Droga Mleczna – wiersz multimedialny



LINK DO WIERSZA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Progresywne błagania rozsądku

Martwo ciągniona dzisiejszego dnia rozciągłość
bytów w senności
tuż po kambryjskiej eksplozji życia
kruchość prawdy
umiarkowanych zdarzeń odległością
bo każda ma swoje wady
na Gondwanie rozumu drapieżcy z pradziejów
miotają truchłem dziewicy matki
wielkie wymieranie dotyka opuszkami erupcji
wybrańców i resztę
terrorystów stężonych w iluzjach zaprzeczeń
budzących cię martwym
obliczając z ilości wariatów na metr kwadratowy
działania destrukcji
czynniki decydujące nieuczynionych zachodów
niezmienne w szczelnej zawiści
wyszarpane kolory przez kogoś wyposażonego w stado
własną miarą rzeczy
sztucznie spulchniona obojętność matki natury
progresywne błagania rozsądku
oddali drogą bierności w woreczku żółciowym
na śmietnik.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

O jedno niebo więcej – Desperat-Zine

Opowiadanie O jedno niebo więcej ukazało się właśnie w Desperat-Zine

kliknij w obrazek
ONE

Niuans przybycia

Zachowaj spokój
tu sponsor niuansu przybycia
wznosimy cię na poziom próżni
proces tworzenia odchyłek ponadnormatywnych trwa endemicznie
bezruch atomów lepszy od znieczulicy
długa droga na eksport
z miejsca zerowego do własnych pierwiastków wielomianu
minimalizacja efektu toksycznego może być minimalna
składniki poniżej wykrywalności zadecydują o jakości życia i śmierci
w zerze absolutnym
wyzwolisz umysł.

Choler Advert Part 2


LINK DO WIERSZA

LINK DO POPRZEDNIEJ REKLAMY

ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ – tomik

 

Kosmiczna w formie książka poetycka,
przy czym absolutnie ludzka w uczuciach.
Ogromna miąższość sarkazmu dla
przestrzennych odzwierciedleń oznak życia.
Obnaża mechanizmy tworzonych w wyobraźni
budowli na gzymsie zmysłów.
Wszystko w atmosferze wiecznego łoskotu
Drogi Mlecznej, na przekór potocznie toczonym
słowom, które są tylko pyłem na wietrze,
a pył wyklucza kontrast.

 

„Łoskot Drogi Mlecznej”,
ISBN 978-83-7606-552-6,
Ilustracje: Adam Fiala
Wydawnictwo Miniatura,
ul. Barska 13/1, 30-307 Kraków
tel. 12 267-10-39
Copyright ⓒ Piotr Kasperowicz

 

Ręcznie robione, błyszczące jak kombinezon astronauty, oryginalne wydanie w twardej,
odpornej na czynniki zewnętrze oprawie. Ilość stron: 48. Ilustracje bardzo kolorowe.
Do zamówienia pocztowo lub telefonicznie w Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa,
u wydawcy: miniatura[at]autograf.pl, lub bezpośrednio u autora: kasperl[at]tlen.pl

Łoskot ban1

Łoskot ban2

Łoskot ban3

Łoskot ban4


Recenzje/impresje:

„Pozwolę sobie przenieść zainteresowanych poezją, w nurt młodej poezji polskiej, ściślej krakowskiej. Lubię w poezji wiersze, o nowoczesnej strukturze, skonstruowane jakby jednym tchem, na wdechu, nad którymi trzeba pomyśleć dłuższą chwilę, aby odkryć sedno skondensowanych wersów. Tomik Piotra Kasperowicza zatrzymał mnie w czasie mocno napiętym i niezbyt łatwym. Zafrapował jednak zupełnie czymś nowym, w strukturze wiersza i postrzeganiu współczesności. Lektura wierszy przypomina wspinanie się po tatrzańskim szlaku, mimo, że wymaga wysiłku i uwagi –  sprawia niezwykłą przyjemność. A jaki szeroki horyzont!

Po lekturze wierszy o zaskakującym tytule „Łoskot drogi mlecznej” poczułam pewną bezradność słysząc w tym tytule nieodkryte dźwięki z oddali świetlnych lat. Niektóre do nas żyjących nie dotrą w tym bycie, a mogą być mocno hałaśliwe, porażać lub zachwycać kosmicznym pięknem. Może to być również droga mleczna naszych przeładowanych „dróg szybkiego ruchu” i mocno skomplikowanych scenariuszy życia. Jedno i drugie poważnie zapętlone w czasie.

Niełatwo jest przejść przez gęsto zabudowane nośnym słowem wersy. Żadnych przerw, wyjaśnień, łączników. W mocno metalicznym i skondensowanym konstrukcyjnie świecie szukam pointy i mocnych przeżyć. Są. Znajduję. Ale jakże ukryte w misternej tkaninie wyobraźni. Wiersze przypominają konstrukcję wieży Eiffela, unoszącą się ponad. To „ponad” brzmi jak w tomiku J. Przybosia „sponad”. Z góry widać więcej i większy lęk /Zdzisława Górska/. Pełne celnych obserwacji  spojrzenie na ten dół. Splątany. Niezbyt uczciwy. Do bólu wykreowany. I co tu dużo mówić – od dawna – wrogi i nieludzki.

Psychologiczny rozbiór wnętrza człowieka nie wychodzi nam zbyt pozytywnie, przez swoją słabość, chwiejność, brak kierunku i konsekwencji w działaniu. Obserwacja poety przeraża swoją dokładnością, ironią i dosadnym cięciem. Podzielam – człowiek – istota niedoskonała, a we wnętrzu…?!

Autor szuka doskonałości, ale jakże inaczej, dokładniej.  Uczy, wskazując wady. Każdy wiersz ma ukryty podmiot liryczny. U Piotra Kasperowicza ukryty za szczelnymi żaluzjami wersów wypełnionych mocnym słowem. Ale za murem słów ktoś wrażliwy szuka stale sensu i tej zwyczajnie ludzkiej miłości. Ujawnia się pod koniec tomiku i ja oddycham z ulgą. Autor jest wrażliwy, opanowany /i erudyta i bojownik/, którego rozpiera młodość i nęci zmiana świata, myślę, że na lepsze. „Milczące obrazy trwania” to jakby jedyne odsłonięcie siebie. Całe to ożebrowanie, ostre żaluzje nie dopuszczające światła do wewnątrz, zmuszają do wędrówki labiryntami pojęć, zwątpień, irytacji. Ale „Milczące obrazy trwania” odsłaniają sens tej poezji. To jakby w klatce Bretona /azbestowej zresztą/ płonęło serce. Bystre obserwacje świata rozwichrzonego, bez kierunku, gdzie wszystko wolno i niczego się nie musi – przed tym przestrzega autor w bardzo dokładnie skomponowanych wierszach.

Grafiki Adama Fiali doskonale korespondują z poezją Kasperowicza. Kolorowe, dynamiczne postaci – jeszcze ludzie, już roboty, czy kosmiczni goście/?/ walczą, bronią się czy radują. Zmagają się z rzeczywistością, podobnie jak my.

Proponuję wiersz /Droga mleczna/, który nieco wyjaśnia mocny tytuł tomiku.

Cytuję kilka wysublimowanych wersów, które mogą być aforyzmami:
„[…] pamięć nie obraca się wniwecz
a niwecz lubi powracać ze złością ” /Otwory/,
albo
„[…] terytoria pozostaną nienaruszone ponownie ” /Terytoria uczuć/
„ […] niewysłuchane prośby targają dogmat nieba ” /Wyczekuję chwili/

Na koniec w całości, krótki, aktualny wiersz „Wielka opozycja” .

Nie ma nic niepojętego. Myśl jest równie przejrzysta jak kryształ” /Comte de Lautréamont/ – I chyba to chce nam przekazać autor „Łoskotu drogi mlecznej”. Zmienimy siebie, zmieni się świat? Zapewne taką prawdę mana myśli autor operujący słowem w naszym umyśle jak rzeźbiarz dłutem.

Z przyjemnością prezentuję Państwu tę młodą, zaangażowaną we współczesność i losy świata – poezję. Młodość jest jej atutem, ale wiedza, erudycja i wrażliwość zdecydowanie przeważa. Cieszę się, że mogę o tym napisać, życząc młodemu, krakowskiemu poecie wielu doznań w podróżach nie tylko kosmicznych, ale drążących umiejętnie skomplikowaną współczesność w dość trudnych, ale prawie matematycznie dopracowanych wierszach. Czy to nowy kierunek poezji? /…/ w świecie zapędzonum do utraty tchu? /Zdzisława Górska/.”

