Nadawcy wielkich wijów

Poszukuję we śnie adresatów między nadawcami wielkich wijów
po czterdzieści metrów każdy w grząskim gruncie
o imionach: plotka, blaga, wymysł, paszkwil i stokrotka
senne organelle nie ogarniają tylu alternatywnych wątków
boli mnie linia papilarna odgórnie objęta przebudową trasy
omijanie mokradeł wymaga wielu formalnych zabiegów słownych
roboty ziemne i głębokie wykopy nie sięgają zacnej słowności
przywalonej błotem w myśl osmozy według krótkowzrocznych.

Kriogeniczna tożsamość

Dwa kriogeniczne serca z ekwipunkiem
wyznaczą horyzont zdarzeń w jedności
rozwieszą aureolę smutku w lunaparku
podniebne toasty na diabelskim młynie
zatrwożą wyrażeniem formy industrialnej
zabłąkane myśli o niskim cieple spalania
poświęcenie przygaszą własnym zastojem
techniczny krzyk w mechanicznym zamęcie
trybów fortuny pastwiących się na miąższu
los znużony kołowaniem dopełni pozwoleń
wyciskania karmy z tożsamości natury
podczas kolizji prawilnych debilizmów.

Aforyzm do walca

Aforyzm wsobny

Wyczekuję chwili

LINK DO BLIŹNIACZEGO ARTWORKA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Duracell

Do kogo należysz?
kto kontrolę pełni?
w czym tkwi pewność egzystencji?

pewnie myślisz:
- moje!

pewnie myślisz:
- teraz!
a masz na piśmie życie?
nieśmiertelność zajączka duracell’a.

