Patrz na wiatr

Pomału
nie spłosz ulotności nieba
lepiej uważniej patrz
na końcu nie ma nic
dążysz do prawdy
rozczaruje cię
pięknego jest mniej
wszystko co święte
zdarza się tu
ta chwila ma sens
kiedy przeminie
odejdź
i patrz
na wiatr
nie w stronę zawietrzną
z wiatrem nie
tylko tu
zdarza się świat
w tej formie
tylko raz.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Odcieki młodości

Śmiercionośność nieba
zerwanego nocą
za serca dnia
na wskroś ku starości
potężne zawirowanie
w pobliżu odcieków młodości
młodości przeczekiwanie
oczekiwanie nieba
nieba
ponitowane trwaniem.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Najmniej możliwości w portalu – wiersz multimedialny


LINK DO WIERSZA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Droga Mleczna – z cyklu Poezja toaletowa

Kliknij w obrazek

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

11 000


Prawda minorowa wszystkich nielotów
powłóczące skrzydła
jedenaście tysięcy judejskich aniołów
beton depresja
i zdarta biel
miłość dziwacznie zbłąkana
bezkres przestrzeni dla planet
wir
pióra farbowane popiołem
beton zwątpienie
i kosmos na ołtarzu nieba
garb czas
pogarda brud
żmudnie zaszyfrowany raj
zbawienna pieśń otuchy
niepokalana przez świętość
zbrukana zaniechaniem
jedenaście tysięcy judejskich aniołów
beton obcość
i uderzenia o własnych synagog
samotność.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Wyczekuję chwili

LINK DO BLIŹNIACZEGO ARTWORKA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Fundacje pomocy miłości

Istotność lubuje przypadki
istotnie z pominięciem szyku
czcigodni zaprzestają
płomienna miłość niczym słomiany zapał
w próżni komunikacji
i niebo się zbiega
to nic
dekady później dogasają ostatnie skrawki meteorów
w oddaleniu słowa
przestają się marnować
nigdy nie przestają ranić
endorfiny przereklamowane co prawda
czyszczące skutecznie
na ile serca znacie
kolosy na zgliszczach
walące o dno ludzkimi rękami
mają zamiar zamknąć wszechświaty na dłuższe na siebie czekanie
fundacje pomocy miłości
wysyłające transporty humanitarne
z bronią
nie ogarniają kosmosu zniszczeń własnym pojęciem ładu
motyle w brzuchu nie latają wysoko
przez bomby i gazy bojowe lat świetlnych nie przemierzają
blaknie sposób patrzenia na niebo.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Partnerstwo dla nakładu

Bądź modna!
- zaraz się przebiorę nawet zanim doczytam
wyjdź poza własne ja!
- o ile rozmiarów jeszcze powinnam?
bądź asertywna!
nie bój się mówić nie!
- nie! nie znam stu sposobów na bycie piękną na wiosnę, o innych porach roku nawet nie wspomnę
bądź wyzwolona!
- już zaraz zastosuję wasz banalnie prosty sposób na sukces w trzech krokach dla rozkraczonych na bezrobociu
powiedz mu czego od niego oczekujesz w łóżku!
nie bój się żądać satysfakcji!
- poproszę o promesę z gwarancjami na piśmie, po czym zalegnę jak martwa kłoda
- tylko czy ta pościel komponuje się z moją szminką?
bądź na luzie!
- łyknę tramal w kroplach i wezmę pavulon
seks to przyjemność!
traktuj partnera po przyjacielsku!
- też człowiek, ale powinien czasem w nogach poleżeć
kiedyś twój zegar biologiczny zacznie bić!
- będę musiała się zgłosić do poradni dla kobiet maltretowanych
robi to z miłości!
- jestem perfekcyjnie oczytana stąd wiem, że nie jestem zwolenniczką emocjonalnego zaangażowania zanim partner nie przejdzie testu czterech tysięcy pytań sprawdzających
a czy Twoje przydatki są w formie?
- co noc mają aspiracje być przydatne, jednak z nudów ulegają zanikowi, dlatego zawsze kończy się na szukaniu słoika szczęścia i niezmiennie jest to słoik po kremie czekoladowym.