Zdzisława Górska

Recenzja została opublikowana w Miesięczniku Samorządu i Towarzystwa Miłośników Ziemi Strzyżowskiej „Waga i Miecz” na stronach 25/26

 

„Ten tomik nie jest łatwy w odbiorze. Uwiera. Mami ekscentrycznością, która na nim błyszczy jak folia aluminiowa. Jest trudny do oswojenia. Kosmiczny. Jak przybysz z obcej planety. Zjawia się nagle w żaroodpornym skafandrze i w swoim własnym języku zaczyna wysyłać sygnały dźwiękowe. W tym jego komunikacie jest sporo zakłóceń, szumów i trzasków, toteż trzeba się dobrze wsłuchać, żeby usłyszeć przekaz. Ale to tylko kwestia słuchu odbiorcy.
Uprasza się wyregulować odbiorniki!

Te wszystkie zakłócenia, ten cały arsenał środków, ten „łoskot” te „lasery”, „intersekcje punktów centralnych”, „trolle internetowe” i „reklamówki” to tylko kostium! Tylko zasunięty pod szyję skafander kosmity. Na szczęście nie dość szczelnie, aby nie można było pod nim zobaczyć (dotknąć??) żywej tkanki. W każdym wierszu jest klucz, jest wskazówka, która tłumaczy sygnały. Na przykład:
– ,,wzory wyobraźni zdradzające dziecko” (str. 7)
– ,,jątrząca się rana z tych które zadaje się tylko raz” ( str.15)
– ,,w perspektywie nowe źródło bólu” ( str. 16)
– ,,samotność zadawana tłumem” ( str. 17)
– ,,czasem jesteśmy narzędziem działania najwyższej siły a czasem tylko narzędziem jedynie naczyniem na krew” ( str. 19)
– ,,ból łamie mój głos” ( str. 23)
– ,,nie wysłuchane prośby targają dogmat nieba” ( str. 23)
– ,,odwołano uzdrawiającą moc umysłu” ( str. 30)

To wszystko są tropy, tematy i pytania, które poezja zadaje od wieków i będzie je zadawać w złudnej nadziei na odpowiedź. Będzie je zadawać nawet bez nadziei. Spod aluminiowego skafandra kosmity wygląda człowiek uwikłany w odwieczną zagadkę bytu i własną biologię. Skazany na inność mówi o bólu, samotności i przemijaniu. O utracie i nieuchronności.

W pewnym wymiarze przekaz tomiku jest tragiczny, jednak – co mnie bardzo cieszy! – odkryłam światełko w tunelu: ostatni wiersz, który jest dla mnie zawsze ostatecznym rozstrzygnięciem, w którym kierunku mam dalej iść. Kosmita w nim mówi: ,,Pozbieraj odpady światła”… I tego mam zamiar się trzymać.”

 Emma Ernst

 

„Osobliwa lektura, autor pisze bardzo inaczej niż inni. To oczywiście plus. Bez wątpienia z takim językiem i tonacją poezji jeszcze się nie spotkałem. Są to wiersze całkowicie „odliryzowane”, a więc niepodobne do tych wszystkich, z jakimi na ogół mamy do czynienia. Dużo tu dyskursu i myślenia. W gruncie rzeczy autor buduje socjo-aksjologiczną wizję naszego czasu i jego zdehumanizowania. To są takie traktaciki definiujące świat coraz bardziej kłócący się z tradycyjną koncepcją ludzkiego ładu, tożsamości i spełnienia. Dosyć ponury obraz, ale znakomicie oddający zawieruchę naszej epoki i rozmaite wynaturzenia. W tej mierze jest to poezja mówiąca o sprawach ważnych i stanowiąca jakiś protest. Tak więc ogromny plus dla poety.

Mam jednak także obawy… To poezja pisana tak nietypowym i „gęstym” językiem, że mało kto się w niej połapie. Sam miałem kłopoty ze zrozumieniem niektórych jej partii, ponieważ nie przez wszystkie fragmenty „kodu językowego” umiałem się ze zrozumieniem przebić. Sądzę, że ten język autor powinien jednak bardziej uprościć, rozjaśnić, bowiem jego komunikatywność bywa w wielu momentach nieodgadniona.

Jaki morał? Taki, że poeta mówi sprawy ważne i istotne. I że do bardzo niewielkiej grupy one się przebiją, ponieważ „narracja poetycka” jest na tyle trudna, że jej komunikatywność ograniczona. Więc autor może ugrzęznąć w swojej niszy na amen. Ale niech robi swoje, bo na pewno jest inny i o wiele bardziej oryginalny niż cała ta ”poezja stadna”, która nas zalewa.”

Leszek Żuliński

 

„Każdy wiersz jest inną historią, w której znajdziemy sporą dawkę cynizmu, ironii, smutku, bywa też brutalnie, gdyż prawda ukazana przez autora ma to do siebie, że potrafi ranić. Każdy z wierszy to także wyprawa na nieznane lądy, kosmiczne planety, to też groźna cela naszej uwagi, pochłaniacz czasu na długie godziny intensywnego, acz nie wymuszonego, a pobudzonego myślenia. To wzdychanie i łezka w oku. Momentami szok i oszołomienie – nie raz autor uderzył mnie bejsbolową pałką prosto w potylicę. Liczne metafory, które początkowo wydają się formami niezrozumiałymi, po jakimś czasie dają się pogłaskać, zaczynają uśmiechać się do nas z zaufaniem, tak abyśmy mogli spokojnie dojść do naszej interpretacji. Jest to operacja długa, jednakże bardzo owocna.

Poeta poprzez “Łoskot drogi mlecznej” pokazuje nam, jak dobrym jest obserwatorem szarej codzienności tłumu, jednostki zagubionej w dzisiejszym świecie owczego pędu po trupach. Poznając wiersze zamieszczone w tej książce czułam ograniczenia ciasnych schematów, w których przychodzi nam się dusić, a nawet umierać z niedotlenienia, gdyż sami nawet nie zauważamy, jak bardzo wąska jest przestrzeń naszych uczuć. Praktycznie jej brak.

Wierszom nie brakuje melodyjności, abstrakcja wynurza się z kolejnych wersów, omotana niekiedy prostotą wyrazu. Za każdym razem podmiot liryczny kwaśno się do nas uśmiecha, wskazując na z pozoru najprostsze błędy jakie popełniamy w życiu. Zamiast być ludźmi zachłannymi na uczucia, doznania i poznanie tego co nas otacza, gubimy swój dziecięcy zapał odkrywcy, co czyni nas zimną częścią struktury szybkiego świata. Robotami z trybikami nastawionymi na produkcję kolejnych ofiar walki o bytowanie, nie zaś dzielenie się emocjami.

Każdy odnajdzie w “Łoskocie drogi mlecznej” kawałek siebie, może nie tak drastyczny, jak wyprane z życia roboty, ale chociaż mały pierwiastek z pewnością ukrywa się pomiędzy wersami. Każdy też na chwilę przystopuje, zastanowi się, przez krótki moment zapatrzy niewidzącym wzrokiem w okno. Może przekaz poety zostanie w nim na dłużej? Obudzi z letargu nijakiej egzystencji? Wtedy zapewne książka poetycka Piotra Kasperowicza spełni swe zadanie.”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autorki:
Monika Gała

 

„Nieustający kurs kolizyjny” […]. Piotr Kasperowicz wie co pisze. Konstruując zawiłe kompozycje słowne może nieco odstraszać egzaltacją, powszechnie stosowaną hiperbolą, ale jednak przykuwa uwagę. Moją rzecz jasna, bo Waszej wcale nie muszą. Ale gdybym nie chciał, nie sugerowałbym byście po nie sięgnęli, nie pisał bym o nich.

Pod enigmatycznym tytułem „Łoskot Drogi Mlecznej” ukrywa się bunt. Poeta kontestuje rzeczywistość.„Projekt cynika” znajdujący się na stronie szóstej, dobitnie o tym świadczy.

Na pierwszy rzut oka dostajemy do ręki bełkot. Choć dość często forma przerasta treść, która tonie w hermetycznym zalewie metafor, da się tu i tam wytrącić sens. Rzecz jasna nie wszędzie, bo co rusz rozbijamy się o mur. Jednak znaleźć można w nim wyłomy, przez które podejrzeć można to i owo. I dla tych smaczków, kilkunastu/kilkudziesięciu dziesięciu perełek semantycznych warto się przy nich zatrzymać.

„Otworach” autor poddaje krytyce postawy obywatelskie, współczesny model myślenia, zagubienie w świecie, nielogiczność działań. Z jednej strony szaleństwo, z drugiej – kompletna stagnacja i ignorancja. Wygoda. „Żadnych gwałtownych ruchów”, czegoś, co zburzy fikcyjny ład.

Świat w tej poezji jest papierowy, niepełny, wybrakowany. To próżnia, którą ktoś zapełnił znakami o wątpliwej jakości. Zafałszowany obraz należy czym prędzej urealnić, pokazać, że w istocie król jest nagi. Ludzie „z drugiego sortu Boga”, bohater zbiorowy Łoskotu i jego odbiorcy, z pełną świadomością oddają się zatracie. Brak nadziei jest wszechogarniający, nihilizm tylko go karmi.”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autora:
Krzysztof Chmielewski

 

„Wzięłam do ręki srebrny tomik – teleport do świata równoległego. Wiem, co zastanę jednak chcę po raz kolejny tam pójść.