W magazynie osób mniejszych 12

Każdy z nas dzwonił do Polski lub wysyłał esemesy z pozdrowieniami z nad Atlantyku. Tak się rozpłynęliśmy pod wpływem tych przyjaznych warunków zapogodowania, że nie zwracaliśmy uwagi na upływający dzień o krótkim okresie nasłonecznienia, typowy dla przedostatniego miesiąca roku, a do naszego cudu mieliśmy jeszcze jakieś jedenaście kilometrów. Również na popas trzeba było zorganizować moment. Piknik był na skale, żeby nie było jak w filmie „Piknik pod wiszącą skałą”, gdyż straty w ludziach nie zostały przewidziane. Bankowo nie zdążylibyśmy przed zmrokiem, gdyby nie kolejny związek z mądrością ludową według której: głupi ma zawsze szczęście.
Szliśmy wzdłuż wybrzeża tak długo jak pozwalały na to klify. Później wdrapaliśmy się na nie, brnąc przez chaszcze czerwieniących się zarośli. Następnie wędrowaliśmy poboczem wzdłuż drogi na wschód od Portrush. Fotografowaliśmy dziwne twory skalne zawieszone nad urwiskami klifów, które równomiernie porastała soczyście zielona trawka. Dokładnie jak na irlandzkich pocztówkach. Przy pierwszych oznakach zachodzącego słońca minęliśmy ruiny zamku Dunluce. Rozognione słońce oświetliło stojące na sztorc i jakby zaostrzone zwieńczenia ścian, w których to widniały czarne oczodoły jako pozostałości po dawnych oknach. Zamek powstał w trzynastym wieku, a od stuleci uchodził za nawiedzony, od czasu kiedy jego część, łącznie z mieszkańcami, runęła do morza wraz z oberwanym pod nim klifem. Od tamtej pory mury pozostawiono same sobie, a raczej na łasce matki natury. I to chyba one jedynie mogły tam straszyć, gdyż duch zamku raczej był nam życzliwy, bo właśnie wtedy dopisało nam szczęście. Zatrzymał się samochód z bardzo miłym starszym panem, choć tu nie mają w zwyczaju praktykować łapania stopa. Oczywiście mnie przypadło udawanie fajnego i animowanie, reszta zasłaniała się brakami językowymi. Zazwyczaj wszyscy inni mają więcej do powiedzenia, ale w strategicznych chwilach, do walki wkraczają tajne siły milczących konfidentów. Cichociemni wszystkich krajów łączą się, aby dobyć ze swych trzewi myśl. Niektórzy do takich procesów używają mózgu, u mnie natomiast słowa niekoniecznie muszą współpracować z wcześniejszymi przemyśleniami. Syndrom telegrafistki, czyli byle duży słowotok. Na szczęście długo tak nie mogę. Pan kierowca stwierdził:
- Masz francuski akcent.
Jasne. I pewnie urodę Eskimosa oraz umaszczenie Indianina. To stuprocentowo przez tego ślimaka, którego zjadłem dwa lata temu całą gębą – jakby nie było we Francji. Natomiast kiedy byłem w Hiszpanii, dawno temu jako nastolatek, przypadkowe turystki zagadywały do mnie po ichniemu pytając o drogę… Mamo, kim ja jestem ?!
Po drodze pan kierowca opowiadał nam krótkie historyjki o mijanych miejscach a ja, nie bacząc na akcent, dzielnie opowiadałem mu, gdzie pracujemy i skąd jesteśmy. Na koniec zażartował, iż zawsze, gdy będzie otwierał puszkę fasolki będzie ciepło o nas myślał, jako o tych, którzy dźwigają ten angielski specjał. Ten niezastąpiony składnik tutejszych śniadań, zaraz obok tostów, sadzonych jaj, bekonu i wyjątkowo ohydnych kiełbasek. Z warzyw oszczędnie – zmiażdżone pomidory lub groszek, też zdruzgotany, oczywiście prościutko z puszeczki, absolutnie bez ociupinki soli, aby podnieść wielowymiarowość doznań. Bo sól jest nie wskazana. Zatrzymuje wodę w organizmie i potem człowiek lekko puchnie, następnie pulchnieje, by zrobić z siebie w ostateczności dorodnego pączusia z oponkami od stóp, przez wszystkie podbródki, do głów. Wszystko byłoby w porządku, nawet bez tej śmiercionośnej dla wyznawców zdrowia soli, gdyby którekolwiek z tu wymienionych dóbr smakowało należycie, ale niestety nie na tej wyspie. Tymczasem na wybrzeżu…
Niezależnie od wad mojej wymowy, dotarliśmy do samiutkiego celu, a to było najważniejsze. Udało się w ostatniej chwili, bo zachód słońca był kwestią jedynie kilkunastu minut. Pożegnaliśmy się z miłym panem kierowcą, dziękując wyjątkowo szczerze. I pognaliśmy do celu naszej wyprawy. Szkoda, bo ten jeden z siedmiu cudów natury chyba jest tym siódmym w kolejności. Albo na taką subiektywną ocenę wpływa moje wykształcenie geologa, który kamienie już widział wcześniej, albo wzburzony Atlantyk rozbijający się o strome klify oraz inne bogate w formy ostańce przyćmił u mnie swą nieobliczalną siłą żywiołu wrażenie cudu. Ładne miejsce. Warto zobaczyć przy dobrej pogodzie i braku pośpiechu. Szczególnie jeśli lubi się tłumy ludzi utrudniające życie fotografom. Piękne widoki. Oryginalne ukształtowanie terenu. Szalone morze. Ale „bez cudów”.
Cud jednak miał okazać się jeszcze niezmiernie pożądany na naszej dalszej drodze małego, domorosłego wędrowniczka. Wyprawa Drogą Gigantów okazała się trochę drogą szaleńców, ale żaden nie darł szat. Szkoda było drzeć. Zimno było. Problem pojawił się w trakcie powrotu. Słońce nam zaszło. Ostatni autobus do Portrush odjechał. Nikt na zabranie gapowicza nie dał się namówić po zmierzchu, tym bardziej dla czterech polsko wyglądających intruzów. Taksówki dawno przestały pracować o tej porze w niedzielę. Dzwonienie pod każdy z możliwych numerów z recepcji przydrożnej restauracji na nic się zdało. Maszerowaliśmy więc po ciemku nieoświetlonym poboczem, które o dziwo wyposażone było na całej długości jedenastu kilometrów w chodnik co nie zdarza się nawet w centrum dystrybucji, a co dopiero na takiej odludnej drodze z krowami rozstawionymi po bokach. Pomocne rozwiązanie i to bardzo. Trudno było nasz powrót nazwać marszem, były to raczej zawody w chodzeniu na czas, gdyż czas nie był po naszej stronie. Nie muszę nadmieniać, że innych wariatów na całej długości naszego marszu nie spotkaliśmy. Czułem się jak mały hobbit niosący wielki ciężar w ciemnej, mrocznej krainie. Droga nie miała końca. W ostatniej chwili zdążyliśmy na pociąg z Portrush do Antrim, na styk, po dwóch godzinach wyścigów. Humory mieliśmy przednie, jak i apetyty mimo zmęczenia narządów ruchu oraz napęcznienia ud, łydek i pośladków. Cóż takiego pracownicy fizyczni powinni robić w jedyny wolny dzień tygodnia? Umartwiać inne partie ciała niż na co dzień. Ale nie my… Za to dusze mieliśmy napojone pięknem, przynajmniej na jakiś czas dalszej pracy w Mordorze. Tak obrazowo nazwaliśmy nasz magazyn i nie była to na pewno inwencja własna. Dwa kolizyjne żywioły: potężny, wolny i wzburzony Atlantyk naprzeciw betonowego magazynu wykorzystującego ludzi, którzy się godzą na ten stan za najniższą stawkę. Najniższa stawka na rynku niestety odpowiada najwyższej stawce w życiu, rozłące. Dla mnie ta iluzja w pamięci miała starczyć na czas pozbawiony pracy. Okazał się nim być jeden bardzo długi tydzień, pełen świadomych iluzji.

