Bachory humorów

Przyswajalność surowo wzbroniona
bachory twoich humorów w odstawce
zobaczymy jak przetrwają
w konfrontacji z suchym lodem
na każdym calu wylewności zapory
próg przekroczeń skrupulatnie narasta
spiętrzonego gniewu
w formie obronnej pancerne batalie
myślisz że zdołasz stan wojenny udźwignąć
przypływem umysłu
duma nie idzie w parze z winą
czas zaognia przemilczane opinie
oczekiwanie pokoju zniweczy upór
w chłodu obrębie
zmrożone urny na równi z biernością
wzajemna niechęć przerysuje boleśnie
arogancko w podłej hardości
przyrodnio braterskim gestem
bezsilność nie do poskromienia i szrama
wobec własnego podobieństwa
z odrobiną większego wyrachowania.

W progach startowych

Energetyczny

Nowy rozkład siły
energetyczne powinowactwo odszczepionych mas
zasymilowani w centrum multiplikowanych stoisk handlowych
torem pozornego szczęścia
nieodwracalność reakcji na samotność zadawaną tłumem
w załamanym świetle jarzeniówek energetyczne wychwycenie fali środka
obiektów dryfujących niezależnie
trwałość wiązań warunkuje czas.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Wieczność w obozie oczekiwań

Wieczność w zbiorze oczekiwań
bezkształt przedmiotów uczuć
umiarkowany zdarzeń odległością
niepoliczony krąg nagłych płomieni
chwilowym paleniskiem obrócony ku środku
kolczasta linia gasząca fragmenty
wieczności w obozie oczekiwań
kiedy ja nie mam tyle czasu.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Motłoch flory bakteryjnej

Zaplute karły reakcji swego czasu
wyklęci bezterminowo również obecnie
obecni w zakamuflowanej opcji niemieckiej
lub jakiejś innej gejowskiej
w dozwoleniach odgórnych i dobrze widzianych prawidłach
wolność tak szybko się zapomina
bez paralizatora
odwilż o niewłaściwej porze roku

korporacyjni konfidenci
szykany na drodze śmieciowej umowy
doskonale wykształceni nieudacznicy własnych możliwości
najlepiej wykwalifikowani kandydaci na więźniów wartości
obecnie skuleni na bezrobociu
żałosna godność nierozpędzonych życiorysów
bez perspektyw wobec pokolenia kochającego głównie siebie
przy braku kompetencji nepotyzmu

jeśli reprezentujesz mniejszości posiadania uczuć wyższych
na wszelki wypadek niczego nie podpisuj
przebojowi narodowcy wysoko skaczą
wykazując duże powinowactwo do życia
niewiele szerszego niż motłoch flory bakteryjnej
ograniczenia pochodzenia wewnętrznego
ciasno upakowane w grupy
inteligencja rozproszonego zbioru znów się nie przyda.

Pod obiciem rogówki

Kim ty jesteś skoro cię nie ma
zatruciem życia na powierzchni komórki
jadzącą się raną z tych które zadaje się tylko raz
bólem fantomowym po stracie kończyny
topografią młodocianych marzeń zabójczą jak Himalaje
uskokiem kontynentalnym serca w geologicznym czasie świata
elementarzem do nauki widzenia w słońcu pisanym nieznanym językiem
zaćmą pod obiciem rogówki u tapicera pomyślności
boleścią niewidomego w punkcie widokowym
niemym świadkiem ludobójstwa na konferencji prasowej
powtarzalnością uroku ciemności utrwaloną najdłużej bez powielacza
kim ty jesteś że tak umiesz.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

11 000


Prawda minorowa wszystkich nielotów
powłóczące skrzydła
jedenaście tysięcy judejskich aniołów
beton depresja
i zdarta biel
miłość dziwacznie zbłąkana
bezkres przestrzeni dla planet
wir
pióra farbowane popiołem
beton zwątpienie
i kosmos na ołtarzu nieba
garb czas
pogarda brud
żmudnie zaszyfrowany raj
zbawienna pieśń otuchy
niepokalana przez świętość
zbrukana zaniechaniem
jedenaście tysięcy judejskich aniołów
beton obcość
i uderzenia o własnych synagog
samotność.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”

