Lost & Found Mega*Zine #19

Numer 19: Lustro

LF19

ENGLISH VERSION HERE

O jedno niebo więcej – Desperat-Zine

Opowiadanie O jedno niebo więcej ukazało się właśnie w Desperat-Zine

kliknij w obrazek
ONE

Lost & Found Mega*Zine #8

Numer 8: Pustka

LF PUSTKA2

ENGLISH VERSION HERE

Desperat-Zine

Piotr Kasperowicz gościnnie w  magazynie muzyczno-artystycznym Desperat-Zine.

W magazynie osób mniejszych 14

Obecnie najbardziej doskwiera mi inna, mała suwerenność tego kraju. Otóż, krany. Staram się ze wszystkich sił znaleźć szczwane rozwiązanie higieniczne dla problemu z moimi aktualnymi sanitariatami, w których jest bardzo dużo małych kraników. Podobno małe jest piękne, ale naprawdę zdecydowanie wolałbym jeden duży kran, jak w domu, niż dwa malusie – w jednym wrzątek; w drugim zimna woda. W przypadku zlewu daje jakoś radę, ale jeśli chodzi o wannę, to moja wyobraźnia (o której zawsze miałem mniemanie, że jest posunięta na drodze mlecznej, jak prom po eksplozji wszystkich zbiorników paliwa przy zachowaniu trzeciej prędkości kosmicznej) po prostu nie starcza. Bo jak do licha mam sobie umyć głowę jeśli nie ma tam nawet przenośnego prysznica ręcznego? Najpierw w zimnej wodzie, potem we wrzątku, czy na odwrót? Przecież tylko mordę mam niewyparzoną. Może powinienem najpierw napuścić całą wannę wody z obu malutkich kraników, a potem włożyć do niej głowę? Jeszcze będę nad tym myślał.

Póki co pracuję w czapce, głównie dlatego, że tutejszego magazynu, w tej malutkiej metropolii jakim jest Manchester nie stać na ogrzewanie. A magazyn jest ze trzy razy mniejszy niż ten w Antrim. Więc teoretycznie byłoby łatwiej go podgrzać. W Irlandii panowały ludzkie warunki pracy, przynajmniej pod względem temperatury. Nie bez powodu zapewne jestem właśnie tu na banicji, a nie na Karaibach pod palemką od drinka zwaną parasolką. Na razie czapką ogrzewam bezużyteczny w pracy mózg, do czasu aż sobie coś na głowie wyhoduję. Chyba przestanę zwalczać łupież, bo tak mi tu brakuje rozrywek… Będzie pełnił wielopłatową funkcję izolacyjną. Albo chociaż jakaś mała epidemia wszawicy? Są rzeczy, którymi mógłbym się dzielić nieprzerwanie. Tak się tylko zastanawiam, czy jakbym poprosił to ktoś by mi przysłał z Polski jedną, malutką gnidę? Okazałoby się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem!

Fakt, mamy tu parę gnid w pracy i pewnie w każdym zbiorczym domu też, ale ja bym chciał mieć taką osobistą z pierwszego tuczenia ze znanego źródła, żeby było wiadomo, co to wcześniej żarło i w kogo się wdało. Bo zawsze trzeba mieć coś swojego i na własność. Na obczyźnie dopiero zdałoby się. A tu tylko iluzje. Iluzja tego, że Anglicy są słowni. Iluzja, że pośrednik się o nas troszczy. Że zarząd magazynu chce abyśmy byli w pracy szczęśliwi. Iluzja normalnie wiedzionego życia. Nie żeby w Polsce było lepiej. Tam jedynie iluzje są bardziej zrozumiałe, bo w ojczystym języku. Wszystko w Polsce jest bardziej iluzoryczne niż prawdziwe. Gdy tu opowiadam Anglikom o realiach życia u nas, to się dziwią, czy to aby na pewno jest możliwe przeżyć za pieniądze, które tam zarabiamy? Lub nie zarabiamy wcale, jakoś żyjąc. Idyllicznie, jesteśmy uduchowionym narodem, pełnym wiary i nie potrzebujemy rzeczy materialnych do życia. Ciekawe, że w krajach wyżej sytuowanych raczej nie wierzą w cokolwiek ponad konsumpcję, a mają się lepiej. Przynajmniej taka jest iluzja, której wszyscy się trzymają. A w Polsce Bóg nadal musi wysłuchiwać koncertów życzeń i dmuchać w tę maszynkę lotto do unoszenia piłeczek. Wcale się nie dziwię, że jest przychylniejszy dla innych krajów… Złote rybki, kiedy się orientują w jakim kraju przyszło im pływać, od razu automatycznie wywracają się brzuchem do góry i symulują śmierć przez utopienie całego organizmu. Dajże mi kurdele też! Najlepiej sto milionów.

