Śniegowa kula zgadula

Ciało o obniżonej ciepłocie z impetem wprawione w ruch
niepokojąco przyrasta od brzeżków jak śniegowa kula zgadula
nigdy nie wiadomo kiedy dokona masakry w odpowiedzi
zazwyczaj po bruzdkowaniu wraca podrosła krasula blastula.

Obłudnice i topielice

Obłudnice i topielice inspirowane przeinaczeniem
trucizną w ciele wróżki uwalanej fekaliami wroga
odczuwaniem deficytów w obrębie elementów żądła
zarzynają paciorki inwazyjnie żrącymi krawędziami monet.

Honorowe żelki z gliny dumnie pokryte wydzieliną godności

Żelujesz na ciele włos oślizgłością
idealne gruczoły wydzielają znakomicie
bez pamięci narażonej na szwank o możliwej łatwości
poślizgu honoru na własnej wylince

depczesz człowiecze powietrze bieżnikiem
zamontowano najnowszy z antyludzkim przeciw poślizgiem
musi zawodzić modna wartość z żurnalu
w poczuciu doskonałości na nogach glinianych

niezachwianie prześlizgniesz swą godność
jeśli nawet tak długo nóżki dadzą rady
dumę jednak uszczerbi pusta od wspomnień bez wydzieliny
z natury wykwintna inaczej starość.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Narodziny – Desperat-Zine

Opowiadanie Narodziny ukazało się właśnie w Desperat-Zine

kliknij w obrazek

Ziarno

Zgniłe kamienie wymierzone w życiową mądrość
łzy bogów
pod które podłożono ogień
najszlachetniejszy z domowych opałów
rozniecony zacieranymi dłońmi trolli internetowych
masaż płonącymi kamieniami
na ciele zarazy
hejtującej fundamentalny rozwój
szkło w oku łypiące na ziarno
z którego mogą wyrosnąć bursztyny.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Grudka


Konsorcjum obecności
podświadomy strażnik rojeń

sponsor niuansu przybycia
dawca wilczego biletu

eskalator uniesień
czynnik zapaści

władca sennego klinczu
główny kierownik motoryki

zbiornik pokrętnych konarów historii
utylizator wspomnień

grudka własnego ciała
niknąca pod wpływem utleniaczy.

Na powierzchni głębi

Podskórne implanty na ciele dla świata zapomnianym
nieustający kurs kolizyjny
śmiercionośnej pustki na kolanach
w środku żniw
rozwiane pierze myśli po namaczaniu
odmraża palce do krwi
osobliwie
aurą ogólnego szczęścia
na tle nierozdeptanych śladów bólu
bycie takiej twardości katedry wśród mgieł zgubne pomieszczenia
wyobcowanie na powierzchni głębi
w pobliżu strumieni młodości wiecznej
młodości przeczekiwanie
nieostrożne zamachy wsobnych okrzyków
poddające się presji dobrego wychowania
przerzuty bliskości w połamanych ramionach jutra.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Agresywność względem betonu

Zwietrzelina promieni szukających błysku
natężeniem emisji próbująca nagryźć beton permutacji
według parametrów losu stwardniałe klepisko
matowy połysk lakieru na karoserii
lub jak mówią fachowcy od zimnego łokcia
tuż po analizie widma
brak połysku
agresywność względem betonu wiązki światła
szukającej kontaktu w snopach i odbicia
szara breja impulsów fotonowych utwardzona dechą
dwuwymiarowa zależność ciągła śladów bieżnika
na drodze kół fortuny z monster truck’a
pochłaniacz refleksów o częstotliwości blasku
ciało doskonale czarne
niczego nie wypuszcza.