Aforyzm wsobny

10 LAT (jeden aforyzm)

W magazynie osób mniejszych 13

Jeden z nas zesłańców z wyboru wracał do Polski tego samego tygodnia, w którym ja oczekiwałem na werdykt w sprawie kolejnego meandra na drodze życia. Tym sposobem, że jego naglił czas, a ja miałem go mnóstwo zwiedziliśmy Belfast oraz szczegółowo przeszukaliśmy większość okolicznych sklepów w poszukiwaniu redukcji cenowych. Belfast okazał się na tyle brzydki, aby każdemu przywołać na myśl Katowice. A raczej okolice dworca, bo więcej nie znaliśmy. Ostatnio słyszałem, że nie jest to najbrzydsze miasto na Śląsku. Podobno Zabrze wiedzie prym. Nie działa to jednak na mnie pocieszająco w żaden sposób. Zakupy to co innego… Polowanie na obniżki znów zakończyło się powodzeniem. No w czepku urodzony, jak nic. Co nie zmienia faktu, iż większość cen jakie widzieliśmy była absolutnie pozbawiona sensu dla przyjezdnych małych ludzi. Poza sklepowymi atrakcjami nie znaleźliśmy nic wartego choćby jednego zdjęcia. Nawet jeden samochód nie wyleciał w powietrze na znak niezadowolenia członków IRA, żadnych manifestacji, żadnych bojówek, żadnych łapanek, ale nudy. A tak mnie straszyli przed przyjazdem w te okolice… Wiedziałem, że to wszystko wroga propaganda!
Najdziwniejsza rzecz jaką zauważyłem to to, że niektóre przystanki mają obrócone w drugą stronę i nie chodzi mi o fakt, iż są nie po tej stronie ulicy co u nas, muszą więc być otwarte w druga stronę. One po prostu stoją plecami do ulicy. Takie przystanki bardzo dla przechodniów, bardziej niż gdzie indziej. Przynajmniej żaden samochód nie ochlapie wodą z kałuży czekających na przystanku. Właściwie nie powinno mieć to większego znaczenia zakładając prawdziwość opinii, jakie słyszałem na temat tutejszej komunikacji publicznej, która tak naprawdę nie jest wcale publiczna. Autobusy mianowicie zatrzymują się tylko na żądanie, albo kogoś z zewnątrz, albo wewnętrznego pasażera. To znaczy osobnicy z wewnątrz mają prawie absolutną szansę na zatrzymanie pojazdu, natomiast osobnicy z zewnątrz zdani są na łaskę kierowcy. Jeśli na poboczu stoi jeden człowieczek to niekoniecznie jest sens się zatrzymywać, a gdy stoi cała grupka ludzików, do tego nocną porą i wyglądają na przykład jak Polacy po pracy, czyli nie do końca zachęcająco, to zatrzymywać się nie trzeba przesadnie wcale. Szczęśliwie w Manchesterze nie zanotowałem jeszcze lęków wśród panów motorniczych. Opieszałość owszem. Kiedy autobus jest pełny to się nie zatrzymuje, nie jak w rodzimych busikach, gdzie nawet tlenu nie da się już wepchnąć, a społeczeństwo z oburzeniem kotłuje się pod sufitem emitując negatywną energie. Dziwić się, że w kraju tak łatwo o wypadek na drodze przy takiej skopanej aurze… Potem miliony są wydawane na akcje „stop wariatom drogowym”. A dług narodowy rośnie z każdą sekundą. Ciężko się w Polsce nie denerwować, nie tylko za kierownicą. Przecież tego się normalnie nie da znieść na trzeźwo!
Kolejna ciekawostka, w Belfaście nie mają czegoś takiego, jak zatoczki, aby autobus mógł się bezpiecznie zatrzymać nie tarasując całej jezdni. Oni mają wypustki, aby autobus tarasował dokładnie całą ulicę, a pasażerowie mieli jeszcze dalej niż zajmuje im droga niezbędna do okrążenia przystanku stojącego tyłem. Rozumiem, że Anglia stara się, jak tylko może, by być odmienną na tle reszty świata, ale nie powinna tego robić na tak szeroko zakrojoną skalę. I kto to mówi? Ja bez starań jestem najbardziej odstającym indywiduum wśród znanych mi pobratymców, tudzież innych ludzkich podajników.

 LINK DO CZĘŚCI 14

W magazynie osób mniejszych 11

Cały tydzień obijałem się w tej małej irlandzkiej wiosce. Najprzyjemniejszy był fakt, że większość czasu obijałem się nieświadomie. Przypuszczałem, jak to się może skończyć, bo zawsze mam obcykane wszelkie możliwe opcje scenariusza, nie chciałem jednak rozwodzić się nad tym. Spędziłem ten czas bardzo miło, żeby nie powiedzieć błogo, wykorzystując możliwie najlepiej, w rozsądnej cenie, resztki czasu pozostawionego mi w Antrim. Jak wszyscy tubylcy oddałem się z pasją zakupom, choć w moim przypadku było to raczej polowanie na tanie ciuchy, a nie zakupy w ich rozumieniu. Zaopatrzyłem się na tyle, aby zaszczepić obawę o transport tego ciuchowego dobra. Cena dużo poniżej polskiej, była bezdyskusyjnie przekonywującym atutem. Tak łatwo dać się zwieść tej iluzji szczęścia. To dopiero inwestycja w szczęście na przyszłość, gdyż obecnie nawet nie mam gdzie chodzić w nowych rzeczach. Taka kwestia biznes planu z realizacją przewidzianą na kiedyś. Zastanawiam się, czemu ja się godzę na takie życie w zawieszeniu, do tego w niesprzyjających warunkach? Wiadomo, w ramach iluzji, że to poświęcenie własne pomoże mi odmienić przyszłość na lepsze. Bardziej jednak od zastanawiania się, czemu sobie na to pozwalam, przerażają mnie myśli, które przychodzą do głowy w tych raźniejszych momentach. Żeby może pomęczyć się tu zdecydowanie dłużej i przybliżyć w czasie tę domniemanie lepszą przyszłość zarobasa. To mnie napawa poważnym lękiem, bo z pewnością przeznaczenia świeżo wściekłej krowy na angielskiej farmie wiem, że mógłbym sobie zrobić i taką krzywdę. Nie mam jednak wewnętrznego pozwolenia na ponadplanowe straty życia. Te zaplanowane, to już nadmiar. Ponadto zdaję sobie doskonale sprawę, że przyszłość może być trudna do odmiany za pomocą pieniędzy. Na przykład w Polsce spętanej biurokratycznymi formularzami, każdy z zapotrzebowaniem na paletę znaczków skarbowych. Może nie udać mi się przebić. A jeśli już dorobię się willi z basenem, mercedesa i przybudówki z miejscem na kuca, co mi przyjdzie po bardziej komfortowym braku szczęścia?

Otumaniony beztroską, ewentualnie przeczuwający jakieś perturbacje w obszarze życia, zorganizowałem w najwcześniejszym możliwym terminie grupę szaleńców, która miała udać się nad północne wybrzeże by zobaczyć Atlantyk i jeden z siedmiu cudów natury, Drogę Gigantów. Jak na drwinę losu przystało, giganci także szukali alternatywnej drogi. Na ich plus działało, że byli duzi. Mieli ją zbudować z sześciobocznych kolumn bazaltowych wprost przez ocean. Niektóre źródła mówią o Grobli Giganta i jakoby był tylko jeden Gigant, budujący ową groblę do ukochanej. W każdym bądź razie kolumn jest ponoć trzydzieści siedem tysięcy, bo jakiś wariat, zapewne geolog, je policzył. Słupki chyba gigantom rozkradli, bo się nie udało.
- Skąd tam wtedy Polaków wzięli? – pomyślałem. Na szczęście, gdy sam szukam nowych dróg zazwyczaj tylko pakuje manatki do małego plecaczka. Pomijam kilkadziesiąt tysięcy słupeczków. Muszę popracować na większą spektakularnością działań.
Zgodnie z postanowieniem dopięliśmy celu. W cztery osoby udaliśmy się w nieznane na nieznanej ziemi w dążeniu zaznania jakichś wyższych emocji. Wznioślejszych niż te tradycyjnie spotykane w magazynie. Nie każdy urozmaica sobie życie, jak ja zderzając się z wózkami widłowymi. Już na początku nie wszystko poszło zgodnie z planem. Okazało się, że w niedzielę informacja na dworcu nie pracuje, z resztą prawie wszystko tutaj ma podobnie wolne. Jakby przynajmniej siódmy dzień tygodnia poświęcali na chadzanie do kościoła, co nie zdarza się przeciętnemu obywatelowi tego kraju. Na domiar nieciekawie złego wyszło na jaw, iż nie jesteśmy, tak inteligentni, jak Anglicy i nie umiemy czytać ich rozkładów jazdy, więc nie uda nam się pociągiem dostać w miejsce naszego chwilowego przeznaczenia. Dla chcącego nie ma jednak nic trudnego, tym bardziej dla szalonego chcącego. W związku z tą ludową mądrością, jako ludzie światowi – niekoniecznie wszyscy muszą wiedzieć, że wciąż na dorobku – wzięliśmy taksówkę, która to za troszkę kosmiczną cenę, jak dla przeciętnego Polaka, zawiozła nas do Portrush. Na szczęście koszty rozłożyły się na czterech i nie trzeba było oddawać się radykalnej ascezie po powrocie, ani sprzedawać organów zdatnych jeszcze do transplantacji. Przywitało nas zimne i wietrzne portowe miasteczko o niebo ładniejsze od jakiejkolwiek zabudowy w Antrim. Mnóstwo kolorowych, kilkupiętrowych, ciasno pozlepianych ze sobą domków i szeroka nadmorska promenada były upragnioną odmianą od żmudnej, towarowej codzienności. Do tego lekko wzburzony ocean przy słonecznej pogodzie stwarzający dogodne warunki do sesji zdjęciowej oraz surfingu. Nieodżałowana szkoda, bo zestawy małego surfera zostawiliśmy w domu. Normalnie zawsze je ze sobą wozimy, a tu nagle zapomnieliśmy i co? Od razu taka sposobność. Zazwyczaj właśnie surfuję w listopadzie razem z kolegami z klubu morsa. Chyba, że akurat są przerwy w dostawie internetu… No, ale trudno.