Lost & Found Mega*Zine #7

Numer 7: Tajemnica

ENGLISH VERSION HERE

Lost & Found Mega*Zine #6

Numer 6: Wszyscy umrzemy

ENGLISH VERSION HERE

Lost & Found Mega*Zine #5

Numer 5: Zbrodnia

ENGLISH VERSION HERE

Lost & Found Mega*Zine #2

Numer 2: Kobiecość

ENGLISH VERSION HERE

W magazynie osób mniejszych 13

Jeden z nas zesłańców z wyboru wracał do Polski tego samego tygodnia, w którym ja oczekiwałem na werdykt w sprawie kolejnego meandra na drodze życia. Tym sposobem, że jego naglił czas, a ja miałem go mnóstwo zwiedziliśmy Belfast oraz szczegółowo przeszukaliśmy większość okolicznych sklepów w poszukiwaniu redukcji cenowych. Belfast okazał się na tyle brzydki, aby każdemu przywołać na myśl Katowice. A raczej okolice dworca, bo więcej nie znaliśmy. Ostatnio słyszałem, że nie jest to najbrzydsze miasto na Śląsku. Podobno Zabrze wiedzie prym. Nie działa to jednak na mnie pocieszająco w żaden sposób. Zakupy to co innego… Polowanie na obniżki znów zakończyło się powodzeniem. No w czepku urodzony, jak nic. Co nie zmienia faktu, iż większość cen jakie widzieliśmy była absolutnie pozbawiona sensu dla przyjezdnych małych ludzi. Poza sklepowymi atrakcjami nie znaleźliśmy nic wartego choćby jednego zdjęcia. Nawet jeden samochód nie wyleciał w powietrze na znak niezadowolenia członków IRA, żadnych manifestacji, żadnych bojówek, żadnych łapanek, ale nudy. A tak mnie straszyli przed przyjazdem w te okolice… Wiedziałem, że to wszystko wroga propaganda!
Najdziwniejsza rzecz jaką zauważyłem to to, że niektóre przystanki mają obrócone w drugą stronę i nie chodzi mi o fakt, iż są nie po tej stronie ulicy co u nas, muszą więc być otwarte w druga stronę. One po prostu stoją plecami do ulicy. Takie przystanki bardzo dla przechodniów, bardziej niż gdzie indziej. Przynajmniej żaden samochód nie ochlapie wodą z kałuży czekających na przystanku. Właściwie nie powinno mieć to większego znaczenia zakładając prawdziwość opinii, jakie słyszałem na temat tutejszej komunikacji publicznej, która tak naprawdę nie jest wcale publiczna. Autobusy mianowicie zatrzymują się tylko na żądanie, albo kogoś z zewnątrz, albo wewnętrznego pasażera. To znaczy osobnicy z wewnątrz mają prawie absolutną szansę na zatrzymanie pojazdu, natomiast osobnicy z zewnątrz zdani są na łaskę kierowcy. Jeśli na poboczu stoi jeden człowieczek to niekoniecznie jest sens się zatrzymywać, a gdy stoi cała grupka ludzików, do tego nocną porą i wyglądają na przykład jak Polacy po pracy, czyli nie do końca zachęcająco, to zatrzymywać się nie trzeba przesadnie wcale. Szczęśliwie w Manchesterze nie zanotowałem jeszcze lęków wśród panów motorniczych. Opieszałość owszem. Kiedy autobus jest pełny to się nie zatrzymuje, nie jak w rodzimych busikach, gdzie nawet tlenu nie da się już wepchnąć, a społeczeństwo z oburzeniem kotłuje się pod sufitem emitując negatywną energie. Dziwić się, że w kraju tak łatwo o wypadek na drodze przy takiej skopanej aurze… Potem miliony są wydawane na akcje „stop wariatom drogowym”. A dług narodowy rośnie z każdą sekundą. Ciężko się w Polsce nie denerwować, nie tylko za kierownicą. Przecież tego się normalnie nie da znieść na trzeźwo!
Kolejna ciekawostka, w Belfaście nie mają czegoś takiego, jak zatoczki, aby autobus mógł się bezpiecznie zatrzymać nie tarasując całej jezdni. Oni mają wypustki, aby autobus tarasował dokładnie całą ulicę, a pasażerowie mieli jeszcze dalej niż zajmuje im droga niezbędna do okrążenia przystanku stojącego tyłem. Rozumiem, że Anglia stara się, jak tylko może, by być odmienną na tle reszty świata, ale nie powinna tego robić na tak szeroko zakrojoną skalę. I kto to mówi? Ja bez starań jestem najbardziej odstającym indywiduum wśród znanych mi pobratymców, tudzież innych ludzkich podajników.

 LINK DO CZĘŚCI 14

W magazynie osób mniejszych 12

Każdy z nas dzwonił do Polski lub wysyłał esemesy z pozdrowieniami z nad Atlantyku. Tak się rozpłynęliśmy pod wpływem tych przyjaznych warunków zapogodowania, że nie zwracaliśmy uwagi na upływający dzień o krótkim okresie nasłonecznienia, typowy dla przedostatniego miesiąca roku, a do naszego cudu mieliśmy jeszcze jakieś jedenaście kilometrów. Również na popas trzeba było zorganizować moment. Piknik był na skale, żeby nie było jak w filmie „Piknik pod wiszącą skałą”, gdyż straty w ludziach nie zostały przewidziane. Bankowo nie zdążylibyśmy przed zmrokiem, gdyby nie kolejny związek z mądrością ludową według której: głupi ma zawsze szczęście.
Szliśmy wzdłuż wybrzeża tak długo jak pozwalały na to klify. Później wdrapaliśmy się na nie, brnąc przez chaszcze czerwieniących się zarośli. Następnie wędrowaliśmy poboczem wzdłuż drogi na wschód od Portrush. Fotografowaliśmy dziwne twory skalne zawieszone nad urwiskami klifów, które równomiernie porastała soczyście zielona trawka. Dokładnie jak na irlandzkich pocztówkach. Przy pierwszych oznakach zachodzącego słońca minęliśmy ruiny zamku Dunluce. Rozognione słońce oświetliło stojące na sztorc i jakby zaostrzone zwieńczenia ścian, w których to widniały czarne oczodoły jako pozostałości po dawnych oknach. Zamek powstał w trzynastym wieku, a od stuleci uchodził za nawiedzony, od czasu kiedy jego część, łącznie z mieszkańcami, runęła do morza wraz z oberwanym pod nim klifem. Od tamtej pory mury pozostawiono same sobie, a raczej na łasce matki natury. I to chyba one jedynie mogły tam straszyć, gdyż duch zamku raczej był nam życzliwy, bo właśnie wtedy dopisało nam szczęście. Zatrzymał się samochód z bardzo miłym starszym panem, choć tu nie mają w zwyczaju praktykować łapania stopa. Oczywiście mnie przypadło udawanie fajnego i animowanie, reszta zasłaniała się brakami językowymi. Zazwyczaj wszyscy inni mają więcej do powiedzenia, ale w strategicznych chwilach, do walki wkraczają tajne siły milczących konfidentów. Cichociemni wszystkich krajów łączą się, aby dobyć ze swych trzewi myśl. Niektórzy do takich procesów używają mózgu, u mnie natomiast słowa niekoniecznie muszą współpracować z wcześniejszymi przemyśleniami. Syndrom telegrafistki, czyli byle duży słowotok. Na szczęście długo tak nie mogę. Pan kierowca stwierdził:
- Masz francuski akcent.
Jasne. I pewnie urodę Eskimosa oraz umaszczenie Indianina. To stuprocentowo przez tego ślimaka, którego zjadłem dwa lata temu całą gębą – jakby nie było we Francji. Natomiast kiedy byłem w Hiszpanii, dawno temu jako nastolatek, przypadkowe turystki zagadywały do mnie po ichniemu pytając o drogę… Mamo, kim ja jestem ?!
Po drodze pan kierowca opowiadał nam krótkie historyjki o mijanych miejscach a ja, nie bacząc na akcent, dzielnie opowiadałem mu, gdzie pracujemy i skąd jesteśmy. Na koniec zażartował, iż zawsze, gdy będzie otwierał puszkę fasolki będzie ciepło o nas myślał, jako o tych, którzy dźwigają ten angielski specjał. Ten niezastąpiony składnik tutejszych śniadań, zaraz obok tostów, sadzonych jaj, bekonu i wyjątkowo ohydnych kiełbasek. Z warzyw oszczędnie – zmiażdżone pomidory lub groszek, też zdruzgotany, oczywiście prościutko z puszeczki, absolutnie bez ociupinki soli, aby podnieść wielowymiarowość doznań. Bo sól jest nie wskazana. Zatrzymuje wodę w organizmie i potem człowiek lekko puchnie, następnie pulchnieje, by zrobić z siebie w ostateczności dorodnego pączusia z oponkami od stóp, przez wszystkie podbródki, do głów. Wszystko byłoby w porządku, nawet bez tej śmiercionośnej dla wyznawców zdrowia soli, gdyby którekolwiek z tu wymienionych dóbr smakowało należycie, ale niestety nie na tej wyspie. Tymczasem na wybrzeżu…
Niezależnie od wad mojej wymowy, dotarliśmy do samiutkiego celu, a to było najważniejsze. Udało się w ostatniej chwili, bo zachód słońca był kwestią jedynie kilkunastu minut. Pożegnaliśmy się z miłym panem kierowcą, dziękując wyjątkowo szczerze. I pognaliśmy do celu naszej wyprawy. Szkoda, bo ten jeden z siedmiu cudów natury chyba jest tym siódmym w kolejności. Albo na taką subiektywną ocenę wpływa moje wykształcenie geologa, który kamienie już widział wcześniej, albo wzburzony Atlantyk rozbijający się o strome klify oraz inne bogate w formy ostańce przyćmił u mnie swą nieobliczalną siłą żywiołu wrażenie cudu. Ładne miejsce. Warto zobaczyć przy dobrej pogodzie i braku pośpiechu. Szczególnie jeśli lubi się tłumy ludzi utrudniające życie fotografom. Piękne widoki. Oryginalne ukształtowanie terenu. Szalone morze. Ale „bez cudów”.
Cud jednak miał okazać się jeszcze niezmiernie pożądany na naszej dalszej drodze małego, domorosłego wędrowniczka. Wyprawa Drogą Gigantów okazała się trochę drogą szaleńców, ale żaden nie darł szat. Szkoda było drzeć. Zimno było. Problem pojawił się w trakcie powrotu. Słońce nam zaszło. Ostatni autobus do Portrush odjechał. Nikt na zabranie gapowicza nie dał się namówić po zmierzchu, tym bardziej dla czterech polsko wyglądających intruzów. Taksówki dawno przestały pracować o tej porze w niedzielę. Dzwonienie pod każdy z możliwych numerów z recepcji przydrożnej restauracji na nic się zdało. Maszerowaliśmy więc po ciemku nieoświetlonym poboczem, które o dziwo wyposażone było na całej długości jedenastu kilometrów w chodnik co nie zdarza się nawet w centrum dystrybucji, a co dopiero na takiej odludnej drodze z krowami rozstawionymi po bokach. Pomocne rozwiązanie i to bardzo. Trudno było nasz powrót nazwać marszem, były to raczej zawody w chodzeniu na czas, gdyż czas nie był po naszej stronie. Nie muszę nadmieniać, że innych wariatów na całej długości naszego marszu nie spotkaliśmy. Czułem się jak mały hobbit niosący wielki ciężar w ciemnej, mrocznej krainie. Droga nie miała końca. W ostatniej chwili zdążyliśmy na pociąg z Portrush do Antrim, na styk, po dwóch godzinach wyścigów. Humory mieliśmy przednie, jak i apetyty mimo zmęczenia narządów ruchu oraz napęcznienia ud, łydek i pośladków. Cóż takiego pracownicy fizyczni powinni robić w jedyny wolny dzień tygodnia? Umartwiać inne partie ciała niż na co dzień. Ale nie my… Za to dusze mieliśmy napojone pięknem, przynajmniej na jakiś czas dalszej pracy w Mordorze. Tak obrazowo nazwaliśmy nasz magazyn i nie była to na pewno inwencja własna. Dwa kolizyjne żywioły: potężny, wolny i wzburzony Atlantyk naprzeciw betonowego magazynu wykorzystującego ludzi, którzy się godzą na ten stan za najniższą stawkę. Najniższa stawka na rynku niestety odpowiada najwyższej stawce w życiu, rozłące. Dla mnie ta iluzja w pamięci miała starczyć na czas pozbawiony pracy. Okazał się nim być jeden bardzo długi tydzień, pełen świadomych iluzji.