Stoję na wielkiej górze usypanych pośrodku zgniecionych papierzysk, zapisanych kartek, pożółkłych brulionów, pomarszczonych okładek niebieskich zeszytów. Szeleszczą niczym zaschnięte liście, kiedy z wysiłkiem odgarniam je, by otworzyć drzwi kolejnego wiersza.

Niezmierzona, szara, przerażająca przestrzeń niepokoju poszatkowana żeliwnymi słupami wartości naczelnych. Od odrapanych ścian odbija się głuche echo buntu prowokująco wrzeszczące. Wiatr nieoczywistości świszcze w wielkich oknach pomiędzy zardzewiałymi ramami bez szyb.

Trudne. Początkowo spore wyzwanie dla mnie, jako czytelnika nieprzyzwyczajonego do potraktowania poezji słowami kanciastymi, jakby nie do wiersza. Niemiękkie, czasem bardzo ponure metafory to wędrówka przez kręte ścieżki i strome urwiska rzeczy ujętej wprost lecz nie wprost. Szczęśliwie przestrzeń pomiędzy wersami duża, a w niej zaułki w których można na chwilę przysiąść i odnaleźć własne odcienie kolorów jakimi Autor pomalował swoją krainę.

Wiersze niebanalne, interesujące, szorstkie, wyzywające. Wymagające. Czasu, przestrzeni, cierpliwości. Otulenia i ciepła.”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autorki:
Pani Szalo

 

„Pięknie wydana, elegancka książka pełna poezji z innego wymiaru. To wiersze, do których wraca się wiele razy. Innowacyjna, twórcza, niebanalna forma powoduje, że każdy wiersz jest wyjątkowo ciekawy. Wielość interpretacji, mnogość parafraz użytych w tekstach jest nieprawdopodobna. To poezja inna od tych, które dotąd czytałam. Zadziwia gra słów i wielorakość znaczeń, a także prostota połączeń językowych. Czytasz a za każdym razem, gdy wracasz do danego wiersza, wciąż odkrywasz w nim coś nowego.

Wydanie jest przepiękne, okładka w fakturowanym srebrze, papier bardzo dobrej jakości oraz efektowne, niecodzienne, niebanalne ilustracje. Polecam książkę – autor młody, bardzo wrażliwy i twórczy, z ogromnym dystansem do świata i zjawisk w nim zachodzących, a także wnikliwy obserwator. Zadziwia poczuciem humoru umiejętnie wplecionym w misternie uwite wersy. Zachęcam serdecznie, w sam raz na jesienne wieczory, świetna na niebanalny prezent.”

Renata Świeściak

 

„Ta poezja jest dla mnie naprawdę szczególna, tak wyróżniająca się swoją oryginalnością. Jakby na przekór „technicznym” słowom odnajduję w niej coś z mistyki. Stanowi bowiem wyjątkowe połączenie materii i ulotności. Mam też wrażenie, że jej miejscami „metalowy” język jest świadomą prowokacją w kierunku swoistej filozofii. I nie jest to bynajmniej, jak to nazywam, „zimna i twarda” filozofia, ponieważ pojawiają się w niej struktury bardziej subtelne, wypływające z uczuć. Krótko pisząc – wielce interesujący miraż. I naprawdę niewielu twórców potrafi tak wyraźnie odcisnąć na słowie swój znak firmowy. To jest poezja jedyna w swoim rodzaju!”

Katarzyna Kowalewska

 

„Poezja ma do to siebie, że ciężko ją zdefiniować i zamknąć w jakiekolwiek ramy. Poezją może być wszystko co ma wersy, strofy, czy chociażby pojedyncze słowa. I za każdym razem, gdy czytam poezję, staram się – po pierwsze, zrozumieć czytany tekst, po drugie, odnieść go do swoich przeżyć, po trzecie, czerpać z niego przyjemność i po czwarte, ma wyrażać emocje. Niestety, czasem tak jest, że trzy pierwsze elementy nie występują i wtedy całą sytuacje ratuje czwarty element. A jak już zabraknie ostatniego, to nie ma przebacz. Skreślam dany utwór i już do niego nie wracam.

Więc jaki jest tomik wierszy „Łoskot drogi mlecznej”? To nie jest poezja dla każdego. Ba! Śmiem stwierdzić, że jest to poezja dla wąskiego grona wielbicieli takiej formy sztuki. Wiersze wydają się być pozbawione sensu, a każdy wers jakby był wycięty i przypadkowo wstawiony w inne miejsce. Jednakże po kolejnym „wczytaniu się” można ujrzeć, to co autor miał na myśli. Bardzo długo zajęło mi to, bo po prostu nie da się usiąść i w ciągu jednego wieczoru połknąć tego tomiku. To nie jest kolejny teleturniej, który brzmi znajomo, ani żaden taniec z idolami.

Bardzo się męczyłem przy czytaniu, choćby najkrótszego utworu, jednak industrialno-fantastyczne obrazy człowieka wciśniętego w ramy tego świata nie pozwoliły tak szybko odejść. Niechęć i podziw dla autora mieszały się ze sobą tak skutecznie, że zwątpiłem w swoje kryterium w pierwszym akapicie. Ciężko było zrozumieć wiersze, trudno mi było odnieść się do swoich przeżyć i nie czerpałem z tego przyjemności. A jednak czytałem je i patrzyłem na obraz człowieka, pełnego automatycznych odruchów, zaprogramowanych uczuć, łaknącego tę papkę, która jest nam ciągle wciskana w prasie, telewizji i radio. Również człowieka kreatora, który tworząc mitologiczne, sakralne, kulturowe dziedzictwo sam się na nie skazał, podnosząc wysoko poprzeczkę. I autor ukazuje te różnice.

I również ta poezja ma minusy. Jak już napisałem wcześniej, jest trudna w odbiorze i potrafi zniechęcić na samym początku. Kilka razy miałem ochotę odstawić w kąt i nie wracać do niej. Kolejnym minusem jest trudna interpretacja danego utworu. Czasem jakby autor przekombinował i chciał za dużo zamieścić w jednej chwili.

Podsumowując, w tym tomiku zachował się ostatni element mojego zestawienia czyli emocje. Wachlarz emocji od negatywnych do pozytywnych, czasem miesza się ze sobą powodując specyficzną mieszankę. Czasem ciężkostrawną, ale w głębszym odczuciu pożywną dla umysłu.”

Emil Śmistek

 

„W tomiku zauważyłam myśli szerokie, wędrujące daleko, bez ograniczeń przestrzeni. Poczułam krzyk niezgody człowieka wrażliwego niczym dziecko, na zlodowaciały klimat czasu obecnego. Czy kiedyś, na przestrzeni wieków, było inaczej?

Autor dociekliwie walczy mocą słowa o porządek rzeczy pierwszych na planecie Ziemia. Don Kichot z La Manchy?

Niezgodę na chorą rzeczywistość jaskrawo widać w każdym słowie, wersie, wierszu, ale zauważyłam, że dar bogatego wnętrza jest przekleństwem. Chłód wszechświata potrafi ozionąć, pozbawiając radości życia. Bezpieczniej, spokojniej patrzeć jest na świat jednym okiem.”

 Małgorzata Ortmann

 

„Pierwszy raz z poezją Piotra spotkałam się z piętnaście lat temu. Wysłał mi wybór swoich tekstów do publikacji. Przyzwyczajona do prostych (czy typowych dla moich kręgów) metafor odpadłam chyba w drugim wersie. Najprościej było rzucić cholerstwo w kąt i zrzucić na autora bombę pt. „zmanierowany grafoman, co pisze kiczowate, hermetyczne bzdety”, ale jakoś na drugi dzień poczułam, że te dwa przeczytane wersy zaczęły kiełkować. Zrobiłam więc kolejne podejście: hermetyczny, obco brzmiący obraz rozwarstwił się i stworzył pryzmat. Kolorowy pejzaż, który za każdym zamknięciem powiek zmieniał się. Wiersze połknęłam koniec końców, jak wąż — swoim bogactwem cieszyły mnie przez długi czas. Wreszcie były czymś sycącym, czymś dalekim od typowości. Myślę, że właśnie to było jedną z przyczyn utrzymania znajomości z Piotrem. Jego poezja zawsze była (i jest!) dla mnie niezwykłym przeżyciem. Chociaż nie jest to doświadczenie proste i niewymagające.

