Dobrze okopana pozycja

Dobrze okopana pozycja mała

Odczyty aktu wstrząsania

W ślepym zaułku utkwiło zdziwienie
chamstwa pomylonego z prawdziwym charakterem
siły niepodpartej kurwami po bokach
małej opoki pośród złego fatum
najtrwalszej bez rozpychania łokciami
słabości odczytywanej z bycia miłym
niczym tabliczki o głębokich wykopach
informacje o nieprzydatności do użytku
nawet w trakcie wstrząsania.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Kombajn oniryczny z symbologryzarką

Pod obiciem rogówki

Kim ty jesteś skoro cię nie ma
zatruciem życia na powierzchni komórki
jadzącą się raną z tych które zadaje się tylko raz
bólem fantomowym po stracie kończyny
topografią młodocianych marzeń zabójczą jak Himalaje
uskokiem kontynentalnym serca w geologicznym czasie świata
elementarzem do nauki widzenia w słońcu pisanym nieznanym językiem
zaćmą pod obiciem rogówki u tapicera pomyślności
boleścią niewidomego w punkcie widokowym
niemym świadkiem ludobójstwa na konferencji prasowej
powtarzalnością uroku ciemności utrwaloną najdłużej bez powielacza
kim ty jesteś że tak umiesz.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Dramat na spawach

Jestem radością
bożą dzieciną w trakcie rozbiórki
nienormalnym skurwysynem obudowanym pustakami
z wiecznym problemem przy fundamentach
przesiąkanie cieczy łzowej do piwnic
jestem kurwa radością
grubo ciosana miłość robi zadry w czułości
bez znajomości zasad bezpieczeństwa i higieny pracy
uderza do głębi pięciopiętrowym rusztowaniem empatii
które nigdy nie było podporą
czy damy radę
spodziewany dramat na spawach możliwy do przewidzenia
katastrofa budowlana bez okularów ochronnych
oko opatrzności w oku cyklonu
nic konkretnego
na co radość nie byłaby przygotowana
oraz Bob Budowniczy.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Aforyzm wsobny

Na powierzchni głębi

Podskórne implanty na ciele dla świata zapomnianym
nieustający kurs kolizyjny
śmiercionośnej pustki na kolanach
w środku żniw
rozwiane pierze myśli po namaczaniu
odmraża palce do krwi
osobliwie
aurą ogólnego szczęścia
na tle nierozdeptanych śladów bólu
bycie takiej twardości katedry wśród mgieł zgubne pomieszczenia
wyobcowanie na powierzchni głębi
w pobliżu strumieni młodości wiecznej
młodości przeczekiwanie
nieostrożne zamachy wsobnych okrzyków
poddające się presji dobrego wychowania
przerzuty bliskości w połamanych ramionach jutra.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Znaki plus

Podświetlając od dołu zapis linii życia
pozostają tylko znaki
bez mitomanów udających przyjaciół
w dziale akcesoriów lateksowych
codzienność zanika
światło spłaszcza bilans
wyborów poczynionych w biedronce
w zestawieniu istotny jest plus
wyskoki charakteru
pomimo czerwonych świateł i kartek na buty
stany zapalne organizmu
wyścigi szczurów przez lasy deszczowe
wszystkie dodane znaki
dające sens ogólny
bycia sobą na plusie.

Morze

Stoję na brzegu morza
które wyrzuciło na plaże nierozmrożoną martwą sowę
kiedyś szukałem winy w sobie
zostawiam przeszłość na rozdrożach
dziś wśród miasta ludzi
jestem brzegiem tego morza

Greenpeace ciągnie mnie za nogę.

 

KONTYNUACJA MYŚLI

Bardziej niż byle

Nigdy nie byłem na lepszej drodze
myślę o tych rzeczach widywanych na filmach
zapisanych na kartach bajek
miliony chybionych ludzkich razy
nie godnych do tej pory istnieć
godnych bardziej niż byle pokątnych marzeń
myślę o słowach: na zawsze i na pewno
magii tego wszechświata we mnie
sensie teorii równania falowego czasu
spuściźnie uzbrojonych nagich bachorów
eliksirach afektu i antydepresantach
bo satysfakcji nie czuję.