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 4

Co do pogody, to faktycznie zazwyczaj jest ciepło, jeśli akurat nie ma mroźnego wiatru, który przy panującej tu wilgotności potrafi przeszyć zimnem do żywego. Bryza od morza przeważnie niesie nawałnice i deszcz zacina poziomo – prosto w oczy. A jeśli akurat ani nie wieje, ani nie leje, to jest szaro, buro i mgliście, najlepiej jeszcze z denerwującą mżawką. Objawów słońca jest tu tyle, co na Cyprze – tyle że porą deszczową w nocy. To znaczy słońce zawsze gdzieś jest, ma jednak gorszy zapierdziel niż ja i nie ma czasu załadować światła. Nawet jak zaświeci, to jak wtedy akurat jestem w mrocznym magazynie bez okien, więc daremny trud. Wieść gminna niesie, jakoby Afryka zużywała za dużo energii słonecznej, dlatego tutaj mają deficyt. Pewnie służy bananowym dyktatorom do produkcji broni nuklearnej. Irak wpadł na to trochę wcześniej, tylko jeden taki boski prezydent wyczaił ich niecne zamiary. Nieco zbrojnie.

Tak więc w Irlandii pada. Akurat mamy porę deszczowo mokrą, to jest prawie zimę. Po niebie nieprzerwanie ciągną tabuny chmur nie do przebicia. Czasem się przewalają z nudów, czasem pędzą, jakby się czymś zaraziły od wściekłych krów albo po prostu spojrzały w dół i stwierdziły: „Ależ tu bezbarwnie! Stagnacja i apatia. Spierdzielamy stąd w trzech migach nad Śródziemne”. Tam wieloryby ostentacyjnie smażą się na plaży, mimo że Green Peace próbuje je zepchnąć z powrotem do morza. A tu wieloryby siedzą zamknięte w domach przed telewizorami i zajadają octowe chipsy. Naprawdę, mają tu takie i nie radzę kosztować bez przepitki. Wcale im się nie dziwię, że nie wychodzą z domów i tyją, skoro tu taka pogoda. Zazwyczaj nie chce mi się nawet patrzeć w niebo…

Dziś słońce wyszło na godzinkę i już chciałem pobiec z aparatem na sesję zdjęciową nad jezioro, ale szczęśliwie przyziemne sprawy domowe zatrzymały mnie na moment i tylko dzięki temu nie zmokłem. Takie ekspresyjne nasłonecznienie cechuje się tutaj bardzo dużą dynamiką zmian. Jest po prostu dynamicznie spokojne, ewentualnie spontanicznie zaplanowane. Zresztą po grzyba tu komu słońce, przecież mają niedaleko centrum handlowe i dwa supermarkety! To jedyne i ulubione atrakcje w okolicy. Na przyrodę nie ma co liczyć. Oprócz jeziora, obecnie omijanego szerokim łukiem ze względu na ptasią grypę, mają tu jeszcze park z kilkoma ładnymi drzewami i jakąś zabytkowo zapyziałą wieżę, z której zrzucano czarownice. Faktycznie, czego to człowiek z nudów nie wymyśli!. Żeby chociaż ta wieża była otwarta… Poza tym widziałem na horyzoncie dwa wzniesienia, ale wciąż jak nie praca, to średnia opadów rocznych koliduje z moimi planami ekstremalnego alpinizmu na wysokości około pięciuset metrów.

