Szum tła

Wszystkie życzenia poza użytkownikiem
domowe ognisko wymienione na super płaskie
zgaszone pilotem
wężowa wylinka rozciągnięta na szum tła

mątwy usposobienia dopasowane do każdej możliwości
ciecze robocze zgodne z oczekiwaniami tłumu
zarodki w zamrażarce
poruszenia natury stłamszone freonem.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Przestrzeń pośrednia

Wspólna konstrukcja wsporcza
ponad ziemią
przestrzenie graniczne
a raczej miejsca pomiędzy nimi
nachylone w kierunku wstępu
do fuzji przeznaczeń
zespoły przewodów wspólnego obwodu
biegnące nieodłącznie obok siebie
międzybyt nie oddany jeszcze do użytku
z mnóstwem zamieszkałych cel w izolacji
pogranicza naszych trajektorii
bez możliwości wstępu
karty magnetyczne po stracie ważności
nachylenie niezmienne
zawieszenie równi pochyłej
bez dostrzegalnej możliwości spadku
otuliny po stratach szczelności
zaciskają w sobie piękno
przeskoków wiązki światła
wizyjne refleksy stali
jak miriady błysków w oczach
na matowych dwuwymiarach zewnętrznych
w nowych warunkach konsumpcji i miłości
trzeci wymiar bywa błyskiem forsownym.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Gniazdko zwane kontaktem

W moim gościnnym pokoju człowieczeństwa
nie zamontowano ani jednego gniazdka zwanego kontaktem
uniemożliwia mi to wkładanie palców do dziurek
za każdym razem gdy ludzie chlapią się gorącą herbatą.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

LINK DO ANGIELKSIEJ WERSJI / LINK TO ENGLISH VERSION

Wystąpił błąd

WYSTĄPIŁ BŁĄD
WSZYSTKIE NIEZAPISANE APLIKACJE ZOSTANĄ UTRACONE
POŁĄCZENIE PRZERWANE
BRAK ZASIĘGU

nigdy już adresu nie odnajdziesz
nie na stronie wspólnych marzeń
marzenia nigdy już nie będą
nie obejdziesz zabezpieczeń hasła – nie istnieje

ANULOWANO TWOJE PRAWA
DOSTĘP NIEMOŻLIWY
KONTO ZABLOKOWANE
BRAK SERCA DOSTĘPU

PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ
PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ
PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ
PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ PONÓW PRÓBĘ

Motłoch flory bakteryjnej

Zaplute karły reakcji swego czasu
wyklęci bezterminowo również obecnie
obecni w zakamuflowanej opcji niemieckiej
lub jakiejś innej gejowskiej
w dozwoleniach odgórnych i dobrze widzianych prawidłach
wolność tak szybko się zapomina
bez paralizatora
odwilż o niewłaściwej porze roku

korporacyjni konfidenci
szykany na drodze śmieciowej umowy
doskonale wykształceni nieudacznicy własnych możliwości
najlepiej wykwalifikowani kandydaci na więźniów wartości
obecnie skuleni na bezrobociu
żałosna godność nierozpędzonych życiorysów
bez perspektyw wobec pokolenia kochającego głównie siebie
przy braku kompetencji nepotyzmu

jeśli reprezentujesz mniejszości posiadania uczuć wyższych
na wszelki wypadek niczego nie podpisuj
przebojowi narodowcy wysoko skaczą
wykazując duże powinowactwo do życia
niewiele szerszego niż motłoch flory bakteryjnej
ograniczenia pochodzenia wewnętrznego
ciasno upakowane w grupy
inteligencja rozproszonego zbioru znów się nie przyda.

Dramat na spawach

Jestem radością
bożą dzieciną w trakcie rozbiórki
nienormalnym skurwysynem obudowanym pustakami
z wiecznym problemem przy fundamentach
przesiąkanie cieczy łzowej do piwnic
jestem kurwa radością
grubo ciosana miłość robi zadry w czułości
bez znajomości zasad bezpieczeństwa i higieny pracy
uderza do głębi pięciopiętrowym rusztowaniem empatii
które nigdy nie było podporą
czy damy radę
spodziewany dramat na spawach możliwy do przewidzenia
katastrofa budowlana bez okularów ochronnych
oko opatrzności w oku cyklonu
nic konkretnego
na co radość nie byłaby przygotowana
oraz Bob Budowniczy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Najmniej możliwości w portalu

Miejscowe obroty możliwości ciał
na gzymsie zmysłów i nie tylko
powrót do poprzedniej sposobności plus pewność
że nie była właściwą
igraszki na linie bez asekuracji
wysokości obłędu nad separacją
emocjonalna przypadłość uskrzydla
nie w systemie zależności niskich lotów
pozbawiona odporności na rewanż
radość rozchełstanej równowagi
na którą rozsądniej sobie nie zezwalać

twarz przesiąkająca ziemią
spłyci zwierciadła błękitu
niefortunne krawędzie budowli
w związku z dopasowaniem do oczu
noc przybierze powietrzne ślady walk
użebrowanie gwiazd pozamyka światło
a serce jedyny dostępny portal
kruchość postrzępionych chmur
przerysuje mrokiem oczy obserwatora.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Torebka genezy

Nie noś krzyża w torebce
jeśli nie masz odpowiedniej przegródki
może on przewrócić się do góry kołami
koła lubią oddawać się magii
lub okrężnie znakom pozaziemskiej genezy
to może podważyć jego dogmat
wtedy niewysłuchane prośby jak ufo
potargają niebo strącając gwiazdy
celebrytki tego nie lubią
marka torebki jest nieistotna.