Język, którym posługuje się Piotr Kasperowicz zbudowany się z dość specyficznych metafor, alegorii, eufonii, obrazowych ekwiwalentów emocji, onomatopei, echolalii, neologizmów, paraboli, elips i asonansów przefiltrowanych przez osobowość autora. On nie tylko pisze tak poezję, on tak mówi. To nie jest maniera, tylko cecha specyficzna dla tego osobnika. Fleksja i dziwna typografia tekstów ma na celu wzmocnienie ikonicznych funkcji słowa. Autor prowadzi monolog wewnętrzny, nie tylko mówi o życiu, ale chce je odtworzyć. Splątany i niejasny na pierwszy rzut oka zapis wizji jest znakiem przeżyć indywidualnych o podobnej strukturze. Nastrój zostaje zaszyfrowany w ciągu obrazów przypominających widzenie senne. Dotarcie do sfery podświadomości i spotkanie z uwolnioną energią psychiczną ma na celu przezwyciężenie duchowej i społecznej alienacji. Jeżeli komuś teksty Piotra „nie leżą w uchu” — musi albo przywyknąć, albo sobie odpuścić. To nie są i nigdy nie były teksty dla każdego (mało kto takie pisze, o ile ktokolwiek). Wyrastają poza swój czas i poza akceptowalną normę — są szczere, autentyczne, intrygujące i głębokie emocjonalnie… Dla mnie. Jak już wspominałam, osoba odbiorcy tekstu ma tutaj równie duże znaczenie, co osoba twórcy.

Autor (…) posiada ciekawą umiejętność zastawiania słów i tworzenia nowych znaczeń. Nie spotkałam się z podobną umiejętnością (może poza twórczością futurystów). Igra dwuznacznościami (zwoje izolacji — jako zwinięta izolacja, jako zwoje mózgowe pokryte izolacją, jako izolacja w sensie odosobnienia zwiniętego w kłębek, a to tylko trzy możliwości, które przychodzą mi na myśl). Wymusza czujność czytelnika. To poezja-łamigłówka, ale jeżeli poszukam uważnie, znajdę swoje magiczne sentencje, które zapiszę w pamięci, a później będę sobie z tych słów czarować obrazy i emocje.

Po przeczytaniu „Łoskotu drogi mlecznej” stworzyłam dla siebie model świata, po którym mogę się poruszać, by odkrywać kolejne znaczenia poezji Piotra. Jest on konstrukcją przypominającą obraz z filmu „Matrix” — jedna wersja dla wszystkich, inna dla tych, którzy się wyłamali. Widzę więc przestrzeń czystą, niemal sterylną — ta sterylność jest nienaturalna, stworzyła ją chemia i detergenty, którymi myjemy się także od środka (chociaż woda do chrztu jest akurat bez detergentów). Mieszkańców tego świata pochłania konsumpcjonizm („kupowanie sprytem”), pustosłowie i industrialność. Nie radzą sobie z pojedynczymi emocjami, czyszczą więc swoje umysły. Później chłoną plastikowe surogaty emocji i defekują. Pustka jest bezpieczna — nie boli, nie wymaga. Wysokie budynki, skrzące się w słońcu („żyletkowe wieże z betonu i stali z widokiem na świat”). A w budynkach ludzie, trybiki, korporat, praca, technika, mechanizacja.

(…) Ludzie tutaj pozbawieni są umiejętności rozmawiania, wyrażania siebie i swoich emocji. Także dlatego, że już się ich pozbyli, przyjmują zastępniki. Ci ludzie są jak istoty po kataklizmie („ludzkie produkty”, „ciało gorejące chemią”) lub wojnie nuklearnej — zdeformowani od środka i od zewnątrz („garbata modelka z agencji Hades ma kosi trawnik”). Walczą o swoje piękno i zdrowie — tak siebie widzą. Chcą pozostać wiecznie młodzi. Wiedzą jednak, że przemijają — chociaż „wiedza może nic nie znaczyć”. „Duchowy głód miażdży”, więc uprawiają „filozofię dla ubogich”. Starają się walczyć o swoje szczęście, chociaż nie mają pojęcia, czym ono jest. Czy szczęściem są opisywane w kolorowych magazynach rzeczy, czy może brak cierpienia, czy może pustka, do której dążą od dzieciństwa hodowani w bez emocji, podlewani toksycznymi relacjami?

Mówimy o świecie, w którym mistyka pozostaje już tylko słowem, bo nie ma wiary ani nadziei, ani miłości. Są za to „ortodoksyjne wyznawczynie wiary w nic wielkiego” i „panny drugiego sortu”. Bóg spogląda z góry („anachroniczny Bóg domu starców”), z oddalenia i chyba czuje ulgę, że nie uczestniczy w życiu tych zdegradowanych istot — „gołodupców na cmentarnym polu minowym”. Cieszy go pokazywanie nam „boskiego podszycia”, bo zdaje sobie sprawę z poziomu naszego okrucieństwa, zna nasze podłe sztuczki, tę „ludzką płyciznę” i wszelkie „wzniosłe wątłości”. Człowiek jest tu raz narzędziem, raz naczyniem. Nie ma mocy sprawczych.

Na poszczególnych poziomach pojawiają się bardziej szczegółowe obrazy rzeczywistości. Praca w tym świecie, podobnie jak w naszym, ma duże znaczenie. Każda jest tak samo ważna lub nieważna — przeliczana na roboczogodziny, oczekiwania, sukces, fachowość, dresscode i „ambicje zwinięte w kłębek”. Ludzie pracując, nieustannie podlegają „strategiom manipulacji” muszą przynależeć, inaczej znajdą się w niebezpiecznym dla siebie miejscu, poza społeczeństwem. Nieprzystosowanym grozi właśnie wyłączenie i „bezrobocie”, nie grożą im już baraki, obozy i magazyny, raczej bezosobowy karton („kartony pustki”, „karton radości”), samotnia na ul. Chłodnej, tymczasem na ulicy Szczęśliwej warte zauważenia są jedynie psie kupy. Z jednej strony pracować należy, z drugiej brak pracy w powszechnym rozumieniu pozwala na dostrzeganie czegoś do tej pory niezauważalnego.

Ten świat jest bardzo techniczny — dużo w nim fizyki, chemii (niebieski laser, załamane światło, nieodwracalne reakcje, trwałość wiązań warunkowana przez czas) oraz informatyki (ochrona hasłem, łamacz kodów). Są też ślady „okrężnych wiaduktów”, „rozjazdów obłudy” czy „kursów kolizyjnych”. Wszystko spowija otulina, która spowalnia poślizg. A poruszać można się tutaj jedynie w dół. Wszystkich czeka spadanie, upadek i wreszcie izolacja.

Hipochondryczny jest ten świat i bolesny. Kult młodości prowadzi do „kaleczenia chemią”, bo starość jest nieatrakcyjna. Odmrożenia, przymarznięcia, cysty, zatrucia, jątrzące się rany, zgorzele, wykwity, sińce, gruczoły, wylinka i wydzieliny, do tego ból fantomowy, zaćma, „grzybiejące stopy”, czy „połamane ramiona” mogą zostać uleczone „pastylkami z czaszką”. Umęczone, udręczone ciała, obarczone wadliwym materiałem genetycznym „spacerują w spalinach”. Ludzie są ślepi. Różne problemy narządu wzroku sprawiają, że ostatecznie „oczodoły chronią wnętrze”. To samo, które wcześniej chemicznie oczyszczono, by nie tworzyły się „przerzuty bliskości”.

Tak bardzo ludzie tutaj pragną szczęścia. Poszukują go wszędzie. Po latach doświadczania życia dochodzą do wniosku, że coś z nami jest nie tak. Palą mosty, nie oglądają się za siebie — zapominając, że to w przeszłości może znajdować się klucz do przyszłości i upragnionego szczęścia. Bez zrozumienia siebie, mogą nie osiągnąć celu. Gdzieś podświadomie rozumieją, że droga liczy się od punktu A do Z i wykasowanie jakiegoś jej etapu tylko gubi, mimo to nie pracują ze sobą ani tym bardziej nad sobą.

Tkwią w przeświadczeniu, że trzeba się dobrze urodzić, by coś osiągnąć. Do tego  dochodzą „presja wychowania” i uszczęśliwianie innych, narzucony brak emocji, „bierność łamiąca wolę”. Wiedzą, że „młodość nie przychodzi łatwo”, więc ją przeczekują i „praktykują autoagresję traumy”, krzywdząc siebie i innych. „Rozcieńczeni w czasie” dokonują „higieny intymnej u psychoterapeuty” skarżąc się na relacje rodzinne i „cięcie piórami przeszłości”, tej samej, której się pozbyli. Te „wyiskane z czułości dzieci” nie radzą sobie w życiu — kupują „szczęście na kredyt”, jako obietnicę lepszego jutra, kuszone iluzją plastiku.

(…)

Nie sposób żyć bez świadomości — jeśli już raz zobaczy ktoś „sedno własnego mroku” i „szczeliny światłego umysłu”, świat zmieni się. Mądrość nie ma w tym świecie wartości, powstają „almanachy pierdół” z może jednym ważnym słowem. Być może jest to słowo z tych, które podczas odpływów leżą na brzegu morza? Powierzchnia słów jest spierzchnięta, bo to „słowa posuchy”. „Zębowiny pamięci” zapuszczają korzenie i dostrzegalny zaczyna być „oślepiający mrok w pełnym słońcu”. Zalążek świadomości. Można wreszcie zauważyć „niepoliczalne plany głębi” i „fuzję przeznaczeń”. Ten „międzybyt” nie trwa jednak długo. Na chwilę można powstrzymać oddech, ale i tak zasili się „plantację zniczy”. Niby nic odkrywczego a zawsze zaskakuje, w pół słowa — po wieki, powieki.