LINK DO CZĘŚCI 13

W magazynie osób mniejszych 11

Cały tydzień obijałem się w tej małej irlandzkiej wiosce. Najprzyjemniejszy był fakt, że większość czasu obijałem się nieświadomie. Przypuszczałem, jak to się może skończyć, bo zawsze mam obcykane wszelkie możliwe opcje scenariusza, nie chciałem jednak rozwodzić się nad tym. Spędziłem ten czas bardzo miło, żeby nie powiedzieć błogo, wykorzystując możliwie najlepiej, w rozsądnej cenie, resztki czasu pozostawionego mi w Antrim. Jak wszyscy tubylcy oddałem się z pasją zakupom, choć w moim przypadku było to raczej polowanie na tanie ciuchy, a nie zakupy w ich rozumieniu. Zaopatrzyłem się na tyle, aby zaszczepić obawę o transport tego ciuchowego dobra. Cena dużo poniżej polskiej, była bezdyskusyjnie przekonywującym atutem. Tak łatwo dać się zwieść tej iluzji szczęścia. To dopiero inwestycja w szczęście na przyszłość, gdyż obecnie nawet nie mam gdzie chodzić w nowych rzeczach. Taka kwestia biznes planu z realizacją przewidzianą na kiedyś. Zastanawiam się, czemu ja się godzę na takie życie w zawieszeniu, do tego w niesprzyjających warunkach? Wiadomo, w ramach iluzji, że to poświęcenie własne pomoże mi odmienić przyszłość na lepsze. Bardziej jednak od zastanawiania się, czemu sobie na to pozwalam, przerażają mnie myśli, które przychodzą do głowy w tych raźniejszych momentach. Żeby może pomęczyć się tu zdecydowanie dłużej i przybliżyć w czasie tę domniemanie lepszą przyszłość zarobasa. To mnie napawa poważnym lękiem, bo z pewnością przeznaczenia świeżo wściekłej krowy na angielskiej farmie wiem, że mógłbym sobie zrobić i taką krzywdę. Nie mam jednak wewnętrznego pozwolenia na ponadplanowe straty życia. Te zaplanowane, to już nadmiar. Ponadto zdaję sobie doskonale sprawę, że przyszłość może być trudna do odmiany za pomocą pieniędzy. Na przykład w Polsce spętanej biurokratycznymi formularzami, każdy z zapotrzebowaniem na paletę znaczków skarbowych. Może nie udać mi się przebić. A jeśli już dorobię się willi z basenem, mercedesa i przybudówki z miejscem na kuca, co mi przyjdzie po bardziej komfortowym braku szczęścia?