 

LINK DO ANGIELSKIEJ WERSJI / LINK TO ENGLISH VERSION

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Efekt matrycy

Efekt matrycy choć to dopiero podobrazie
najtańszy produkt ze znaczkiem recesja absolutu
niczym najlepsze oferty pracy
pod hasłem praca czyni wolnym
nie można odnaleźć strony
w kodzie źródłowym html dziwne znaczki
a podobno im prostszy organizm tym trudniej się psuje

oczekiwanie
nie rób tego w domu
w sprawach sprzedaży bezpośredniej
spiderman też się nada
nic nowego po stronie immunizacji
akwizycja pocieszenia
może kiedyś…
to zdecydowanie za późno
afekt sprzedany zapłacony
machinalnie obsłużony klient
dalsza morfogeneza produktu na skaju morfin.

Demon czegokolwiek

Diabeł już się zbudził i rozciąga z rana swoje kręgi
nie wierz w podrygi duszy te samostrawione sfery możliwości
polewa je markowymi perfumami demon czegokolwiek
roznieca zdania pięknym życiem się wykazujące
a dając słowo w zamian dostajesz wiązankę

potęguje samotność zażyłością blokowisk
oferując wizytę u kręgarza w spa
odwija ze ścierek kanciaste skraje masywnych urządzeń
zwalnia stróżki z twojego domu napełniając pokoje niepokojem
nie przeleje jednak na swe konto głównej wygranej żywota ateisty
zapomniał że niewiara nie ma sił by tworzyć czy niszczyć.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Przedstawiciele własnej osoby

Nam
przedstawicielom handlowym własnej osoby
biegania po kanałach nie wlicza się bezpośrednio na konta
nie wpływa ono także na linię życia kredytowego
staż nienormowanej pracy trwonimy w rozjazdach
wypadki losu ubezpieczamy dość kuriozalnie
jedynie na skutek podszeptów maczanych w empatii
polubownie łykamy żelazo dla umocnienia swych postanowień
brzemiennych w nadzieję aktów puszczania się w totka
wbijając gwoździe do naszych trumien uważni jesteśmy
by gwoździe nie wbijały się pod paznokcie końcówką z łebkiem
poza tym nie stwierdza się przeciwwskazań
partnerom może zależeć na estetycznych zakończeniach dłoni
w razie czego konsultujemy się z branżą rzeźniczą.

Dzień świra

Dzień świra bez wskazań
wskazówki czasu oddalające od siebie
cały wybieg możliwości uczuć i słowne wybiegi możliwie na szkodę
by nie starać się mocniej
mocarze unikający starannie bólu zadają rany pewności zmysłów
niepewnym umysłem na przekór
przelewając życie w próżnię odżyć na próżno zdołają
uwznioślając własne słabości zasłabną na wysokości zadania
załamując ramiona wsobnej niewoli
nie złamią swej woli upragnionej bliskości.

Życie spakowane w pudełka

Dla świata martwota
na okoliczność bycia dzieckiem
przynależność do czegokolwiek
według własnego sposobu postrzegania
poza systematyką machiny biurokracji
na uboczu świadczeń gwarantowanych
ale i bez możliwości przejęcia władzy
własny świat politycznie nieskorumpowany
spragniony kartonowymi wyobrażeniami
dążący do uzupełnień w epilogu wiadomości
oczekujący na drodze poszukiwań
zakończenia pracowniczych alokacji
w schemacie zależności szkoleń z człowieczeństwa
życie spakowane w pudełka
przy niezmiennej monotonii zmiany.

Ich nie będzie

Nadplanowe zmiany niezrozumienia
domniemane uczucia
uwagę w codzienności utkwiły
otumanione rozumy
bez możliwości odwrotu
bez zniszczeń
burza mózgów i nieudolne słowa
ich nie będzie
do wyklarowania nowy żywioł pozostał
burza powinna być na początku.

Stworzenie na miarę

Czarnoksiężniku
odpuść sobie łagodzenie objawów
mam dla ciebie śmierć
dokładnie taką jak lubisz
zaklęcia
tajemne nalewki
mikstury
daremne
jedynie śmierć stworzono na miarę
twej satysfakcji w udręce
wiem
zrobisz to
jak swego rodzaju antidotum
w podzięce istnienia
ty się sprzeciwisz na taki przepis
trwania niebytu
za życia
złamiesz niepisane zasady
nie mogąc cofnąć uroku
najpotężniej wykroczysz
świętego dnia po życiu
wbrew naturze zgrzeszysz
nie tak jak zawsze
brakiem rozkoszy.

Krańce

Namiętność to kraniec
do którego może dotrzeć tylko serce
jak poryw wiary w człowieku niewierzącym
konfesja nie na łożu śmierci
odwzajemniona miłość
gdy nikt już się jej nie spodziewa.

Na sztuki

Nasze cierniste podchody na zmysłach
i ciała gorejące chemią w odosobnieniu
zbliżenia radości oczekującej w kopcach
i pełne doły gorczycy na odchodne
chwilowe wzloty gdzie okiem sięgnąć
i podłużne upadki po widnokręgi powiek
naturalne odruchy miłości na sztuki
i całe zgrzewki syntetycznych mieszanin
jedno istotne słowo pracujące w tle
i almanachy pierdół walające się na pulpicie
oczywistość analogii wspólnego czucia
i tożsame krzywe silnie malejącego rozsądku
że może lepiej nie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE