnie wyczekuję na odpowiedź z danej firmy i nagle, po straceniu wszelkiej ochoty na kontakty z takową i kilku standardowych zapaściach depresyjnych, ja niegodny otrzymuję tak upragnioną wiadomość. Czy wypada się czepiać, że mailem, który przyszedł w środę po południu, by zawiadomić o spotkaniu w czwartek rano? Jakże bym śmiał całą moją zapyziałą buraczanością. Przez te trzy miesiące widocznie negocjowali ze mną termin rozmowy, ale akurat uprowadzili mnie kosmici i wypadło mi z głowy. Dobrze chociaż, że każdy bezrobotny posiada w domu internet i na bieżąco może odbierać pilną korespondencję. Wytęskniony list zawierał także zestaw poleceń typu:
- przynieść wszystkie świadectwa szkolne – zawsze przy sobie noszę;
- zapoznać się z dwoma książkami i paroma czasopismami branżowymi – bezrobotni notorycznie kupują co najmniej jedną książkę i cztery gazety wydane na papierze kredowym w tygodniu oraz inne ekskluzywne wydawnictwa;
- zapoznać się z trzema podanymi stronami internetowymi – z których jedna jest po niemiecku, druga w przebudowie, a trzeciej nie można odnaleźć.
Spoko. Odpisałem, że to doskonały żart z ich strony. Szczerze doceniam wszelkie nawet najmniejsze próby podnoszenia bezrobotnych na duchu. Polecam się na przyszłość, choć niekoniecznie na czwartek rano. Bo czwartek to była już odległa przeszłość, choć pocztę staram się sprawdzać na bieżąco. Już za samą bystrość w kalkulowaniu dni tygodnia powinni mnie zatrudnić. Choć może najzwyczajniej sprawdzali moją dyspozycyjność… W zasadzie nie opuszczam mojego boksu startowego.

Fajnie też jest jak na pierwszej rozmowie każą bezrobotnemu coś przygotować na drugą, jakiś projekt lub coś bardziej pracochłonnego. Rzuca wtedy taki wszystkie znaczki okraszane grymasami pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i zaczyna otwierać sobie żyły, żeby projekt, lub coś bardziej pracochłonnego, zadowalał wszelkie gusta estetyczne odpowiedzialne za kolorystykę i fantazyjne ułożenie czcionek. Za drugim razem dostaje do zrobienia coś bardziej pracochłonnego. Zaciąga debet i robi. Na trzeciej rozmowie każą zostawić do rozpatrzenia i czekać na telefon. W taki sposób tajne służby powinny torturować podejrzanych o terroryzm. Nie dzwonią cały tydzień, potem drugi. Zapożycza się bezrobotny u rodziny, kupuje kartę i dzwoni do firmy.
- Niestety Pański projekt ( lub coś bardziej pracochłonnego) okazał się niewystarczający wobec naszych oczekiwań związanych z Pańską osobą, aczkolwiek pragniemy pozostać z Panem w kontakcie na wypadek nawiązania w przyszłości współpracy.
Chociaż w sumie to od początku wiedzieliśmy, że musimy zatrudnić siostrzeńca prezesa, ale przecież dobrych pomysłów nie znajduje się na ulicy. I pewnie taki bezrobotny poszedłby po kolejny wagon znaczków do pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej, która zrobi sześć mało atrakcyjnych min – pani, nie lokalna jednostka pocztowa – ale skończył mu się akurat zasiłek.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH SZTUKATER.PL ORAZ DESPERAT-ZINE