W magazynie osób mniejszych 7

Gdy pierwszy raz skosztowałem tutejszego jedzenia w kantynie pracowniczej doznałem szoku. Zaznaczę, że kantyna jest pokaźnych rozmiarów. Jest w pełni oblegana ludzko i to na kilka zmian, bo na raz wszystkich by nie wykarmiła. W zapachu jest typowa, jak bar szybkiej obsługi, gdzie smród oleju miesza się z oparami jedzenia. Pomalowano ją na żwawe kolory, które kontrastują z burymi ubraniami magazynierów. Obsługa jest nijaka, dopasowana do tego co serwują. Smaku poza cukrem nie stwierdzono. Trociny z cukrem smażone na głębokim oleju. Przypraw generalnie brak. Słodzą tu wszystko. A jak coś ciepłe i posłodzone – uznają to za nadające się do spożycia. Tylko czy podgrzane warzywa, zazwyczaj jednego gatunku, wylane z puszki razem z bezsolną zalewą można nazwać dodatkiem do obiadu? Pewnie by można, gdyby owe warzywa miały swój pierwotny smak. Albo chociaż połowiczny. Wszystko okazuje się tu mało smakowe. Ich produkty żywieniowe nie są pośredniej jakości, one są całkowicie poślednie. Nazwałbym je produktami połowicznego rozkładu. Radioaktywności niestety nie mam czym zmierzyć.
Ale Irlandia jest pełna sprzeczności, bo można dostać kuriozalnie tanie i wyjątkowo smaczne jogurty. Gdybym przyjechał tu pracować jako modelka, pewnie nie musiałbym jeść niczego innego, no ale jak długo fizyczny pociągnie na takiej diecie? W dodatku przy takiej ruchliwej pracy ciągle chce się pić, a przyzwoita woda mineralna jest tu droga. A każda szanująca się modelka pamięta o codziennym wypłukiwaniu z organizmu toksyn za pomocą takiej właśnie wody zaopatrzonej w listek mięty, który ma odświeżać. Skąd ja tu wezmę mięte? Znalezienie tak wyszukanych przypraw jak majeranek zakrawa o firmament. Niezależnie od wyszukiwarki i ceny produktu.
Szok mnie wzmocnił – postanowiłem, że choćby nie wiem co, nie zamierzam żywić się tak jak tubylcy i będę gotował na własną rękę. Dobrze, że mam w tym doświadczenie i trochę praktyki, mogłem więc sobie pozwolić na takie śmiałe rezolucje. No ale przecież piec samemu chleb to bez sensu – jak myślałem – próbowałem więc przyzwyczaić się do tutejszego. Bezskutecznie. Taki, co wygląda na dobry, kosztuje minimum trzy raz tyle, ile jest wart. Chleb w przystępnej cenie, zawsze jest chlebem tostowym. Ten natomiast najlepiej smakuje na ciepło i jest prawie całkowicie sztuczny co do składu.
Posiłek jednego z moich współmieszkańców wygląda tak: rozpuszczająca się polska konserwa na ciepłym tutejszym chlebku z tostera. Pod konserwą zdążył się już rozpuścić posmak produktu margarynowego. Posmak, bo oszczędzać trzeba, jest przecież wojna, głód, a my tu na robotach przymusowych. Całość tej potrawy na gorąco należy zalać obficie ketchupem, pewnie po to, żeby mniej śmierdziała. Gdy na to patrzę, czuje się jak niemowlę, któremu bułka przylgnęła do podniebienia akurat wtedy, kiedy zaczęło mu się ulewać. Tak wiem, nie powinno się karmić niemowląt bułkami. Tym bardziej miejscowymi.
Dlatego jednak chlebki piekę sobie sam, a dzieci nie planuję. Według jednego z naszych mądrych w rządzie, posiadanie dużej ilości dzieci jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie przyzwoitego bytu na emeryturze, bo na opłacany całe życie ZUS nie ma co liczyć. A pewnie, teraz nasze starzejące się społeczeństwo zacznie rodzić dzieci – niechby choć jedno z miotu dobrze ustawiło się w życiu, a reszta trzódki na emigrację. Niestety niezależnie od płodności narodu mój rocznik już jest ugotowany.
Właśnie, dlaczego napisałem „ugotowany”, a nie na przykład „załatwiony”? Wcale nie dlatego, że zwrot „mieć przejebane” byłby nie na miejscu. To z powodu tego, że wszystkie moje myśli krążą teraz wokół gotowania. Ostatnio w gazetce pracowniczej przeczytałem artykuł na temat objawień raka w Irlandii. Wynikało z niego, że planują u co trzeciej osoby stwierdzić jakiś rodzaj nowotworu w jakimś stadium. „Fantastycznie” – pomyślałem, przełykając na stołówce kawał obiadu. Tak, przyznaję, głód wygrał z moją niezłomnością i skusiłem się zjeść coś rakotwórczego. Jednak albo zmienili kucharza, albo po miesiącu już się zmutowałem i tutejsze specjały jakby nawet nieśmiało mi smakują bez specjalnych konwulsji podniebiennych. A może gdy pracownik fizyczny potrzebuje żreć, nic go nie powstrzyma. Już się boję, jaki drastyczny gwałt nastąpi na moich kubkach smakowych, gdy wrócę do Polski.
Ale wracając do raka. Jak ma nie być nowotworów, biorąc pod uwagę stopień przetworzenia tutejszych produktów. Mleko czuć plastikiem, jajka podśmierdują nie wiadomo czym, warzywa nieudolnie poszukują jakiegoś konkretniejszego wyrazu postaci smaku lub zapachu. Atrybuty typowe dla reprezentowanego gatunku straciły swoją indywidualność. Większość potraw gotowa, tylko do przygrzania w emiterze smaku, czyli mikrofali. Najtaniej życie wychodzi w puszkach albo mrożone. Naturalnie trudno to jeść, ale jaka oszczędność czasu! Zostaje więcej na kolejną (po zakupach) tutejszą atrakcję, czyli telewizor i zjedzenie czterech kilogramów chipsów octowych dziennie. Mówią, że w Polsce ziemniaki są podstawą żywienia… Ciekawe czy wyspiarze znają też zastosowania denaturatu…

LINK DO CZĘŚCI 8

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon… Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą.

Wraki

Wraki ludzkich dusz stojące po środku własnych zarośli
przeszłość obrośnięta pnączami zakorzeniona do wnętrza kości
czasem ktoś odholuje wrak.