LINK DO CZĘŚCI 13

W magazynie osób mniejszych 8

Może się dowiem, a może przyjdzie mi odszczekać, ale jestem tu dopiero miesiąc. Skąd mogę wiedzieć, jak wygląda życie wewnętrzne Irlandczyka Północnika? Jedynie opisuje, co widzę. A widzę tylko to, co jest dane zobaczyć ludzkiemu dodatkowi do pomarańczowego wózka. Perspektywę mam ograniczoną do subkultury magazynowej i okolic po drodze. Na rozmyślania mam wolną głowę, bo to najgłupsze z zajęć, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność wykonywać, ale za najlepsze pieniądze z dotychczasowo zarabianych. Totalna nuda nieustannie powtarzanych czynności. A po pracy głównie siedzę i czekam, aż życie zaproponuje mi jakieś ciekawsze rozwiązanie – nawet nie w kwestii ceny tutejszego produktu zbliżonego do chleba. W tym cały problem. Nie ma na co czekać. Trzeba działać! Czynić jakąkolwiek powinność w sobie, jeśli nie ma sprzyjających warunków na zewnątrz. Wiem, że każdy puszkowany produkt myśli podobnie, bo – na podstawie filmów o policjantach i psychopatycznych seryjnych mordercach – rozkminiłem, że pracując w magazynie, muszę zacząć myśleć na sposób produktu. Życie towaru stawało mi się coraz bliższe, co miało zaowocować niebawem dziwnymi zjawiskami.

LINK DO CZĘŚCI 9

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon… Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą.

Na powierzchni głębi

Podskórne implanty na ciele dla świata zapomnianym
nieustający kurs kolizyjny
śmiercionośnej pustki na kolanach
w środku żniw
rozwiane pierze myśli po namaczaniu
odmraża palce do krwi
osobliwie
aurą ogólnego szczęścia
na tle nierozdeptanych śladów bólu
bycie takiej twardości katedry wśród mgieł zgubne pomieszczenia
wyobcowanie na powierzchni głębi
w pobliżu strumieni młodości wiecznej
młodości przeczekiwanie
nieostrożne zamachy wsobnych okrzyków
poddające się presji dobrego wychowania
przerzuty bliskości w połamanych ramionach jutra.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Bardziej niż byle

Nigdy nie byłem na lepszej drodze
myślę o tych rzeczach widywanych na filmach
zapisanych na kartach bajek
miliony chybionych ludzkich razy
nie godnych do tej pory istnieć
godnych bardziej niż byle pokątnych marzeń
myślę o słowach: na zawsze i na pewno
magii tego wszechświata we mnie
sensie teorii równania falowego czasu
spuściźnie uzbrojonych nagich bachorów
eliksirach afektu i antydepresantach
bo satysfakcji nie czuję.

Uniżony do poziomu

Nie ma bezpośrednich dotyków
pomiędzy elokwentnymi krasomówcami
a niskim poziomem
po prostu dziękuję
nie przywykłem brać do ust brudnej wody
używanej do rozmaczania spuścizn
najmniejszych śladów podobieństwa z klasą wyrobników
nie podnoszących własnej wartości cudzym kosztem
czy wyszukanym za granicą serca słowem
które gówno znaczy
i kto tu jest większym smrodem
czy może mniej dobranym rozmówcą
bez umiejętności jednoczesnego słuchania
zatwardziale udając twarzą
zrozumienie dla czczej gadaniny
pełne wzniosłości miłosierdzia mimiki
dla syreniego śpiewu zgromadzeń mędrców
co nigdy się nie zamykają
odganiając myśli o niewielkiej mądrości wiedzących
oraz o świecie od zawsze grzebiącym w nocnikach.

Oddech mimozy

Oddechem mimozy życie podchodzę
na rozstajach serca zawracam
migają jupitery ostrzeżeń co do siebie
nie wymyślę jutra skrawanego religią
przed sobą nie ochroniłeś mnie boże
zostałem sobą ale nadal z tym walczę
sto lat samotności co do sekundy
niewytworzonej wiary poza słowem
nie ważę się myśleć o mądrości jeśli
nigdy nie powiem.