Nie. Tomik Piotra nie jest słodki. Guziczki cukrowane są tu wabikiem, tak samo jak grafiki Adama Fiala. Bez nich tomik pozostałby „błyszczącym uzewnętrznieniem” — dla tych, którzy nie widzieli na żywo tego wydawnictwa, napiszę, że okładka jest srebrna, metaliczna, fakturowana, chłodna wizualnie. Na okładce bliżej prawej krawędzi przytwierdzony jest czarny, wypukły prostokąt z danymi dotyczącymi tomu oraz abstrakcyjną grafiką Fiala. Świat w jego oczach jest tworzony przez postaci przypominających roboty, o trójkątnych, trapezowatych lub kwadratowych głowach i równie geometrycznych ciałach. Prace te są kolorowe, poniekąd infantylne w sposobie prezentowania tej nierzeczywistości, stąd zapewne moje skojarzenie ich z cukrowanymi guziczkami. Sam tomik jest dostojnie chłodny, błyszczący… Forma dopełnia więc całość — piszę to na wszelki wypadek, gdyby komuś wydawało się, że nie ważne jak wyglądają tomiki poezji, ważna jest ich zawartość. Zdecydowanie, ale tutaj wizualność i sensoryczność (okładka) dają dodatkowe bodźce. Jak dla mnie nie bez znaczenia, szczególnie jeżeli ktoś posiada dużą wyobraźnię, w której ma zachowane w specjalnych skrzynkach obrazy, zapachy i smaki — a te odtwarza podczas czytania konkretnych słów-kluczy.

„Łoskot drogi mlecznej” Piotra Kasperowicza to nie jeden wewnętrznie sprzeczny obraz, a sekwencja obrazów, których celem jest wytworzenie sugestii prawd i stanów psychicznych. Ten tomik to swoisty dziennik istoty spoza Ziemi. Poezja jako przestroga — poezja na przebudzenie do…”

obszerniejsza recenzja dostępna w linku do autorki:
Łucja Lange

 

„Książka jest piękna a to co w środku – niepospolite, niesamowite i wyjątkowe. Trudne w odbiorze. Nie wystarczy tu sama wrażliwość, ale wskazana jest duża dawka wiedzy technicznej, biologicznej i innej. Czytam kierunkowana swoją potrzebą na wrażliwość codzienną. Ta twórczość jest wyjątkiem.”

Alicja Cyran


Droga Mleczna – z cyklu Poezja toaletowa

Kliknij w obrazek

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Motłoch flory bakteryjnej

Zaplute karły reakcji swego czasu
wyklęci bezterminowo również obecnie
obecni w zakamuflowanej opcji niemieckiej
lub jakiejś innej gejowskiej
w dozwoleniach odgórnych i dobrze widzianych prawidłach
wolność tak szybko się zapomina
bez paralizatora
odwilż o niewłaściwej porze roku

korporacyjni konfidenci
szykany na drodze śmieciowej umowy
doskonale wykształceni nieudacznicy własnych możliwości
najlepiej wykwalifikowani kandydaci na więźniów wartości
obecnie skuleni na bezrobociu
żałosna godność nierozpędzonych życiorysów
bez perspektyw wobec pokolenia kochającego głównie siebie
przy braku kompetencji nepotyzmu

jeśli reprezentujesz mniejszości posiadania uczuć wyższych
na wszelki wypadek niczego nie podpisuj
przebojowi narodowcy wysoko skaczą
wykazując duże powinowactwo do życia
niewiele szerszego niż motłoch flory bakteryjnej
ograniczenia pochodzenia wewnętrznego
ciasno upakowane w grupy
inteligencja rozproszonego zbioru znów się nie przyda.

Aforyzm do walca

W magazynie osób mniejszych 13

Jeden z nas zesłańców z wyboru wracał do Polski tego samego tygodnia, w którym ja oczekiwałem na werdykt w sprawie kolejnego meandra na drodze życia. Tym sposobem, że jego naglił czas, a ja miałem go mnóstwo zwiedziliśmy Belfast oraz szczegółowo przeszukaliśmy większość okolicznych sklepów w poszukiwaniu redukcji cenowych. Belfast okazał się na tyle brzydki, aby każdemu przywołać na myśl Katowice. A raczej okolice dworca, bo więcej nie znaliśmy. Ostatnio słyszałem, że nie jest to najbrzydsze miasto na Śląsku. Podobno Zabrze wiedzie prym. Nie działa to jednak na mnie pocieszająco w żaden sposób. Zakupy to co innego… Polowanie na obniżki znów zakończyło się powodzeniem. No w czepku urodzony, jak nic. Co nie zmienia faktu, iż większość cen jakie widzieliśmy była absolutnie pozbawiona sensu dla przyjezdnych małych ludzi. Poza sklepowymi atrakcjami nie znaleźliśmy nic wartego choćby jednego zdjęcia. Nawet jeden samochód nie wyleciał w powietrze na znak niezadowolenia członków IRA, żadnych manifestacji, żadnych bojówek, żadnych łapanek, ale nudy. A tak mnie straszyli przed przyjazdem w te okolice… Wiedziałem, że to wszystko wroga propaganda!
Najdziwniejsza rzecz jaką zauważyłem to to, że niektóre przystanki mają obrócone w drugą stronę i nie chodzi mi o fakt, iż są nie po tej stronie ulicy co u nas, muszą więc być otwarte w druga stronę. One po prostu stoją plecami do ulicy. Takie przystanki bardzo dla przechodniów, bardziej niż gdzie indziej. Przynajmniej żaden samochód nie ochlapie wodą z kałuży czekających na przystanku. Właściwie nie powinno mieć to większego znaczenia zakładając prawdziwość opinii, jakie słyszałem na temat tutejszej komunikacji publicznej, która tak naprawdę nie jest wcale publiczna. Autobusy mianowicie zatrzymują się tylko na żądanie, albo kogoś z zewnątrz, albo wewnętrznego pasażera. To znaczy osobnicy z wewnątrz mają prawie absolutną szansę na zatrzymanie pojazdu, natomiast osobnicy z zewnątrz zdani są na łaskę kierowcy. Jeśli na poboczu stoi jeden człowieczek to niekoniecznie jest sens się zatrzymywać, a gdy stoi cała grupka ludzików, do tego nocną porą i wyglądają na przykład jak Polacy po pracy, czyli nie do końca zachęcająco, to zatrzymywać się nie trzeba przesadnie wcale. Szczęśliwie w Manchesterze nie zanotowałem jeszcze lęków wśród panów motorniczych. Opieszałość owszem. Kiedy autobus jest pełny to się nie zatrzymuje, nie jak w rodzimych busikach, gdzie nawet tlenu nie da się już wepchnąć, a społeczeństwo z oburzeniem kotłuje się pod sufitem emitując negatywną energie. Dziwić się, że w kraju tak łatwo o wypadek na drodze przy takiej skopanej aurze… Potem miliony są wydawane na akcje „stop wariatom drogowym”. A dług narodowy rośnie z każdą sekundą. Ciężko się w Polsce nie denerwować, nie tylko za kierownicą. Przecież tego się normalnie nie da znieść na trzeźwo!
Kolejna ciekawostka, w Belfaście nie mają czegoś takiego, jak zatoczki, aby autobus mógł się bezpiecznie zatrzymać nie tarasując całej jezdni. Oni mają wypustki, aby autobus tarasował dokładnie całą ulicę, a pasażerowie mieli jeszcze dalej niż zajmuje im droga niezbędna do okrążenia przystanku stojącego tyłem. Rozumiem, że Anglia stara się, jak tylko może, by być odmienną na tle reszty świata, ale nie powinna tego robić na tak szeroko zakrojoną skalę. I kto to mówi? Ja bez starań jestem najbardziej odstającym indywiduum wśród znanych mi pobratymców, tudzież innych ludzkich podajników.