LINK DO CZĘŚCI 5

Koktajl Mołotowa

Wypluwki zlepionego losu i fortuny
toczone po dziwacznej linii życia
przebiegającej
bez spacerowania
wypreparowane z mieszaniny
niczym krwawiące w lodówce truskawki
nierozumiejące prostych kątów ramion
szczerości niepołączonej w związki
uwikłanej w tajny układ szczęśliwości
niepodchodzący zbyt blisko nieba
niebo to obecnie banał
wypełniony wodorem i helem
pierwiastki rozczarowania dnia powszedniego
o systemie emocjonalnym rutyny
sączące drinki pod nazwą Koktajl Mołotowa.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

W zaułkach entropii

W zaułkach entropii
artyleryjskie ruszenie ku chwale wścieklizny
ma czelność zbierania datków na rzecz ofiar masochizmu
na ziemi bardziej świętej
przy drzwiach zamkniętych na wszystko
i dobroci poutykanej w rezerwatach
gdzie podziw sczezł na kształt anorektyczki rubensowskiej
a szczęście w trakcie wycofywania wypełniło osierdzie fekaliami
sroga niewdzięczność ignorancji za fanatyzm emocjonalny
jako pozostałość po własnej wielkości
nie mogącej wykroczyć dalej
ze względu na stosunkowo pokojową propagandę kału.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Torebka genezy

Nie noś krzyża w torebce
jeśli nie masz odpowiedniej przegródki
może on przewrócić się do góry kołami
koła lubią oddawać się magii
lub okrężnie znakom pozaziemskiej genezy
to może podważyć jego dogmat
wtedy niewysłuchane prośby jak ufo
potargają niebo strącając gwiazdy
celebrytki tego nie lubią
marka torebki jest nieistotna.

 

LINK DO ANGIELSKIEJ WERSJI / LINK TO ENGLISH VERSION

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Z rynsztunkiem pod ołtarz

Panowie
tutaj z tym industrialem
z rynsztunkiem pod ołtarz
ofiar naiwnego dzieciństwa
spędzonego na wysyłaniu próśb do nieba
w kopertach bez miejsca na adresata
małe przeoczone znaki
zurbanizowane doświadczeniem
próbują wracać z przeszłości
jak zabłąkane w czasach wojen listy
niezależnie od aktów teizmu
chcą się uteraźniejsić
rzucić w bielejące oczy
wobec ostrzegawczych wiadomości
na tle sygnałów wielkiego miasta
pod ostrzałem manipulacji
hipokryzja dodana do wody pitnej
lemniskata historii w oparach absurdu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Gnojak

Dzisiaj u źródła wiecznego szczęścia zamiast neonu aplauz
nieustannie wyświetlał się napis martwy
podczas spaceru w spalinach miasta
wzdłuż Wisły wyniosłej aż do poziomu alarmowego
unosił się intensywny fetor
niebo siniało nieobłożone surowym mięsem
a uruchomione odchody wzbierały na wałach
niedorosły żuczek oasfaltowany autostradą dla tirów
ogrodzony poboczem zadeptanym przez tirówki w mega szpilkach
biegł chaotycznie tego dnia przez cmentarne pole minowe
gołodupców kierował do punktów lotto
od czasu do czasu dokładnie nitkował zęby
i dzielnie pracował nad gnojową kulką
by pochować ją jako spiżarkę koło toy toya.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Między wiersze

LINK DO BLIŹNIACZEGO ARTWORKA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Ostatnia próbka młodości

Obserwuję niebo
na połoninie własnego bytu dziko rosnąca młodość
która nie przychodzi łatwo
bo to już ostatnia próbka młodości
zaśniedziała amnezją chryzografia
w magazynie domu starców dla anachronicznych bogów
co odzyskują miłość z obozów
składowaną bezbożnie płótnem do dołu
i transportują barkami wzdłuż styksu
rozciągłości biegu zazdrości matka natura
jednokolorowe zdjęcia wielu zapomnianych miejsc
gliną zlepione matryce skaz
krwawe strzępy całunu szarpane zrywem ognia
wypalone ziarna pszenicy i srebra
nektar życia miażdżony duchowym głodem nie rozciągnie warg
podniebne wojaże w błękicie niweczy ziemski plan
i czas przebywający krótsze dystanse
przeszłość uwikłana w pamięci okruchy
żeby tylko starczyło siły do jutra.