Otumaniony beztroską, ewentualnie przeczuwający jakieś perturbacje w obszarze życia, zorganizowałem w najwcześniejszym możliwym terminie grupę szaleńców, która miała udać się nad północne wybrzeże by zobaczyć Atlantyk i jeden z siedmiu cudów natury, Drogę Gigantów. Jak na drwinę losu przystało, giganci także szukali alternatywnej drogi. Na ich plus działało, że byli duzi. Mieli ją zbudować z sześciobocznych kolumn bazaltowych wprost przez ocean. Niektóre źródła mówią o Grobli Giganta i jakoby był tylko jeden Gigant, budujący ową groblę do ukochanej. W każdym bądź razie kolumn jest ponoć trzydzieści siedem tysięcy, bo jakiś wariat, zapewne geolog, je policzył. Słupki chyba gigantom rozkradli, bo się nie udało.
- Skąd tam wtedy Polaków wzięli? – pomyślałem. Na szczęście, gdy sam szukam nowych dróg zazwyczaj tylko pakuje manatki do małego plecaczka. Pomijam kilkadziesiąt tysięcy słupeczków. Muszę popracować na większą spektakularnością działań.
Zgodnie z postanowieniem dopięliśmy celu. W cztery osoby udaliśmy się w nieznane na nieznanej ziemi w dążeniu zaznania jakichś wyższych emocji. Wznioślejszych niż te tradycyjnie spotykane w magazynie. Nie każdy urozmaica sobie życie, jak ja zderzając się z wózkami widłowymi. Już na początku nie wszystko poszło zgodnie z planem. Okazało się, że w niedzielę informacja na dworcu nie pracuje, z resztą prawie wszystko tutaj ma podobnie wolne. Jakby przynajmniej siódmy dzień tygodnia poświęcali na chadzanie do kościoła, co nie zdarza się przeciętnemu obywatelowi tego kraju. Na domiar nieciekawie złego wyszło na jaw, iż nie jesteśmy, tak inteligentni, jak Anglicy i nie umiemy czytać ich rozkładów jazdy, więc nie uda nam się pociągiem dostać w miejsce naszego chwilowego przeznaczenia. Dla chcącego nie ma jednak nic trudnego, tym bardziej dla szalonego chcącego. W związku z tą ludową mądrością, jako ludzie światowi – niekoniecznie wszyscy muszą wiedzieć, że wciąż na dorobku – wzięliśmy taksówkę, która to za troszkę kosmiczną cenę, jak dla przeciętnego Polaka, zawiozła nas do Portrush. Na szczęście koszty rozłożyły się na czterech i nie trzeba było oddawać się radykalnej ascezie po powrocie, ani sprzedawać organów zdatnych jeszcze do transplantacji. Przywitało nas zimne i wietrzne portowe miasteczko o niebo ładniejsze od jakiejkolwiek zabudowy w Antrim. Mnóstwo kolorowych, kilkupiętrowych, ciasno pozlepianych ze sobą domków i szeroka nadmorska promenada były upragnioną odmianą od żmudnej, towarowej codzienności. Do tego lekko wzburzony ocean przy słonecznej pogodzie stwarzający dogodne warunki do sesji zdjęciowej oraz surfingu. Nieodżałowana szkoda, bo zestawy małego surfera zostawiliśmy w domu. Normalnie zawsze je ze sobą wozimy, a tu nagle zapomnieliśmy i co? Od razu taka sposobność. Zazwyczaj właśnie surfuję w listopadzie razem z kolegami z klubu morsa. Chyba, że akurat są przerwy w dostawie internetu… No, ale trudno.

W magazynie osób mniejszych 10

Ostatecznie, nad podziw rachubom, wszystko zdołało się błyskawicznie zmienić w związku z drobnym faktem, że dwanaście dni temu mogłem przekierować moją linie życia na tamten świat, rozbijając się jedną z luzackich, pomarańczowych bryk, dosłownie i na dobre. Jadę sobie moim wózkiem pełen radości, co nie zdarzało się często i to nie ze względu na szpanersko wystawiony zimny łokieć. Jadę, a raczej mknę do bazy, bo koniec zmiany był bliski, a okazać się mogło, że mój. Pędzę niesiony wiatrem we włosach, obciążony zaledwie jedną skrzynką, do tego wypełnioną jedynie papierem toaletowym, tylko trochę ponad stan. Zasuwam, a tu mija mnie wózek widłowy, ni z tego ni z owego – pewnie też mu się śpieszyło do domu – zakręca tarasując mi całą alejkę i zaczyna podnosić paletę pełną dóbr na wysokość pierwszego piętra. Nie byłoby w tym nic niebezpiecznego, gdybym miał hamulce. Moja moralność nie ma nic do rzeczy. Wszyscy magazynierzy wiedzą, że o taki luksus jak hamulec, trudno nawet w wysoko uprzemysłowionym, stabilnym gospodarczo oraz finansowo Zjednoczonym Królestwie. Każdy również wiedział, które traki nie posiadają funkcji hamowania, ale co zrobić jeśli akurat nie ma do wyboru innego pojazdu? Tym sposobem siedem metrów stanowiło dla mnie zdecydowanie za mało przestrzeni życiowej na niezakłócenie przebiegu życia. Moje okrzyki ostrzegawcze i walenie nogą w hamulec nic nie pomogły. Dobrze, że zmieściłem się między ziemie, a podnoszącą się akurat na widłach wysięgnika paletę. To znaczy zmieściłem się, bo schyliłem czoła przed chordą produktów udających jedzenie. Bez tego zabiegu głowa by mi się nie zmieściła – podobnie jak jakość tych produktów nie mieści mi się w głowie – no i miałbym urwanie głowy większe niż w trakcie obcowania z pośrednikiem, który pośredniczy przede wszystkim w zabieraniu swojej doli z mojej krwawicy. Tak oto prześlizgnąłem mój marny żywot, bez hamulców, pod dużą presją odgórną. Niestety, wysokie oparcie wózka nie zmieściło się. Oparcie, czyli jedna wygięta rurka, która ma mnie chronić przed atakami ze strony skrzyń wożonych za sobą. Uległo presji i wygięło się do tyłu. Skrzynia z papierem toaletowym też miała problemy z własnym rozmiarem i się wywróciła. Zrobiła to jednak bez należytej celebracji. Jej zawartość nie roztrzaskała się z impetem o ziemię zaznaczając swój i mój, jak się miało okazać, upadek. Po prostu fizycznie nie była w stanie, ponieważ zawierał tylko papier toaletowy. Szkoda. Jak już wylecieć to z rozmachem. Zdziwionego wózkowego, który widocznie na co dzień nie obcuje z szaleńcami pozbawionymi hamulców, przeprosiłem od razu, a on co? Zapytał spokojnie:
- Czy nic ci się nie stało?
Czyli musi chyba jednak obcować na co dzień z takimi zjawiskami… Zaraz potem zawołał przechodzącego nieopodal menadżera i na nim się wyładował, krzycząc:
- Jaki nam dajecie sprzęt do pracy? Przecież mogło się coś stać poważnego?
I tym podobne zarzuty, ale bardziej okraszone potocznym słownictwem. Skruszony menadżer popluskał coś pod nosem i tyle. Powiedział, abym to zgłosił w wózkowni. No, i luzik. Całe zajście trwało trzy sekundy. Po czym zabrałem swoją kupę papieru toaletowego, nawet nie zdążył się wysypać ze skrzyni, zawiozłem gdzie trzeba, odstawiłem wózek do naprawy z notką o niezainstalowanej funkcji szybkiego spowalniania i poszedłem do domu. Na drugi dzień rozpoczęto szumnie nazwane dochodzenie, kto zawinił? Zajęło to tym matołom od myślenia cztery dni, w ciągu których nie mogłem pracować, bo taka jest procedura. Oczywiście śledztwo zakrojone zapewne na bardzo szeroką skalę wskazało moją winę, a po notce o stanie oprogramowania wózka ślad zaginął. Przecież to potężne centrum dystrybucji dóbr jest firmą wiodąca prym pod każdym względem, także bezpieczeństwa pracy. Tym trikiem zwyczajnie mnie wyautowali odstawiając za bramkę bez słowa wyjaśnienia. Już to przerabiałem, apeluję więc do wszystkich moich nadchodzących pracodawców, aby na przyszłość wysilili się na coś choć odrobinę oryginalnego, gdyż moja egzystencja traci na kolorycie ekscytacji. Za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby z góry dziękuję. Więcej atrakcji dostarczył mi jakieś dwa tygodnie temu AMT, czyli ten komputerek przytwierdzony w pracy do mojego przedramienia mówiący mi, co mam robić. Poinformował mnie mianowicie, iż powinienem właśnie udać się na lancz. Poszedłem posłusznie. Dla zdrowia oczywiście. Aby mieć siłę do dalszej pracy. Ja przecież kocham pracę. Każdy jej rodzaj i odmianę. Byle dużo. Byle tylko nie z mojej strony. W ten sposób kocham, rzeczywiście!