 LINK DO CZĘŚCI 14

W magazynie osób mniejszych 12

Każdy z nas dzwonił do Polski lub wysyłał esemesy z pozdrowieniami z nad Atlantyku. Tak się rozpłynęliśmy pod wpływem tych przyjaznych warunków zapogodowania, że nie zwracaliśmy uwagi na upływający dzień o krótkim okresie nasłonecznienia, typowy dla przedostatniego miesiąca roku, a do naszego cudu mieliśmy jeszcze jakieś jedenaście kilometrów. Również na popas trzeba było zorganizować moment. Piknik był na skale, żeby nie było jak w filmie „Piknik pod wiszącą skałą”, gdyż straty w ludziach nie zostały przewidziane. Bankowo nie zdążylibyśmy przed zmrokiem, gdyby nie kolejny związek z mądrością ludową według której: głupi ma zawsze szczęście.
Szliśmy wzdłuż wybrzeża tak długo jak pozwalały na to klify. Później wdrapaliśmy się na nie, brnąc przez chaszcze czerwieniących się zarośli. Następnie wędrowaliśmy poboczem wzdłuż drogi na wschód od Portrush. Fotografowaliśmy dziwne twory skalne zawieszone nad urwiskami klifów, które równomiernie porastała soczyście zielona trawka. Dokładnie jak na irlandzkich pocztówkach. Przy pierwszych oznakach zachodzącego słońca minęliśmy ruiny zamku Dunluce. Rozognione słońce oświetliło stojące na sztorc i jakby zaostrzone zwieńczenia ścian, w których to widniały czarne oczodoły jako pozostałości po dawnych oknach. Zamek powstał w trzynastym wieku, a od stuleci uchodził za nawiedzony, od czasu kiedy jego część, łącznie z mieszkańcami, runęła do morza wraz z oberwanym pod nim klifem. Od tamtej pory mury pozostawiono same sobie, a raczej na łasce matki natury. I to chyba one jedynie mogły tam straszyć, gdyż duch zamku raczej był nam życzliwy, bo właśnie wtedy dopisało nam szczęście. Zatrzymał się samochód z bardzo miłym starszym panem, choć tu nie mają w zwyczaju praktykować łapania stopa. Oczywiście mnie przypadło udawanie fajnego i animowanie, reszta zasłaniała się brakami językowymi. Zazwyczaj wszyscy inni mają więcej do powiedzenia, ale w strategicznych chwilach, do walki wkraczają tajne siły milczących konfidentów. Cichociemni wszystkich krajów łączą się, aby dobyć ze swych trzewi myśl. Niektórzy do takich procesów używają mózgu, u mnie natomiast słowa niekoniecznie muszą współpracować z wcześniejszymi przemyśleniami. Syndrom telegrafistki, czyli byle duży słowotok. Na szczęście długo tak nie mogę. Pan kierowca stwierdził:
- Masz francuski akcent.
Jasne. I pewnie urodę Eskimosa oraz umaszczenie Indianina. To stuprocentowo przez tego ślimaka, którego zjadłem dwa lata temu całą gębą – jakby nie było we Francji. Natomiast kiedy byłem w Hiszpanii, dawno temu jako nastolatek, przypadkowe turystki zagadywały do mnie po ichniemu pytając o drogę… Mamo, kim ja jestem ?!
Po drodze pan kierowca opowiadał nam krótkie historyjki o mijanych miejscach a ja, nie bacząc na akcent, dzielnie opowiadałem mu, gdzie pracujemy i skąd jesteśmy. Na koniec zażartował, iż zawsze, gdy będzie otwierał puszkę fasolki będzie ciepło o nas myślał, jako o tych, którzy dźwigają ten angielski specjał. Ten niezastąpiony składnik tutejszych śniadań, zaraz obok tostów, sadzonych jaj, bekonu i wyjątkowo ohydnych kiełbasek. Z warzyw oszczędnie – zmiażdżone pomidory lub groszek, też zdruzgotany, oczywiście prościutko z puszeczki, absolutnie bez ociupinki soli, aby podnieść wielowymiarowość doznań. Bo sól jest nie wskazana. Zatrzymuje wodę w organizmie i potem człowiek lekko puchnie, następnie pulchnieje, by zrobić z siebie w ostateczności dorodnego pączusia z oponkami od stóp, przez wszystkie podbródki, do głów. Wszystko byłoby w porządku, nawet bez tej śmiercionośnej dla wyznawców zdrowia soli, gdyby którekolwiek z tu wymienionych dóbr smakowało należycie, ale niestety nie na tej wyspie. Tymczasem na wybrzeżu…
Niezależnie od wad mojej wymowy, dotarliśmy do samiutkiego celu, a to było najważniejsze. Udało się w ostatniej chwili, bo zachód słońca był kwestią jedynie kilkunastu minut. Pożegnaliśmy się z miłym panem kierowcą, dziękując wyjątkowo szczerze. I pognaliśmy do celu naszej wyprawy. Szkoda, bo ten jeden z siedmiu cudów natury chyba jest tym siódmym w kolejności. Albo na taką subiektywną ocenę wpływa moje wykształcenie geologa, który kamienie już widział wcześniej, albo wzburzony Atlantyk rozbijający się o strome klify oraz inne bogate w formy ostańce przyćmił u mnie swą nieobliczalną siłą żywiołu wrażenie cudu. Ładne miejsce. Warto zobaczyć przy dobrej pogodzie i braku pośpiechu. Szczególnie jeśli lubi się tłumy ludzi utrudniające życie fotografom. Piękne widoki. Oryginalne ukształtowanie terenu. Szalone morze. Ale „bez cudów”.
Cud jednak miał okazać się jeszcze niezmiernie pożądany na naszej dalszej drodze małego, domorosłego wędrowniczka. Wyprawa Drogą Gigantów okazała się trochę drogą szaleńców, ale żaden nie darł szat. Szkoda było drzeć. Zimno było. Problem pojawił się w trakcie powrotu. Słońce nam zaszło. Ostatni autobus do Portrush odjechał. Nikt na zabranie gapowicza nie dał się namówić po zmierzchu, tym bardziej dla czterech polsko wyglądających intruzów. Taksówki dawno przestały pracować o tej porze w niedzielę. Dzwonienie pod każdy z możliwych numerów z recepcji przydrożnej restauracji na nic się zdało. Maszerowaliśmy więc po ciemku nieoświetlonym poboczem, które o dziwo wyposażone było na całej długości jedenastu kilometrów w chodnik co nie zdarza się nawet w centrum dystrybucji, a co dopiero na takiej odludnej drodze z krowami rozstawionymi po bokach. Pomocne rozwiązanie i to bardzo. Trudno było nasz powrót nazwać marszem, były to raczej zawody w chodzeniu na czas, gdyż czas nie był po naszej stronie. Nie muszę nadmieniać, że innych wariatów na całej długości naszego marszu nie spotkaliśmy. Czułem się jak mały hobbit niosący wielki ciężar w ciemnej, mrocznej krainie. Droga nie miała końca. W ostatniej chwili zdążyliśmy na pociąg z Portrush do Antrim, na styk, po dwóch godzinach wyścigów. Humory mieliśmy przednie, jak i apetyty mimo zmęczenia narządów ruchu oraz napęcznienia ud, łydek i pośladków. Cóż takiego pracownicy fizyczni powinni robić w jedyny wolny dzień tygodnia? Umartwiać inne partie ciała niż na co dzień. Ale nie my… Za to dusze mieliśmy napojone pięknem, przynajmniej na jakiś czas dalszej pracy w Mordorze. Tak obrazowo nazwaliśmy nasz magazyn i nie była to na pewno inwencja własna. Dwa kolizyjne żywioły: potężny, wolny i wzburzony Atlantyk naprzeciw betonowego magazynu wykorzystującego ludzi, którzy się godzą na ten stan za najniższą stawkę. Najniższa stawka na rynku niestety odpowiada najwyższej stawce w życiu, rozłące. Dla mnie ta iluzja w pamięci miała starczyć na czas pozbawiony pracy. Okazał się nim być jeden bardzo długi tydzień, pełen świadomych iluzji.

LINK DO CZĘŚCI 13

W magazynie osób mniejszych 11

Cały tydzień obijałem się w tej małej irlandzkiej wiosce. Najprzyjemniejszy był fakt, że większość czasu obijałem się nieświadomie. Przypuszczałem, jak to się może skończyć, bo zawsze mam obcykane wszelkie możliwe opcje scenariusza, nie chciałem jednak rozwodzić się nad tym. Spędziłem ten czas bardzo miło, żeby nie powiedzieć błogo, wykorzystując możliwie najlepiej, w rozsądnej cenie, resztki czasu pozostawionego mi w Antrim. Jak wszyscy tubylcy oddałem się z pasją zakupom, choć w moim przypadku było to raczej polowanie na tanie ciuchy, a nie zakupy w ich rozumieniu. Zaopatrzyłem się na tyle, aby zaszczepić obawę o transport tego ciuchowego dobra. Cena dużo poniżej polskiej, była bezdyskusyjnie przekonywującym atutem. Tak łatwo dać się zwieść tej iluzji szczęścia. To dopiero inwestycja w szczęście na przyszłość, gdyż obecnie nawet nie mam gdzie chodzić w nowych rzeczach. Taka kwestia biznes planu z realizacją przewidzianą na kiedyś. Zastanawiam się, czemu ja się godzę na takie życie w zawieszeniu, do tego w niesprzyjających warunkach? Wiadomo, w ramach iluzji, że to poświęcenie własne pomoże mi odmienić przyszłość na lepsze. Bardziej jednak od zastanawiania się, czemu sobie na to pozwalam, przerażają mnie myśli, które przychodzą do głowy w tych raźniejszych momentach. Żeby może pomęczyć się tu zdecydowanie dłużej i przybliżyć w czasie tę domniemanie lepszą przyszłość zarobasa. To mnie napawa poważnym lękiem, bo z pewnością przeznaczenia świeżo wściekłej krowy na angielskiej farmie wiem, że mógłbym sobie zrobić i taką krzywdę. Nie mam jednak wewnętrznego pozwolenia na ponadplanowe straty życia. Te zaplanowane, to już nadmiar. Ponadto zdaję sobie doskonale sprawę, że przyszłość może być trudna do odmiany za pomocą pieniędzy. Na przykład w Polsce spętanej biurokratycznymi formularzami, każdy z zapotrzebowaniem na paletę znaczków skarbowych. Może nie udać mi się przebić. A jeśli już dorobię się willi z basenem, mercedesa i przybudówki z miejscem na kuca, co mi przyjdzie po bardziej komfortowym braku szczęścia?