LINK DO SKRÓCONEJ WERSJI

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

O JEDNO NIEBO WIĘCEJ – tomik

1 okładka 800x1123

 

Unikatowe, limitowane wydanie zbioru
eklektycznych wierszy. Prekursor „Łoskotu
Drogi Mlecznej”. Podniebny, ale dopiero
zmierzający w stronę kosmosu. Umorusany
emocjami, utytłany brudem przy gruncie.
Po części i prekursor tomiku „Poezja pękła”
ze względu na rozdarcia wewnętrzne jako
skutek człowieczej natury. Pełen wątpliwości
i niedowierzania w podłą konstrukcję świata
wobec nieskazitelnego użebrowania nieba.
Poszukujący ukojenia, dążący do równowagi.

 

„O jedno niebo więcej”
Wydawnictwo niszowe
Data wydania: sierpień 2003
Ilość egzemplarzy ograniczona
Bez możliwości dodruku
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Ręcznie robione, intrygujące wydanie. 24 utwory wierszowe. Ilość stron: 52. Okładka sztywna,
laminowana, utrzymana w formie kolażu z charakterystycznym, transparentnym rozdarciem
w prawym, górnym rogu. Niewielka książeczka formatu A6. Wyjątkowo oryginalnie oprawiona
za pomocą autentycznych nitów zaciskowych. Mały biały kruczek rozdartego nieba.

2 baner Feblik

3 baner Patrz

4 baner O jedno niebo więcej

5 baner 11 000


 

Ostatnia próbka młodości

Obserwuję niebo
na połoninie własnego bytu dziko rosnąca młodość
która nie przychodzi łatwo
zaśniedziała amnezją chryzografia
w magazynie domu starców
dla anachronicznych bogów
którzy odzyskują miłość z obozów
składowaną bezbożnie płótnem do dołu
nektar życia miażdżony duchowym głodem
nie rozciągnie ram
podniebne wojaże w błękicie niweczy ziemski plan
i czas przebywający krótsze dystanse
bo to już ostatnia próbka młodości.

 

LINK DO ROZSZERZONEJ WERSJI

Niebo (mój feblik 7)

Serce
jak prosta linia
prostota
którą nazywasz kiczem
starsze pokłady patyny
jak kurz
w sterylnych warunkach
hodujesz uczucia
pozbawione odporności
na rewanż
igrasz na linie
bez asekuracji
na wysokości obłędu
nad separacją
nie podchodzisz zbyt blisko nieba
niebo to jakiś banał.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Trudne przypadki złych motyli

Burza przewalająca się blaskiem oświeca sklepienie po wygaszeniu nocnego serca
dwudziestosekundowy grzmot echa efektem pięć sekund po blasku
perygeum gniewu chwilowo przygasło
nie zgasło
reakcja łańcuchowa artylerii pomiędzy deszczem gaszącym niebo do ziemi
jak można kochać po stłumieniu brzmienia
osaczeniu podłożem wezbranej ściany wody
od nieba ryk
rwana blacha po przetworzeniu filtrem nawałnicy
oczyszczalnia nie nadąży
czasem odpuszcza
burzy kończą się pomysły
jej repertuar składa ikrę na później

nienoclegowe ćmy napierają czołowo na latarnie
przyzwyczajone do nagłych oberwań chmur
odbija się burzy wspomnieniami słów upodlonych
nie trzeba przynajmniej czekać aż jej się uleje
negatyw z opadów deszczu
fekalia przepłynęły rzekę marzeń
wilgoć na znak okrucieństwa
zapaskudzony genom złych motyli w pragnieniu światła
do wybicia zawieruchą całe stado zaćmionych motyli poddających się naświetlaniom
lot emocjonalnych kamikadze przez ścianę deszczu by huknąć łepkiem o hartowane szkło latarniane
gruntowne zło samobójstwa
trudne przypadki popełnione ponad gruntem
luka dogmatyczna użyta do podważenia.