Sezon ogórkowy

Blanszowane podroby
w nieustającym sezonie ogórkowym dla uczuć
miłość bez nadzienia
emulgowana na jakiś czas
do nieroznieconych uczuć
najlepszy jest miotacz płomieni
powody stanów zapalnych organizmu
pokonaj paracetamolem
a jeśli nikt nie wyruszył na ratunek
wekowanie odłóż na przyszły sezon.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Z rynsztunkiem pod ołtarz

Panowie
tutaj z tym industrialem
z rynsztunkiem pod ołtarz
ofiar naiwnego dzieciństwa
spędzonego na wysyłaniu próśb do nieba
w kopertach bez miejsca na adresata
małe przeoczone znaki
zurbanizowane doświadczeniem
próbują wracać z przeszłości
jak zabłąkane w czasach wojen listy
niezależnie od aktów teizmu
chcą się uteraźniejsić
rzucić w bielejące oczy
wobec ostrzegawczych wiadomości
na tle sygnałów wielkiego miasta
pod ostrzałem manipulacji
hipokryzja dodana do wody pitnej
lemniskata historii w oparach absurdu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Gnojak

Dzisiaj u źródła wiecznego szczęścia zamiast neonu aplauz
nieustannie wyświetlał się napis martwy
podczas spaceru w spalinach miasta
wzdłuż Wisły wyniosłej aż do poziomu alarmowego
unosił się intensywny fetor
niebo siniało nieobłożone surowym mięsem
a uruchomione odchody wzbierały na wałach
niedorosły żuczek oasfaltowany autostradą dla tirów
ogrodzony poboczem zadeptanym przez tirówki w mega szpilkach
biegł chaotycznie tego dnia przez cmentarne pole minowe
gołodupców kierował do punktów lotto
od czasu do czasu dokładnie nitkował zęby
i dzielnie pracował nad gnojową kulką
by pochować ją jako spiżarkę koło toy toya.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Owocopodobne

Po owocach chciałem się poznać
niezmiennie obracają się w niwecz
turlają do punktu wyjścia
przekręconego drogowskazu
na pętli czasu
wokół gwintu
owocopodobne trwanie w słoiku
niedokręconym
by dawał złudzenie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Ostatnia próbka młodości

Obserwuję niebo
na połoninie własnego bytu dziko rosnąca młodość
która nie przychodzi łatwo
bo to już ostatnia próbka młodości
zaśniedziała amnezją chryzografia
w magazynie domu starców dla anachronicznych bogów
co odzyskują miłość z obozów
składowaną bezbożnie płótnem do dołu
i transportują barkami wzdłuż styksu
rozciągłości biegu zazdrości matka natura
jednokolorowe zdjęcia wielu zapomnianych miejsc
gliną zlepione matryce skaz
krwawe strzępy całunu szarpane zrywem ognia
wypalone ziarna pszenicy i srebra
nektar życia miażdżony duchowym głodem nie rozciągnie warg
podniebne wojaże w błękicie niweczy ziemski plan
i czas przebywający krótsze dystanse
przeszłość uwikłana w pamięci okruchy
żeby tylko starczyło siły do jutra.

LINK DO SKRÓCONEJ WERSJI

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Otwory

Wsparci przeszłością
nie dającą wsparcia
demonizujemy czas rzeczywisty
mogąc rzeczywiście oszaleć
testowani otwartymi sprawami
sprawiamy w zamknięciu nowe otwory
niby doszczętnie spalone mosty
wciąż płoną na całej długości
budując kolejną nieruchomość
burzymy koleje źle wytrawionych kości
pamięć nie obraca się w niwecz
a niwecz lubi powracać ze złością.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Eksterytorialni

Upłynęło wiele naszych wód
obecnie eksterytorialnych
nie stało się z nami nic
nic zgoła dobrego
jeśli czas zatrzymuje się chwilami
to stoi najczęściej po nic
porozmieniani na drobniejsze
z braku grubych nominałów wartości
przy coraz niższych kredytach zaufania
i coraz wyższych ubezpieczeniach ryzyka wiary
prognozy wskazują na niże
pomylić się mogą najwyżej
a nam nie wolno
z tych zjawisk którym wszystko można
niektóre tylko raz.