Otumaniony beztroską, ewentualnie przeczuwający jakieś perturbacje w obszarze życia, zorganizowałem w najwcześniejszym możliwym terminie grupę szaleńców, która miała udać się nad północne wybrzeże by zobaczyć Atlantyk i jeden z siedmiu cudów natury, Drogę Gigantów. Jak na drwinę losu przystało, giganci także szukali alternatywnej drogi. Na ich plus działało, że byli duzi. Mieli ją zbudować z sześciobocznych kolumn bazaltowych wprost przez ocean. Niektóre źródła mówią o Grobli Giganta i jakoby był tylko jeden Gigant, budujący ową groblę do ukochanej. W każdym bądź razie kolumn jest ponoć trzydzieści siedem tysięcy, bo jakiś wariat, zapewne geolog, je policzył. Słupki chyba gigantom rozkradli, bo się nie udało.
- Skąd tam wtedy Polaków wzięli? – pomyślałem. Na szczęście, gdy sam szukam nowych dróg zazwyczaj tylko pakuje manatki do małego plecaczka. Pomijam kilkadziesiąt tysięcy słupeczków. Muszę popracować na większą spektakularnością działań.
Zgodnie z postanowieniem dopięliśmy celu. W cztery osoby udaliśmy się w nieznane na nieznanej ziemi w dążeniu zaznania jakichś wyższych emocji. Wznioślejszych niż te tradycyjnie spotykane w magazynie. Nie każdy urozmaica sobie życie, jak ja zderzając się z wózkami widłowymi. Już na początku nie wszystko poszło zgodnie z planem. Okazało się, że w niedzielę informacja na dworcu nie pracuje, z resztą prawie wszystko tutaj ma podobnie wolne. Jakby przynajmniej siódmy dzień tygodnia poświęcali na chadzanie do kościoła, co nie zdarza się przeciętnemu obywatelowi tego kraju. Na domiar nieciekawie złego wyszło na jaw, iż nie jesteśmy, tak inteligentni, jak Anglicy i nie umiemy czytać ich rozkładów jazdy, więc nie uda nam się pociągiem dostać w miejsce naszego chwilowego przeznaczenia. Dla chcącego nie ma jednak nic trudnego, tym bardziej dla szalonego chcącego. W związku z tą ludową mądrością, jako ludzie światowi – niekoniecznie wszyscy muszą wiedzieć, że wciąż na dorobku – wzięliśmy taksówkę, która to za troszkę kosmiczną cenę, jak dla przeciętnego Polaka, zawiozła nas do Portrush. Na szczęście koszty rozłożyły się na czterech i nie trzeba było oddawać się radykalnej ascezie po powrocie, ani sprzedawać organów zdatnych jeszcze do transplantacji. Przywitało nas zimne i wietrzne portowe miasteczko o niebo ładniejsze od jakiejkolwiek zabudowy w Antrim. Mnóstwo kolorowych, kilkupiętrowych, ciasno pozlepianych ze sobą domków i szeroka nadmorska promenada były upragnioną odmianą od żmudnej, towarowej codzienności. Do tego lekko wzburzony ocean przy słonecznej pogodzie stwarzający dogodne warunki do sesji zdjęciowej oraz surfingu. Nieodżałowana szkoda, bo zestawy małego surfera zostawiliśmy w domu. Normalnie zawsze je ze sobą wozimy, a tu nagle zapomnieliśmy i co? Od razu taka sposobność. Zazwyczaj właśnie surfuję w listopadzie razem z kolegami z klubu morsa. Chyba, że akurat są przerwy w dostawie internetu… No, ale trudno.

W magazynie osób mniejszych 9

Nigdy bym się nie spodziewał takiej szybkości w obrotach fortuny, gdybym nie znał własnego buńczucznego charakteru. Zazwyczaj to właśnie on przyśpieszał bieg wydarzeń. Zaogniał, ranił i porzucał, na zawsze. Czasem jednak los robi to za mnie i wtedy trzeba chwileczkę przystanąć i pomyśleć:
- Co właściwie dzieje się teraz ze mną? Wyjątkowo jakoś lubię te momenty, kiedy moje ego jest u steru i rozdaje karty, bo przecież ta partia, zwana życie, jest moja. Powinna być tylko i wyłącznie moja. Jakieś parę miesięcy temu wyszedłem o północy, jak kopciuszek z pierwszego i zarazem ostatniego dnia próbnego w niezmiernie ekskluzywnym hotelu, gdzie miałem zostać kelnerem bankietowym. Posada sługusa, jakby powiedziała większość. Nie ważne, to nie był pierwszy raz w takiej konfiguracji zawodowej. Istotne, że dla marki wiodącej prym w świecie hotelarstwa. Prestiż powinien był mnie zmotywować a ja byłem kompletnie „zdemotywowany”, jak mawiała jedna moja szefowa przy kolejnym opóźnieniu wypłaty i tak zaległej pensji. Całe sześciogodzinne przedstawienie, wyjątkowo nie w smak moim prywatnym wyobrażeniom rautu pod każdym względem, zakończyłem, o ironio po angielsku, wychodząc cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. Cały bankiet przypominał folwark zwierzęcy, jeżeli chodzi o konsumpcję, natomiast kelnerzy tam pracujący zachowywali się jak beznamiętni podawacze. Generalnie pasowali do ucztujących, głodzonych zapewne na długo wcześniej. Choć wątpię, aby uprzednio podróżowali z Gdańska do Krakowa pociągiem intercity o jednym maciupkim wafelku w pokaźnej cenie biletu, kiedy akurat zapomnieli doczepić swoistego wagonika z Warsem. Najwyraźniej do wagonów bydlęcych nie dołączają. Wymsknąłem się więc jakbym uciekał z balu, na którym byłem co najwyżej jednym z kocmołuchów. Niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się zbiec od nieopuszczającego mnie przeświadczenia, że nie powinienem skoro była szansa…
- Może nie z każdej szansy należy korzystać? Albo może z każdej, aby tylko sprawdzić, iż nie każda jest dla każdego stworzona? – pomyślałem. Cieszyłem się jak dziecko.
- Udało się, udało mi się uciec! Nikt mnie tam nie przetrzymywał, ale uciekłem. Umknąłem przed sobą. Od tamtego czasu rzadko czułem się taki wolny, a raczej wyzwolony spod własnego jarzma, które pod wpływem rzeczywistości, w jakiej żyć mi przyszło, nakazuje łapać każdy ochłap zsyłany przez wątpliwą opatrzność. Na łaskę losu również muszę zapracować własnoręcznie. Niekiedy nie mamy na tyle pewności co do wybryków naszej drogi lub wystarczającej siły w gąszczu zawahań, aby obalać świat plastikową łopatką bez mrugnięcia okiem. Wtedy gwiazdy tak się obracają dla nas swoim światłem, by bez naszej świadomej ingerencji odmienić pewne koleje losu na dość inne dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, kiedy sami boimy się odbłądzić własne życie zgodnie z tym, co nam wpojono, że wszystkim rządzi ktoś większy. Że nie mamy powodu się miotać, bo rzeczy i tak nie zależą od nas. Niezależnie co w tym wszystkim jest iluzją, jeśli ten większy mądrze rządzi i do tego zgodnie z moją bardzo wolną wolą, to ja nie mam przeciwwskazań.

Tym sposobem albo jakimś zbliżonym do tego, z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami, opuściłem mój dom na wyspie. Zmieniłem wyspę i przebywam obecnie w mieszkaniu. Dom na wyspie był w Antrim, koło Belfastu w Irlandii Północnej. Teraz od pięciu dni mieszkam prawie w absolutnym centrum Manchesteru. Na zakupy mam bliżej niż do pracy, a to nie jest dobra kombinacja biorąc pod uwagę, że jestem tu po to, po co zdecydowana większość. Gromadzić zaskórniaki na zaś, taki jest priorytet. Nie planuję się tu osiedlać póki co, więc nie ma czasu na zabajerowanie. Trzeba jednak brać poprawkę na przeskoki linii życia. Ponadto, mam za mało miejsca w walizce na wszystko, co mógłbym tu kupić w korzystnej cenie, więc nie mogę zostać zbyt długo. Okazja czyni konsumenta. Bardzo dobrze, nie można przecież mieć wszystkiego! To zupełnie tak, jak z jedną klientką, w czasie mojej pierwszej pracy w restauracji, która zadała mi standardowe pytanie:
- Co Pan poleca?
A ja jej na to zachowawczo i z wrodzoną przekorą:
- Wszystko, wszystko polecam tylko z różnym natężeniem.
Na to równie swawolna pani odpowiedziała mi z przekąsem:
- Wszystko choćbym niezmiernie chciała, to mi się nie zmieści.
Całkiem pomyślnie dla jej wątroby.