LINK DO CZĘŚCI 11

W magazynie osób mniejszych 9

Nigdy bym się nie spodziewał takiej szybkości w obrotach fortuny, gdybym nie znał własnego buńczucznego charakteru. Zazwyczaj to właśnie on przyśpieszał bieg wydarzeń. Zaogniał, ranił i porzucał, na zawsze. Czasem jednak los robi to za mnie i wtedy trzeba chwileczkę przystanąć i pomyśleć:
- Co właściwie dzieje się teraz ze mną? Wyjątkowo jakoś lubię te momenty, kiedy moje ego jest u steru i rozdaje karty, bo przecież ta partia, zwana życie, jest moja. Powinna być tylko i wyłącznie moja. Jakieś parę miesięcy temu wyszedłem o północy, jak kopciuszek z pierwszego i zarazem ostatniego dnia próbnego w niezmiernie ekskluzywnym hotelu, gdzie miałem zostać kelnerem bankietowym. Posada sługusa, jakby powiedziała większość. Nie ważne, to nie był pierwszy raz w takiej konfiguracji zawodowej. Istotne, że dla marki wiodącej prym w świecie hotelarstwa. Prestiż powinien był mnie zmotywować a ja byłem kompletnie „zdemotywowany”, jak mawiała jedna moja szefowa przy kolejnym opóźnieniu wypłaty i tak zaległej pensji. Całe sześciogodzinne przedstawienie, wyjątkowo nie w smak moim prywatnym wyobrażeniom rautu pod każdym względem, zakończyłem, o ironio po angielsku, wychodząc cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. Cały bankiet przypominał folwark zwierzęcy, jeżeli chodzi o konsumpcję, natomiast kelnerzy tam pracujący zachowywali się jak beznamiętni podawacze. Generalnie pasowali do ucztujących, głodzonych zapewne na długo wcześniej. Choć wątpię, aby uprzednio podróżowali z Gdańska do Krakowa pociągiem intercity o jednym maciupkim wafelku w pokaźnej cenie biletu, kiedy akurat zapomnieli doczepić swoistego wagonika z Warsem. Najwyraźniej do wagonów bydlęcych nie dołączają. Wymsknąłem się więc jakbym uciekał z balu, na którym byłem co najwyżej jednym z kocmołuchów. Niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się zbiec od nieopuszczającego mnie przeświadczenia, że nie powinienem skoro była szansa…
- Może nie z każdej szansy należy korzystać? Albo może z każdej, aby tylko sprawdzić, iż nie każda jest dla każdego stworzona? – pomyślałem. Cieszyłem się jak dziecko.
- Udało się, udało mi się uciec! Nikt mnie tam nie przetrzymywał, ale uciekłem. Umknąłem przed sobą. Od tamtego czasu rzadko czułem się taki wolny, a raczej wyzwolony spod własnego jarzma, które pod wpływem rzeczywistości, w jakiej żyć mi przyszło, nakazuje łapać każdy ochłap zsyłany przez wątpliwą opatrzność. Na łaskę losu również muszę zapracować własnoręcznie. Niekiedy nie mamy na tyle pewności co do wybryków naszej drogi lub wystarczającej siły w gąszczu zawahań, aby obalać świat plastikową łopatką bez mrugnięcia okiem. Wtedy gwiazdy tak się obracają dla nas swoim światłem, by bez naszej świadomej ingerencji odmienić pewne koleje losu na dość inne dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, kiedy sami boimy się odbłądzić własne życie zgodnie z tym, co nam wpojono, że wszystkim rządzi ktoś większy. Że nie mamy powodu się miotać, bo rzeczy i tak nie zależą od nas. Niezależnie co w tym wszystkim jest iluzją, jeśli ten większy mądrze rządzi i do tego zgodnie z moją bardzo wolną wolą, to ja nie mam przeciwwskazań.

Tym sposobem albo jakimś zbliżonym do tego, z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami, opuściłem mój dom na wyspie. Zmieniłem wyspę i przebywam obecnie w mieszkaniu. Dom na wyspie był w Antrim, koło Belfastu w Irlandii Północnej. Teraz od pięciu dni mieszkam prawie w absolutnym centrum Manchesteru. Na zakupy mam bliżej niż do pracy, a to nie jest dobra kombinacja biorąc pod uwagę, że jestem tu po to, po co zdecydowana większość. Gromadzić zaskórniaki na zaś, taki jest priorytet. Nie planuję się tu osiedlać póki co, więc nie ma czasu na zabajerowanie. Trzeba jednak brać poprawkę na przeskoki linii życia. Ponadto, mam za mało miejsca w walizce na wszystko, co mógłbym tu kupić w korzystnej cenie, więc nie mogę zostać zbyt długo. Okazja czyni konsumenta. Bardzo dobrze, nie można przecież mieć wszystkiego! To zupełnie tak, jak z jedną klientką, w czasie mojej pierwszej pracy w restauracji, która zadała mi standardowe pytanie:
- Co Pan poleca?
A ja jej na to zachowawczo i z wrodzoną przekorą:
- Wszystko, wszystko polecam tylko z różnym natężeniem.
Na to równie swawolna pani odpowiedziała mi z przekąsem:
- Wszystko choćbym niezmiernie chciała, to mi się nie zmieści.
Całkiem pomyślnie dla jej wątroby.

W magazynie osób mniejszych 8

Może się dowiem, a może przyjdzie mi odszczekać, ale jestem tu dopiero miesiąc. Skąd mogę wiedzieć, jak wygląda życie wewnętrzne Irlandczyka Północnika? Jedynie opisuje, co widzę. A widzę tylko to, co jest dane zobaczyć ludzkiemu dodatkowi do pomarańczowego wózka. Perspektywę mam ograniczoną do subkultury magazynowej i okolic po drodze. Na rozmyślania mam wolną głowę, bo to najgłupsze z zajęć, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność wykonywać, ale za najlepsze pieniądze z dotychczasowo zarabianych. Totalna nuda nieustannie powtarzanych czynności. A po pracy głównie siedzę i czekam, aż życie zaproponuje mi jakieś ciekawsze rozwiązanie – nawet nie w kwestii ceny tutejszego produktu zbliżonego do chleba. W tym cały problem. Nie ma na co czekać. Trzeba działać! Czynić jakąkolwiek powinność w sobie, jeśli nie ma sprzyjających warunków na zewnątrz. Wiem, że każdy puszkowany produkt myśli podobnie, bo – na podstawie filmów o policjantach i psychopatycznych seryjnych mordercach – rozkminiłem, że pracując w magazynie, muszę zacząć myśleć na sposób produktu. Życie towaru stawało mi się coraz bliższe, co miało zaowocować niebawem dziwnymi zjawiskami.

LINK DO CZĘŚCI 9

W magazynie osób mniejszych 7

Gdy pierwszy raz skosztowałem tutejszego jedzenia w kantynie pracowniczej doznałem szoku. Zaznaczę, że kantyna jest pokaźnych rozmiarów. Jest w pełni oblegana ludzko i to na kilka zmian, bo na raz wszystkich by nie wykarmiła. W zapachu jest typowa, jak bar szybkiej obsługi, gdzie smród oleju miesza się z oparami jedzenia. Pomalowano ją na żwawe kolory, które kontrastują z burymi ubraniami magazynierów. Obsługa jest nijaka, dopasowana do tego co serwują. Smaku poza cukrem nie stwierdzono. Trociny z cukrem smażone na głębokim oleju. Przypraw generalnie brak. Słodzą tu wszystko. A jak coś ciepłe i posłodzone – uznają to za nadające się do spożycia. Tylko czy podgrzane warzywa, zazwyczaj jednego gatunku, wylane z puszki razem z bezsolną zalewą można nazwać dodatkiem do obiadu? Pewnie by można, gdyby owe warzywa miały swój pierwotny smak. Albo chociaż połowiczny. Wszystko okazuje się tu mało smakowe. Ich produkty żywieniowe nie są pośredniej jakości, one są całkowicie poślednie. Nazwałbym je produktami połowicznego rozkładu. Radioaktywności niestety nie mam czym zmierzyć.
Ale Irlandia jest pełna sprzeczności, bo można dostać kuriozalnie tanie i wyjątkowo smaczne jogurty. Gdybym przyjechał tu pracować jako modelka, pewnie nie musiałbym jeść niczego innego, no ale jak długo fizyczny pociągnie na takiej diecie? W dodatku przy takiej ruchliwej pracy ciągle chce się pić, a przyzwoita woda mineralna jest tu droga. A każda szanująca się modelka pamięta o codziennym wypłukiwaniu z organizmu toksyn za pomocą takiej właśnie wody zaopatrzonej w listek mięty, który ma odświeżać. Skąd ja tu wezmę mięte? Znalezienie tak wyszukanych przypraw jak majeranek zakrawa o firmament. Niezależnie od wyszukiwarki i ceny produktu.
Szok mnie wzmocnił – postanowiłem, że choćby nie wiem co, nie zamierzam żywić się tak jak tubylcy i będę gotował na własną rękę. Dobrze, że mam w tym doświadczenie i trochę praktyki, mogłem więc sobie pozwolić na takie śmiałe rezolucje. No ale przecież piec samemu chleb to bez sensu – jak myślałem – próbowałem więc przyzwyczaić się do tutejszego. Bezskutecznie. Taki, co wygląda na dobry, kosztuje minimum trzy raz tyle, ile jest wart. Chleb w przystępnej cenie, zawsze jest chlebem tostowym. Ten natomiast najlepiej smakuje na ciepło i jest prawie całkowicie sztuczny co do składu.
Posiłek jednego z moich współmieszkańców wygląda tak: rozpuszczająca się polska konserwa na ciepłym tutejszym chlebku z tostera. Pod konserwą zdążył się już rozpuścić posmak produktu margarynowego. Posmak, bo oszczędzać trzeba, jest przecież wojna, głód, a my tu na robotach przymusowych. Całość tej potrawy na gorąco należy zalać obficie ketchupem, pewnie po to, żeby mniej śmierdziała. Gdy na to patrzę, czuje się jak niemowlę, któremu bułka przylgnęła do podniebienia akurat wtedy, kiedy zaczęło mu się ulewać. Tak wiem, nie powinno się karmić niemowląt bułkami. Tym bardziej miejscowymi.
Dlatego jednak chlebki piekę sobie sam, a dzieci nie planuję. Według jednego z naszych mądrych w rządzie, posiadanie dużej ilości dzieci jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie przyzwoitego bytu na emeryturze, bo na opłacany całe życie ZUS nie ma co liczyć. A pewnie, teraz nasze starzejące się społeczeństwo zacznie rodzić dzieci – niechby choć jedno z miotu dobrze ustawiło się w życiu, a reszta trzódki na emigrację. Niestety niezależnie od płodności narodu mój rocznik już jest ugotowany.
Właśnie, dlaczego napisałem „ugotowany”, a nie na przykład „załatwiony”? Wcale nie dlatego, że zwrot „mieć przejebane” byłby nie na miejscu. To z powodu tego, że wszystkie moje myśli krążą teraz wokół gotowania. Ostatnio w gazetce pracowniczej przeczytałem artykuł na temat objawień raka w Irlandii. Wynikało z niego, że planują u co trzeciej osoby stwierdzić jakiś rodzaj nowotworu w jakimś stadium. „Fantastycznie” – pomyślałem, przełykając na stołówce kawał obiadu. Tak, przyznaję, głód wygrał z moją niezłomnością i skusiłem się zjeść coś rakotwórczego. Jednak albo zmienili kucharza, albo po miesiącu już się zmutowałem i tutejsze specjały jakby nawet nieśmiało mi smakują bez specjalnych konwulsji podniebiennych. A może gdy pracownik fizyczny potrzebuje żreć, nic go nie powstrzyma. Już się boję, jaki drastyczny gwałt nastąpi na moich kubkach smakowych, gdy wrócę do Polski.
Ale wracając do raka. Jak ma nie być nowotworów, biorąc pod uwagę stopień przetworzenia tutejszych produktów. Mleko czuć plastikiem, jajka podśmierdują nie wiadomo czym, warzywa nieudolnie poszukują jakiegoś konkretniejszego wyrazu postaci smaku lub zapachu. Atrybuty typowe dla reprezentowanego gatunku straciły swoją indywidualność. Większość potraw gotowa, tylko do przygrzania w emiterze smaku, czyli mikrofali. Najtaniej życie wychodzi w puszkach albo mrożone. Naturalnie trudno to jeść, ale jaka oszczędność czasu! Zostaje więcej na kolejną (po zakupach) tutejszą atrakcję, czyli telewizor i zjedzenie czterech kilogramów chipsów octowych dziennie. Mówią, że w Polsce ziemniaki są podstawą żywienia… Ciekawe czy wyspiarze znają też zastosowania denaturatu…