Linia serca

Rozsądek zatrzymał
zbyt spragniony by czekać
brakiem bycia kochanym
zaczął kosztować wieczności
wyjątkowo
wieczności bez ciebie
od wczoraj
miał serce na dłoni
na twojej nie było widać jego linii
był przystawką
do braku
rozrusznikiem
któremu serce wysiadło
brakiem bycia kochanym.

Ich nie będzie

Nadplanowe zmiany niezrozumienia
domniemane uczucia
uwagę w codzienności utkwiły
otumanione rozumy
bez możliwości odwrotu
bez zniszczeń
burza mózgów i nieudolne słowa
ich nie będzie
do wyklarowania nowy żywioł pozostał
burza powinna być na początku.

Arkadia grzechu

Podobno to jest czas poszukiwania
winni grzechu bycia sobą klęczą tyłem do konfesjonału
bezmyślne perseidy upadając na ziemię strąciły organ winien grzechu
musi tam ktoś być
bez cenzury potępieńców

koncentraty żywego srebra dawniej
życiodajne złoża zubożone jabłkiem
wiara w siebie skażona gorliwym plugastwem lub kłamstwem
uroczysko bez niej
niewiara nie ma w sobie sił by tworzyć czy niszczyć

zaburzenie replikacji utraconej wiary
podążanie trwale w dziwną stronę
mając pewność następstwa grzechu
arkadia szczęścia przyoblekają podejścia
i piekło.

Paproch kontaktowy

Paproch
zupełnie nic gołym okiem
całe morze martwe pod mikroskopem
więcej
niż mniej dyskomfortu

kto nazwał go człowiekiem?

paproch
pod szkłem organicznym
za blisko by widzieć cokolwiek
więcej
niż mniej dyskomfortu

kto nazwał go trwaniem?

Gdy ogród umiera

Gdy ogród umiera
deszczowym ekranem świtu chłód płatki róż naciera życia łaknieniem
zanurza w przestrzeni wody całą objętością pragnienia poskręcaną urnę korzeni
czerpie ze studni samotnego odgłosu
między falą zwróconą echem
uwodniony ból powszedni o przedłużonej dacie ważności z domieszką istnienia
podtrzymuje soplem wymarzłe pąki
przed uderzeniem krawędzi rozgrzanego piłą tarczową kamienia
o nieciosanej twarzy
byle do wiosny wilgotnej od progu
może być grudniową porą cudów

chłodnia ogród przechowa śnieżnej pokrywy ciężaru uczuciem
rekombinacja zerwanych połączeń w sieci obłędu i muru
tego z kamieni palących opoki
pod włos narzucającej się pamięci za grosz nie wartej jutra
wodne opary wyssane z ich wnętrza
wessane w otchłań po zgliszczach ogrodu

porannym przypływem rosy zasilanym wprost z mroku
krople z powierzchni wchłoną życie przechylone do końca
zasób od podstaw łagiewki na wskroś suchotniczy
wystarczy by przeżyć odbiciem gruntu
granice sytości nie do przebicia dla pąków
za to zdrewniałych części wilgoć nie drąży.

Głuchołazy

Ogień się wzniecił i diabeł już się zbudził
na zgliszczach po tobie
w ruinach nieutraconej pamięci
nie do odzyskania po wyrzuceniu na bruk
trzaski żywiołu na plantacjach zniczy
włóczędzy nie mają nic do stracenia
wypróżnione matryce kochania
przewrotne poczucie dumy sprowadzone do parteru
krzyki negatywów w suterenie egzaltacji
bezpańskie głuchołazy uczuć
kradzione przeźrocza z bezdomnego raju
który przestał być jedynym właściwym.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Milczące obrazy trwania

Torowiska bycia sobą
na rozjazdach obłudy
okrężne wiadukty alter ego
i zwinięte w kłębek ambicje
na skrzyżowaniu autostrad
człowiek po przejściach
bez przejść dla pieszych

milczące obrazy trwania
przesuwane napędem tramwaju
mijamy się z sobą
zamiast kochać.

 

LINK DO WERSJI MULTIMEDIALNEJ

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”