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon… Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą.

Agresywność względem betonu

Zwietrzelina promieni szukających błysku
natężeniem emisji próbująca nagryźć beton permutacji
według parametrów losu stwardniałe klepisko
matowy połysk lakieru na karoserii
lub jak mówią fachowcy od zimnego łokcia
tuż po analizie widma
brak połysku
agresywność względem betonu wiązki światła
szukającej kontaktu w snopach i odbicia
szara breja impulsów fotonowych utwardzona dechą
dwuwymiarowa zależność ciągła śladów bieżnika
na drodze kół fortuny z monster truck’a
pochłaniacz refleksów o częstotliwości blasku
ciało doskonale czarne
niczego nie wypuszcza.

Udające martwe

Cisza nabyta na drodze dobrego i złego
jej słowa leżą na brzegu morza
pozostawione przez wszystkie odpływy
zapaści w sobie
obok umierają sowy
trochę rozmrożone
udające martwe
jeszcze wierzą w kolejny przypływ zubożałej jaźni
i że będzie to dla nich coś znaczyć.

 

MYŚL PIERWOTNA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Choler Advert Part 1


LINK DO KOLEJNEJ REKLAMY

Filmik zajął I miejsce w konkursie na wizualną reklamę bloga. Organizatorem turnieju była witryna systemów reklamowych AdTaily. Konkurs przeznaczony był dla użytkowników serwisu blog.pl i miał na celu szersze wypromowanie blogosfery. AdTaily obecnie nosi nazwę Yieldbird.

Bardziej niż byle

Nigdy nie byłem na lepszej drodze
myślę o tych rzeczach widywanych na filmach
zapisanych na kartach bajek
miliony chybionych ludzkich razy
nie godnych do tej pory istnieć
godnych bardziej niż byle pokątnych marzeń
myślę o słowach: na zawsze i na pewno
magii tego wszechświata we mnie
sensie teorii równania falowego czasu
spuściźnie uzbrojonych nagich bachorów
eliksirach afektu i antydepresantach
bo satysfakcji nie czuję.

Biogram i bibliografia

403aa

Piotr Kasperowicz, rocznik 1978. Debiutował pod koniec lat 90. Zamieszkuje w Krakowie. Absolwent nobliwej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie w zakresie Geologii Złóż
i Geochemii Środowiska. Poeta, prozaik, aforysta, krytyk, felietonista. Od roku 2012 roku redaktor działu poezji wydawnictwa Lost & Found prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się także grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej.
Nonkonformista flirtujący z mainstreamem. W swojej twórczości słynie z bycia w nieustającej opozycji do braku wartości. Jaskrawo wytyka ludzkie ograniczenia. Musztruje przywary. Odrywa lukier z poezji pięknej. Słowa zmienia w amunicje. Emocje rozkłada na czynniki pierwsze. Szydzi z hipokryzji.

 

Działalność twórcza:

2000: cykl zeszytów poetyckich „Virus” – Wydawnictwo Domowe

2001: tomik wierszy „Nienawiść” – Wydawnictwo Domowe (zawierało płytę z autorskimi remixami elektronicznymi „Synthetic tracks: 11”)

2002: tomik wierszy „Oczy ery techno” – Wydawnictwo Domowe

2002: druk poezji w łódzkich „Zeszytach Poetyckich Dike” w numerze 6, wersja cyfrowa do pobrania tutaj

2003: I miejsce w internetowym konkursie witryny Tawerna na wiersz roku za utwór „Boczny obserwator”

2003: publikacja w internetowym miesięczniku kultury popularnej ze wskazaniem na fantastykę Esensja opowiadania „O jedno niebo więcej”

2003: druk poezji w łódzkich „Zeszytach Poetyckich Dike” w numerze 7, wersja cyfrowa do pobrania tutaj

2003: tomik wierszy „O jedno niebo więcej” – Wydawnictwo Domowe

2003: druk poezji w magazynie artystycznym „Konstelacja Cienia” w numerze 13, wersja cyfrowa do pobrania tutaj

2006: członek łódzkiego „Stowarzyszenia Promocji Kultury Alchemia”

2009: publikacja cyklu opowiadań emigracyjnych „W magazynie osób mniejszych” (tytuł pierwotny Ego) w dwujęzycznym portalu promującym Polsko-Amerykańską kulturę i styl życia - Polish News

2010: I miejsce w konkursie na wizualną reklamę bloga. Konkurs organizowany przez witrynę AdTaily (obecnie Yieldbird) dla użytkowników serwisu blog.pl.

2011: współpraca w temacie zdjęć i felietonów z portalem Fakty Turystyczne

2012: redaktor działu poezji wydawnictwa Lost & Found prezentującego sztukę i kulturę, link do strony fanów n facebook’u

2013: tomik wierszy „Łoskot Drogi Mlecznej” – Wydawnictwo Miniatura

2014: publikacja opowiadania „Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego” w portalach Sztukater oraz Desperat-Zine

2014: publikacja poezji na stronie Desperat-Zine oraz opowiadań „O jedno niebo więcej” i „Narodziny”

2015: publikacja poezji na w pełni niezależnej stronie Się Myśli

2015: tomik wierszy „Poezja pękła (w zamrażarce)”, bogato ilustrowany zdjęciami autora – Wydawnictwo Miniatura,

2015: publikacja opowiadania „Noc żywych trupów” na stronie Desperat-Zine

2016: publikacja poezji w specjalnej, europejskiej edycji Our Poetry Archive

2017: publikacja poezji na stronie Democracy is OK

 

Napisali o nim:

Osobliwa lektura, autor pisze bardzo inaczej niż inni. Bez wątpienia z takim językiem i tonacją poezji jeszcze się nie spotkałem. Są to wiersze całkowicie „odliryzowane”, a więc niepodobne do tych wszystkich, z jakimi na ogół mamy do czynienia. Dużo tu dyskursu i myślenia. Leszek Żuliński

Sztuka mówienia o rzeczywistości zawsze jest naznaczona naszą subiektywną sumą doświadczeń. W przypadku tych wierszy, czuję podskórnie, że autor wznosi się wyżej, ponad tzw. oczywistość, dając nam do zrozumienia, iż z wysokości widać lepiej i zwiększa się szansa na szeroko rozumianą obiektywność. Jacek Masłowski

„Nieustający kurs kolizyjny” […]. Piotr Kasperowicz wie co pisze. Konstruując zawiłe kompozycje słowne może nieco odstraszać egzaltacją, powszechnie stosowaną hiperbolą, ale jednak przykuwa uwagę. Literacka Kanciapa

Gdy sięgałam po wiersze Piotra Kasperowicza przełączałam się na tryb matematyczno – duchowy, mażąc tu i ówdzie ołówkowe uwagi na marginesach. Każdy wiersz jest inną historią, w której znajdziemy  sporą dawkę cynizmu, ironii, smutku, bywa też brutalnie, gdyż prawda ukazana przez autora ma to do siebie, że potrafi ranić. Każdy z wierszy to także wyprawa na nieznane lądy, kosmiczne planety, to też groźna cela naszej uwagi, pochłaniacz czasu na długie godziny intensywnego, acz nie wymuszonego, a pobudzonego myślenia. Wyrażone Słowami

Język, którym posługuje się Piotr Kasperowicz zbudowany się z dość specyficznych metafor, alegorii, eufonii, obrazowych ekwiwalentów emocji, onomatopei, echolalii, neologizmów, paraboli, elips i asonansów przefiltrowanych przez osobowość autora. Łucja Lange

Niełatwo jest przejść przez gęsto zabudowane nośnym słowem wersy. Żadnych przerw, wyjaśnień, łączników. W mocno metalicznym i skondensowanym konstrukcyjnie świecie szukam pointy i mocnych przeżyć. Są. Znajduję. Ale jakże ukryte w misternej tkaninie wyobraźni. Zdzisława Górska

Prezentowany w audycji radiowej Literamuz

Wywiad z Piotrem Kasperowiczem w Lost & Found

 

Kontakt do autora:

kasperl[at]tlen.pl

Życie spakowane w pudełka

Dla świata martwota
na okoliczność bycia dzieckiem
przynależność do czegokolwiek
według własnego sposobu postrzegania
poza systematyką machiny biurokracji
na uboczu świadczeń gwarantowanych
ale i bez możliwości przejęcia władzy
własny świat politycznie nieskorumpowany
spragniony kartonowymi wyobrażeniami
dążący do uzupełnień w epilogu wiadomości
oczekujący na drodze poszukiwań
zakończenia pracowniczych alokacji
w schemacie zależności szkoleń z człowieczeństwa
życie spakowane w pudełka
przy niezmiennej monotonii zmiany.