LINK DO CZĘŚCI 8

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 5

Ale pozostają zakupy! Temu nałogowi tubylcy oddają się bez reszty i nic dziwnego, bo wszystko jest tu nieziemsko tanie – nawet dla mnie, choć wciąż mam w głowie kalkulator, który mimowolnie przelicza wszystko na polską walutę. A przecież tutejsi zarabiają o niebo więcej niż ja! Grzechem byłoby nie kupować. I ani mi w głowie powstrzymywanie rozwoju zachłanności własnej. Byle dużo! Już wymyśliłem, że przed powrotem do domu – gdziekolwiek on jest, umówmy się, że na pewno w Polsce i zawsze tam, gdzie Mama – wyrzucę większość starych ciuchów, w których chodzę czasem ponad dziesięć lat. Nie z biedy, raczej z przywiązania, ewentualnie z pragmatyzmu. Tyle że teraz inny pragmatyzm mi podpowiada, żebym się obkupił jak wariat, skoro za pół darmo. Przyjechał w łachmanach, a wróci w markowych ciuchach królewicza. Jednak ubieranie się w transparenty reklamowe jakoś mnie nie tryka. Tuziemcy natomiast bardzo to lubią. Im większy emblemat firmy, tym byłbym bardziej na fali. Polacy przebywający tu niewiele dłużej ode mnie już złapali taki zarazek. Bakcyl bycia powierzchnią reklamową. To właśnie nosicielom firmy powinny płacić za rozpowszechnianie ich logo, a nie odwrotnie. A może po prostu jestem przedatowanym wapniakiem nie czytającym Faktu. To jest jeden ze szczytów bezczelności, sprzedać komuś własny produkt, który jest darmową powierzchnią reklamową. Sprytne czasy.

Większą bolączką niż moda wydaje się być dla mnie inne zagadnienie związane z pobytem na obczyźnie. Po sześciu miesiącach tutejszej pracy – bo tyle planuję tu pozostać – nie tylko zakupione ubrania mogą przestać na mnie pasować. Cały mogę przestać do siebie pasować. Dłonie już tracą delikatność, wkrótce twarz sczerstwieje od wiatru i zagryzania zębów. Pracownicy, na których mutagenny wpływ magazynu działał dłużej niż na mnie, przejawiają skłonność do garbienia się i wydawania z głębi własnego ciała przeróżnych odgłosów zapewne tylko przypadkowo nie zakwalifikowanych do kanonu savoir-vivre’u. Typowy magazynier jest nieogolony, ma tłuste włosy, a ubrany jest nieszczególnie schludnie. Profil ma zacięty, na czole pot, na rękach brud. Brzydko się patrzy. Pachnie nie lepiej. Lubi pluć i przeklinać. Interesuje go wyłącznie przerwa i koniec zmiany. Nie myśli o losach świata, ani nawet o małych foczkach, którym topnieją tereny lęgowe. Jedynie transmisja sportowa jest w stanie odwrócić uwagę LPD od podnoszenia dóbr. Analogicznym sposobem rozumowania antycypuję, że za kilka miesięcy moja postura może nie przypominać szlacheckiej, jakby wskazywało na to skołtuniałe pochodzenie w linii miecza. Ta polska zaściankowość… Tu nie słyszeli o Polsce szlacheckiej, pewnie temu na lotnisku zabrali mi nożyczki. Żebym uchodził za bardziej otępiałego. Ewentualnie nie ukradł samolotu.

LINK DO CZĘŚCI 6

W magazynie osób mniejszych 4

Co do pogody, to faktycznie zazwyczaj jest ciepło, jeśli akurat nie ma mroźnego wiatru, który przy panującej tu wilgotności potrafi przeszyć zimnem do żywego. Bryza od morza przeważnie niesie nawałnice i deszcz zacina poziomo – prosto w oczy. A jeśli akurat ani nie wieje, ani nie leje, to jest szaro, buro i mgliście, najlepiej jeszcze z denerwującą mżawką. Objawów słońca jest tu tyle, co na Cyprze – tyle że porą deszczową w nocy. To znaczy słońce zawsze gdzieś jest, ma jednak gorszy zapierdziel niż ja i nie ma czasu załadować światła. Nawet jak zaświeci, to jak wtedy akurat jestem w mrocznym magazynie bez okien, więc daremny trud. Wieść gminna niesie, jakoby Afryka zużywała za dużo energii słonecznej, dlatego tutaj mają deficyt. Pewnie służy bananowym dyktatorom do produkcji broni nuklearnej. Irak wpadł na to trochę wcześniej, tylko jeden taki boski prezydent wyczaił ich niecne zamiary. Nieco zbrojnie.

Tak więc w Irlandii pada. Akurat mamy porę deszczowo mokrą, to jest prawie zimę. Po niebie nieprzerwanie ciągną tabuny chmur nie do przebicia. Czasem się przewalają z nudów, czasem pędzą, jakby się czymś zaraziły od wściekłych krów albo po prostu spojrzały w dół i stwierdziły: „Ależ tu bezbarwnie! Stagnacja i apatia. Spierdzielamy stąd w trzech migach nad Śródziemne”. Tam wieloryby ostentacyjnie smażą się na plaży, mimo że Green Peace próbuje je zepchnąć z powrotem do morza. A tu wieloryby siedzą zamknięte w domach przed telewizorami i zajadają octowe chipsy. Naprawdę, mają tu takie i nie radzę kosztować bez przepitki. Wcale im się nie dziwię, że nie wychodzą z domów i tyją, skoro tu taka pogoda. Zazwyczaj nie chce mi się nawet patrzeć w niebo…

Dziś słońce wyszło na godzinkę i już chciałem pobiec z aparatem na sesję zdjęciową nad jezioro, ale szczęśliwie przyziemne sprawy domowe zatrzymały mnie na moment i tylko dzięki temu nie zmokłem. Takie ekspresyjne nasłonecznienie cechuje się tutaj bardzo dużą dynamiką zmian. Jest po prostu dynamicznie spokojne, ewentualnie spontanicznie zaplanowane. Zresztą po grzyba tu komu słońce, przecież mają niedaleko centrum handlowe i dwa supermarkety! To jedyne i ulubione atrakcje w okolicy. Na przyrodę nie ma co liczyć. Oprócz jeziora, obecnie omijanego szerokim łukiem ze względu na ptasią grypę, mają tu jeszcze park z kilkoma ładnymi drzewami i jakąś zabytkowo zapyziałą wieżę, z której zrzucano czarownice. Faktycznie, czego to człowiek z nudów nie wymyśli!. Żeby chociaż ta wieża była otwarta… Poza tym widziałem na horyzoncie dwa wzniesienia, ale wciąż jak nie praca, to średnia opadów rocznych koliduje z moimi planami ekstremalnego alpinizmu na wysokości około pięciuset metrów.