Najmniej możliwości w portalu

Miejscowe obroty możliwości ciał
na gzymsie zmysłów i nie tylko
powrót do poprzedniej sposobności plus pewność
że nie była właściwą
igraszki na linie bez asekuracji
wysokości obłędu nad separacją
emocjonalna przypadłość uskrzydla
nie w systemie zależności niskich lotów
pozbawiona odporności na rewanż
radość rozchełstanej równowagi
na którą rozsądniej sobie nie zezwalać

twarz przesiąkająca ziemią
spłyci zwierciadła błękitu
niefortunne krawędzie budowli
w związku z dopasowaniem do oczu
noc przybierze powietrzne ślady walk
użebrowanie gwiazd pozamyka światło
a serce jedyny dostępny portal
kruchość postrzępionych chmur
przerysuje mrokiem oczy obserwatora.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Iniekcje fotobłysków

Pewność siebie w pewnym załamaniu
żadnych iluzji życia według wzoru
w nadchodzącej rzeczywistości sfera
kosmicznego niedopatrzenia losu
przeświadczenie o lepszych sposobach trwania
wewnętrzne rozsypki wyobrażeń
rozsypane na uroczysku człowieczeństwa
posypane saletrą hamują procesy gnilne
na klepisku możliwości ludzkich uczuć
codziennie umiera coś nowego
na zaciśniętej twarzy nienasmarowanej botuliną
po iskrach zapalnych zamiast wybuchów
na ciele świata iniekcje fotobłysków.

Stworzenia efemeryczne

Wahania planu we wnykach podłości
realia wbrew obietnicom pospolitych marzeń
gdzieś między skrajną euforią
a stanem maniakalno depresyjnym
efemeryczne stworzenia
bezmyślnie karmione chlebem poprzez ciało
sens istnienia w bezsilności dalszej
przechodzi okres wzmożonych samobójstw
dzień dobry na cudowne odmiany
ewentualnie szukanie zastępczych zajęć
typu ostrzenie noży kuchennych.

Posąg

 

Obrywy pamięci
w przystępie pękających menhirów bezradności
zanokcica drapieżnej zawiści
więzi rodzinnej
na kształt łomu
kształt niepodzielny
bardziej
posąg rodzicielstwa
bez rąk
nóg
i głów
ciało właściwe
jedyne
właściwie jedyne
pozbawione wolnych marzeń.

Enancjomeryczny

Słowotoki szeptu w strumieniach choreografii enancjomeru ciała
to łatwiej zrozumieć niż milczące kwiaty starości szykowane za życia
albo śmierć cichcem igrającą z moim poczuciem humoru
dość agresywny taniec z bogiem zsyłającym ciągłe skurcze pęcherzyków płucnych
moje beztlenowe serce bez ciebie
wierzę
że nie zechcesz i nie zdołasz tego zrozumieć.

Narodziny

Ciało przepływało mrocznym korytarzem, na którego końcu ciemność dławiła blade światło. Dusza dryfowała obok, bezradnie uczepiona jaźni. Ręce dotykały ścian po obu stronach. Z drżeniem odpychając się od nich przepychały świadomość, nieprzytomnie, poprzez gęstość stłoczonej przestrzeni. Stęchłe, piwniczne powietrze napierało na mięśnie, przez co ruchy były pulsacyjne, nerwowo szarpane, wręcz agresywne w chwilach oswobodzenia z uścisku wszechobecnej materii. Korytarz zdawał się osaczać monstrualnym trwaniem każdą formę jego istnienia, całą rozciągłością przestrzeni sufitu, podłogi i ścian, każdym centymetrem sześciennym objętości pomiędzy nimi. Oblepiał zimnym ostrzem niejasności i wnikał nieodgadniony poprzez błony komórek do wnętrza formy, w jakiej zapragnął żyć. Kubatura demonizmu, jak nagłe zakłucie rzeczywistością wdarła się do środka.

Uderzenie chłodu lub światło, w którego zasięgu się znalazł, a może dysonans powracających na jedno miejsce wszystkich postaci jego występowania, sprawiły, że otworzył oczy. Był pewien, że wcale ich nie zamykał. Zwyczajny korytarz. Może trochę zbyt zastałe, półmrocznie przefiltrowane powietrze, ale przecież to standard w starych kamienicach. Zawrócił targany wątpliwościami, co do naturalnego pochodzenia światła i co do pełnej sprawności umysłu. Obrócił się energicznie, jednocześnie wydychając zużyte powietrze. Już miał postawić pierwszy powrotny krok… Dogłębne, ostre cięcie bólu przeszyło jego pierś. Upadł na podłogę. Cios był wymierzony w samo serce. Siedliszcze czucia afonicznie zawyło. Poczuł rozlewające się pod skórą i po całym wnętrzu ciepło, które sukcesywnie zastygało. Ciało stawało się odrętwiałe. Opuszczone przez zdolność odczuwania dryfowało sennym korytarzem hipnoz. Nie odbierał żadnych bodźców prócz chłodu na miejscu serca. Mroźny metal niekontrolowanie rozwiercał centrum kontroli, obecnie poza kontrolą. Klatka piersiowa uniosła się gwałtownie w górę. Korpus wygiął się przesadnie w tym samym kierunku, by po chwili powrócić na nieprzyjaźnie szorstką, zawilgłą podłogę. To była posadzka jakiegoś niesprawiającego możliwości pojęcia międzybytu. Ukojenie w bólu podczas chwilowego odwrotu sadysty. Przerwa. Między sercem a światem. Przerwa na podostrzenie zdzieraka do nagich zakończeń nerwowych. Oko cyklonu. Zbieranie sił przed kolejnym natarciem mającym ostatecznie rozstrzygnąć tę platonicznie nieświadomą konfrontację z życiem.