LINK DO CZĘŚCI 5

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon… Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą.

W magazynie osób mniejszych 2

Właśnie, tylko bajka. Ten duży, piękny dom wcale nie jest taki duży. Ani nie piękny. Zwykła bryła bez udziwnień typu jaskółka, wykusz, weranda. Zupełnie surowy. W środku tylko najtańsze sprzęty z hipermarketów. Większość dopiero wymaga powołania do życia z formy wieloskładnikowej rozproszonej do formy jednolicie spójnej. Wszystko w granicach rozsądnej funkcjonalności. Najlepiej bez użycia narzędzi, bo tych też nie mam. Z zewnątrz mury bez wyrazu. Równiutko opaskudzone przez ptaki, których gniazda zdążono usunąć chyba dopiero na tydzień przed moim przybyciem. Więc w zasadzie dosyć wyrazista, jak na wierzchnią okładzinę. Na termoizolację mi to nie wygląda. Jedyna egzotyka, że dom stoi na wyspie. To co przyczepiło się do domu od spodu, to Irlandia Północna.

Ogród… Hm, to zdecydowanie za duże słowo. Zwykły trawnik trzy na cztery metry bez dodatkowego zakrzewienia, nie wspominając o drzewostanie. Do tego dom wcale nie jest za darmo, bo firma, która go wynajmuje, za tę przysługę odbija sobie z mojej pensji. Nawiązka zwielokrotniona, rzecz jasna. Mieszkam tu z sześciorgiem współpracowników, co wydatnie obniża komfort użytkowania luksusów pokroju kuchni, łazienki czy telewizora. Nawet jakość spania wydaje się być zredukowana, bo domek jest dość tekturowy jeśli chodzi o teksturę jego spoistości, a co za tym idzie dyskretny akustycznie, jak kościół wybudowany na terenie amfiteatru nad jeziorem w obszarze nieckowatej łąki. Czyli głos rozchodzi się bezproblemowo, a ukształtowanie terenu potęguje jego siłę wyrazu. Lekko uciążliwe rozwiązanie, kiedy akurat chce mi się krzyczeć.

Moje bezstresowe zajęcie to praca dla najniższej miejscowej klasy społecznej, opóźnionych w rozwoju, nadpobudliwych psychicznie, neandertalczyków z nadmiarem wewnętrznego wydzielania hormonów oraz inteligencji z Polski. Ciekawe do której grupy pasuję najbardziej ? Te całkiem duże pieniądze też wcale nie są zniewalające. Powiedziałbym nawet, iż względem najniższej gwarantowanej stawki dochody często wyglądają na niższe. Nie bądźmy jednak zachłanni. Na produkty z najniższej półki zawsze mnie stać. Jakość marketowa jest mi bliska, bo właśnie w magazynie jednej z największych europejskich sieci marketów mam bezdenną przyjemność pracować. O wielkości sieci niech świadczy fakt, że na Wyspy też już trafiła.
Jeżdżę sobie rozwalającym się pomarańczowym wózkiem prawie widłowym, wyposażonym w donośny klakson oraz niesprawne hamulce. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pomarańczowy był modny w zeszłym sezonie. Mój wózek, zwany trakiem, ma przód. Wypełnia go wielka bateria, a baterię wypełnia kwas. Dalej sterczy drążek sterowniczy, takie coś ja kierownica hulajnogi. W nowszych modelach zamontowano tradycyjną, okrągłą kierownicę. Konstruktorzy wygospodarowali też miejsce stojące dla głupiego, oparcie o różnych zastosowaniach oraz widły nazywane tu widelcami. Na widelce nadziewam sobie albo jedną metalową skrzynię, albo dwie, albo nawet trzy. Nadziewałbym ich jeszcze więcej, ale muszę się słuchać mojego własnego osobistego komputerka, czyli takiego przerośniętego zegarka, który pasuje jedynie na tydzień mody w Paryżu. Można by go nazwać armtopem – raz, że brzmi to fajnie, jak z science fiction, a dwa, że komputerek okupuje całe przedramię. A kiedy zapnę rzepy, obłapia mnie technika i zaczynam rozumieć, jak niewygodnie jest być cyborgiem. Do tego obłapianym w pracy i nie narzekającym ani na mobbing, ani nawet ocieractwo. Komputerek łączy się kabelkiem ze skanerem – kolejnym z moich sztucznych narządów zmysłów, przyczepionym dla odmiany skóropodobnymi paskami do grzbietu dłoni. Kabelek odchodzący od skanera biegnie do guziczka na moim palcu wskazującym. Na co wskazuje palec przeczytacie w dalszej części poradnika pod tytułem: „Jak magazynować, aby zmagazynować się gdzie indziej” Natomiast, wspomniany guziczek powinien kolejnym kabelkiem łączyć się z mózgiem magazyniera, ale Polakom nie zamontowano takiej opcji. Zegarek mówi mi, co mam robić, kiedy i w jakiej ilości. Ja robię, czyli naciskając kciukiem przycisk na palcu wskazującym, włączam laser, skanuję kod kreskowy produktu, a na wyświetlaczu wyskakuje, ile dziadostwa zabrać i gdzie odstawić. Jeśli rozkazy komputera są bez sensu, to i tak nie mogę tego zmienić, bo bym go popsuł, a na taki jeden musiałbym pracować ze trzy miesiące. Armtop nie mówi mi tylko, kiedy mam iść na przerwę, bo po co wyrobnikowi przerwa? Nie łączy się też z Facebookiem, co może potęgować samotność. Na początku zastanawiałem się, czy będzie mi wyświetlał: „Pora na siku”. Po kilku atakach pęcherza moczowego już się nauczyłem, że nic go to nie obchodzi. Szczury uczą się szybciej! Zostawmy jednak genezę mojej inteligencji. Jestem tu przecież wyłącznie od roboty.

LINK DO CZĘŚCI 3