Kolejne szarpnięcie tkanek. Zaraz po dźwięku łamanych kości i rozrywanych chrząstek skóra na piersi uwypukliła się do granic jej naciągliwości. Srebrne, stalowe ostrze przebijało przez nadwerężone komórki nabłonka. Sieć naczyń krwionośnych wyraźnie zaznaczyła swoje kontury. Co prawda, coś chciało wydrzeć się z jego wnętrza, jednak on miał wrażenie, że cały świat stara się zapaść do własnego ośrodka znajdującego się w jego sercu. Dookoła panował różowy półblask przypominający kolor, jaki ma światło przechodzące przez ludzką skórę i ciało. Być może to ono miało kojący wpływ, bo za nic w świecie nie chciał opuszczać przytulnej, ciepłej i bezpiecznej zatoczki, w której akurat skulił się fragment jego duszy. Jedynie chwilowo. Kontury naczyń krwionośnych zaczęły się zamazywać, żyłki pękały. Niczym nieuzasadniona absolutna pewność, że to całe, niepojęte zjawisko zaraz zostanie pochłonięte bezgłębią przeszłości, wpędzała go w psychotyczny lęk. Przekonanie nieuniknionego krańca dopełniało rozpaczy. Przerażenie, którego nie potrafił nawet nazwać urastało do miana niepoczytalnej fobii. Skóra poddała się ostrzu.

Odczucia przepadły w nawarstwieniu myśli ofiarowanych przez powracającą jaźń. Powieki oślepiło światło, a powłoka zbiegła się pod wpływem chłodu. Pierwszy fizyczny krzyk ciała obezwładnionego nową rzeczywistością. Tak niechcianą i wyczerpującą z samego tylko faktu zaistnienia, że konwulsje byłyby marnotrawstwem, jak miało się okazać, jakże cennej energii. Na całej jego skórze widniały rozmazane ślady świeżej krwi. Świadomość postanowiła wstąpić w umysł i ponownie przejąć stery. W prostodusznym zamyśle, na zawsze.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALU DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE

Moje ciało szuka sieci

Opancerzone transporty nadziei na źle wyważonych kołach klepsydr
źle obtoczone pustynne ziarna matu
moje ciało szuka sieci
poza zasięgiem mistrzostw sensu w kładzeniu cienia
nowe sposoby wyrażania zwyrodnień
kier bez wyjścia na mini dżeki
złamana tęcza w konwulsjach odplamiacza
ale mogę się mylić
mam zapalenie spojówek
moje ciało szuka sieci
wikła się w ludzi z poza kompletu
całe talie przydeptywane przez zapisywaną na nowo pamięć
przekierowania do innego użytkownika
osiemdziesiąt gigabajtów nie odpowiada.

Na sztuki

Nasze cierniste podchody na zmysłach
i ciała gorejące chemią w odosobnieniu
zbliżenia radości oczekującej w kopcach
i pełne doły gorczycy na odchodne
chwilowe wzloty gdzie okiem sięgnąć
i podłużne upadki po widnokręgi powiek
naturalne odruchy miłości na sztuki
i całe zgrzewki syntetycznych mieszanin
jedno istotne słowo pracujące w tle
i almanachy pierdół walające się na pulpicie
oczywistość analogii wspólnego czucia
i tożsame krzywe silnie malejącego rozsądku
że może lepiej nie.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE