Mrowienie w kończynach

Zwykły z ciebie człowiek
może jedynie brzuchonóg
w lustrze nawet gadziogłówka
odczuwasz mrowienie w kończynach
i bóle przy końcu odwłoku
masz zaczerwienia na twarzy
a to sugeruje żeś pszczółka
możesz być robotnicą
strażnikiem gniazda
lub wylęgarką spod plastra
pszczoło miodna
ofiaro rozwoju populacji na giełdzie
znaczysz tyle przebiegiem życia
co ślad pod butem ludzkiego pana
jak przetrwa twoja kolonia
w burzowej superkomórce
nieopodal samochodu pułapki
lub między śmigłami drona?

Nadawcy wielkich wijów

Poszukuję we śnie adresatów między nadawcami wielkich wijów
po czterdzieści metrów każdy w grząskim gruncie
o imionach: plotka, blaga, wymysł, paszkwil i stokrotka
senne organelle nie ogarniają tylu alternatywnych wątków
boli mnie linia papilarna odgórnie objęta przebudową trasy
omijanie mokradeł wymaga wielu formalnych zabiegów słownych
roboty ziemne i głębokie wykopy nie sięgają zacnej słowności
przywalonej błotem w myśl osmozy według krótkowzrocznych.

Paradise Is Frozen

Pod obiciem rogówki

Kim ty jesteś skoro cię nie ma
zatruciem życia na powierzchni komórki
jadzącą się raną z tych które zadaje się tylko raz
bólem fantomowym po stracie kończyny
topografią młodocianych marzeń zabójczą jak Himalaje
uskokiem kontynentalnym serca w geologicznym czasie świata
elementarzem do nauki widzenia w słońcu pisanym nieznanym językiem
zaćmą pod obiciem rogówki u tapicera pomyślności
boleścią niewidomego w punkcie widokowym
niemym świadkiem ludobójstwa na konferencji prasowej
powtarzalnością uroku ciemności utrwaloną najdłużej bez powielacza
kim ty jesteś że tak umiesz.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Jak mam zapomnieć

 

Aforyzm wsobny

Wyczekuję chwili

LINK DO BLIŹNIACZEGO ARTWORKA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Na powierzchni głębi

Podskórne implanty na ciele dla świata zapomnianym
nieustający kurs kolizyjny
śmiercionośnej pustki na kolanach
w środku żniw
rozwiane pierze myśli po namaczaniu
odmraża palce do krwi
osobliwie
aurą ogólnego szczęścia
na tle nierozdeptanych śladów bólu
bycie takiej twardości katedry wśród mgieł zgubne pomieszczenia
wyobcowanie na powierzchni głębi
w pobliżu strumieni młodości wiecznej
młodości przeczekiwanie
nieostrożne zamachy wsobnych okrzyków
poddające się presji dobrego wychowania
przerzuty bliskości w połamanych ramionach jutra.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Zakręt obręczy

Wysoce aktywny zakręt obręczy
na którym zawisła twoja rzeczywistość
przywołuje głodne duchy z pamięci
zwabione światłem rozwieszonych lampionów
dokonacie razem palenia świata
by bez bagażu kreślić nowe zakręty
na jawie oburęcznych płomieni
we śnie zaprzeszłych kalendarzy
zakręt obręczy znosi na pobocze
pełne wyprysków bólu.

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „POEZJA PĘKŁA”

Nie spaceruję nago

 

Udające martwe

Cisza nabyta na drodze dobrego i złego
jej słowa leżą na brzegu morza
pozostawione przez wszystkie odpływy
zapaści w sobie
obok umierają sowy
trochę rozmrożone
udające martwe
jeszcze wierzą w kolejny przypływ zubożałej jaźni
i że będzie to dla nich coś znaczyć.

 

MYŚL PIERWOTNA

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Dzień świra

Dzień świra bez wskazań
wskazówki czasu oddalające od siebie
cały wybieg możliwości uczuć i słowne wybiegi możliwie na szkodę
by nie starać się mocniej
mocarze unikający starannie bólu zadają rany pewności zmysłów
niepewnym umysłem na przekór
przelewając życie w próżnię odżyć na próżno zdołają
uwznioślając własne słabości zasłabną na wysokości zadania
załamując ramiona wsobnej niewoli
nie złamią swej woli upragnionej bliskości.

Troczki

Luźno wiszące troczki oczu
rozsypany towar najniższej półki marketu
bo czasem spokój przychodzi
gdy miłość przestaje istnieć.

KONTYNUACJA MYŚLI

Na czczo

Szczęście na kredyt
w perspektywie nowe źródło bólu
rozcieńczenie w czasie
to takie zabezpieczenie roszczeń opłaty
kiedy zgorzel formy sprzecznej
przesiąka do własnej
za pomocą limfy

ktoś napisał na pustym opakowaniu od lodów
arktyka zaprasza
osoby z kiepską przemianą materii uprasza się
na czczo.

 

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „ŁOSKOT DROGI MLECZNEJ”

Narodziny

Ciało przepływało mrocznym korytarzem, na którego końcu ciemność dławiła blade światło. Dusza dryfowała obok, bezradnie uczepiona jaźni. Ręce dotykały ścian po obu stronach. Z drżeniem odpychając się od nich przepychały świadomość, nieprzytomnie, poprzez gęstość stłoczonej przestrzeni. Stęchłe, piwniczne powietrze napierało na mięśnie, przez co ruchy były pulsacyjne, nerwowo szarpane, wręcz agresywne w chwilach oswobodzenia z uścisku wszechobecnej materii. Korytarz zdawał się osaczać monstrualnym trwaniem każdą formę jego istnienia, całą rozciągłością przestrzeni sufitu, podłogi i ścian, każdym centymetrem sześciennym objętości pomiędzy nimi. Oblepiał zimnym ostrzem niejasności i wnikał nieodgadniony poprzez błony komórek do wnętrza formy, w jakiej zapragnął żyć. Kubatura demonizmu, jak nagłe zakłucie rzeczywistością wdarła się do środka.

Uderzenie chłodu lub światło, w którego zasięgu się znalazł, a może dysonans powracających na jedno miejsce wszystkich postaci jego występowania, sprawiły, że otworzył oczy. Był pewien, że wcale ich nie zamykał. Zwyczajny korytarz. Może trochę zbyt zastałe, półmrocznie przefiltrowane powietrze, ale przecież to standard w starych kamienicach. Zawrócił targany wątpliwościami, co do naturalnego pochodzenia światła i co do pełnej sprawności umysłu. Obrócił się energicznie, jednocześnie wydychając zużyte powietrze. Już miał postawić pierwszy powrotny krok… Dogłębne, ostre cięcie bólu przeszyło jego pierś. Upadł na podłogę. Cios był wymierzony w samo serce. Siedliszcze czucia afonicznie zawyło. Poczuł rozlewające się pod skórą i po całym wnętrzu ciepło, które sukcesywnie zastygało. Ciało stawało się odrętwiałe. Opuszczone przez zdolność odczuwania dryfowało sennym korytarzem hipnoz. Nie odbierał żadnych bodźców prócz chłodu na miejscu serca. Mroźny metal niekontrolowanie rozwiercał centrum kontroli, obecnie poza kontrolą. Klatka piersiowa uniosła się gwałtownie w górę. Korpus wygiął się przesadnie w tym samym kierunku, by po chwili powrócić na nieprzyjaźnie szorstką, zawilgłą podłogę. To była posadzka jakiegoś niesprawiającego możliwości pojęcia międzybytu. Ukojenie w bólu podczas chwilowego odwrotu sadysty. Przerwa. Między sercem a światem. Przerwa na podostrzenie zdzieraka do nagich zakończeń nerwowych. Oko cyklonu. Zbieranie sił przed kolejnym natarciem mającym ostatecznie rozstrzygnąć tę platonicznie nieświadomą konfrontację z życiem.

Kolejne szarpnięcie tkanek. Zaraz po dźwięku łamanych kości i rozrywanych chrząstek skóra na piersi uwypukliła się do granic jej naciągliwości. Srebrne, stalowe ostrze przebijało przez nadwerężone komórki nabłonka. Sieć naczyń krwionośnych wyraźnie zaznaczyła swoje kontury. Co prawda, coś chciało wydrzeć się z jego wnętrza, jednak on miał wrażenie, że cały świat stara się zapaść do własnego ośrodka znajdującego się w jego sercu. Dookoła panował różowy półblask przypominający kolor, jaki ma światło przechodzące przez ludzką skórę i ciało. Być może to ono miało kojący wpływ, bo za nic w świecie nie chciał opuszczać przytulnej, ciepłej i bezpiecznej zatoczki, w której akurat skulił się fragment jego duszy. Jedynie chwilowo. Kontury naczyń krwionośnych zaczęły się zamazywać, żyłki pękały. Niczym nieuzasadniona absolutna pewność, że to całe, niepojęte zjawisko zaraz zostanie pochłonięte bezgłębią przeszłości, wpędzała go w psychotyczny lęk. Przekonanie nieuniknionego krańca dopełniało rozpaczy. Przerażenie, którego nie potrafił nawet nazwać urastało do miana niepoczytalnej fobii. Skóra poddała się ostrzu.

Odczucia przepadły w nawarstwieniu myśli ofiarowanych przez powracającą jaźń. Powieki oślepiło światło, a powłoka zbiegła się pod wpływem chłodu. Pierwszy fizyczny krzyk ciała obezwładnionego nową rzeczywistością. Tak niechcianą i wyczerpującą z samego tylko faktu zaistnienia, że konwulsje byłyby marnotrawstwem, jak miało się okazać, jakże cennej energii. Na całej jego skórze widniały rozmazane ślady świeżej krwi. Świadomość postanowiła wstąpić w umysł i ponownie przejąć stery. W prostodusznym zamyśle, na zawsze.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALU DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE

Gdy ogród umiera

Gdy ogród umiera
deszczowym ekranem świtu chłód płatki róż naciera życia łaknieniem
zanurza w przestrzeni wody całą objętością pragnienia poskręcaną urnę korzeni
czerpie ze studni samotnego odgłosu
między falą zwróconą echem
uwodniony ból powszedni o przedłużonej dacie ważności z domieszką istnienia
podtrzymuje soplem wymarzłe pąki
przed uderzeniem krawędzi rozgrzanego piłą tarczową kamienia
o nieciosanej twarzy
byle do wiosny wilgotnej od progu
może być grudniową porą cudów

chłodnia ogród przechowa śnieżnej pokrywy ciężaru uczuciem
rekombinacja zerwanych połączeń w sieci obłędu i muru
tego z kamieni palących opoki
pod włos narzucającej się pamięci za grosz nie wartej jutra
wodne opary wyssane z ich wnętrza
wessane w otchłań po zgliszczach ogrodu

porannym przypływem rosy zasilanym wprost z mroku
krople z powierzchni wchłoną życie przechylone do końca
zasób od podstaw łagiewki na wskroś suchotniczy
wystarczy by przeżyć odbiciem gruntu
granice sytości nie do przebicia dla pąków
za to zdrewniałych części wilgoć nie drąży.

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE

Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego

Dobrze, że mam tylko jeden skończony kierunek i przez to tylko jednego magistra, bo inaczej to byłoby mi dopiero głupio wegetując od pół roku na bezrobociu. Siedzę i zastanawiam się, co by tu jeszcze napisać o sobie ciekawego i komu wysłać, przy założeniu oczywiście, że po pół roku jest jeszcze coś ciekawego do napisania i jest ktoś kto chciałby to czytać.

Czterdziesta wersja listu motywacyjnego, wielokrotnie modyfikowane CV, wymieniane zdjęcie na pełniejsze powagi i lepiej zretuszowane – to wszystko dawno przestało bawić. Najfajniejsze są rozmowy kwalifikacyjne. Swoją drogą dopóki na jakieś chadzam, istnieje minimum motywacji do dalszego drukowania i wysyłania listów.

Jestem na takiej modelowej rozmowie, próbują mnie podejść, testują mój charakter, każą opowiadać o sobie. Ciekawe czy od czasów przedszkola wymyślił ktoś bardziej żenującą sytuację niż zachęcanie do opowiadania o sobie publicznie? Do tego trzeba tak mówić o swojej świetności zajebistości, aby nie wyjść na narcyza egocentryka. Pytają o zainteresowania i plany na przyszłość, kiedy ja nie wiem czy jutro będę miał na kolejną porcję znaczków, które i tak ostatnio podrożały, oczywiście dla zwiększenia komfortu wyświadczanych mi usług, a pani w okienku numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i tak pomiędzy moją prośbą o znaczki, a wydaniem reszty zrobi sześć mało atrakcyjnych min pod moim adresem o bliżej nieokreślonym podłożu.

Brak mi słów, aby wyrazić, że czuję się jak podejrzany o dokonanie serii brutalnych morderstw. Dali mi niewygodne krzesło bez oparć na dłonie, które z tego powodu lepią mi się do ud, bo jestem zupełnie niespodziewanie zdenerwowany po całej nieprzespanej nocy. Nic nie mogłem zjeść na śniadanie o szóstej rano, gdyż wyjątkowo humanitarnie umówiono się ze mną o świcie. Przez co również boli mnie głowa, jak zwykle w takich przypadkach. I nawet nie wspomnę, że akurat chce mi się seksu. A potem jeszcze rozmawiają ze mną po angielsku… Zamiast po francusku.

Zupełnie wysoko także plasuje się moja samoocena w przypadku, gdy przez trzy miesiące usilnie wyczekuję na odpowiedź z danej firmy i nagle, po straceniu wszelkiej ochoty na kontakty z takową i kilku standardowych zapaściach depresyjnych, ja niegodny otrzymuję tak upragnioną wiadomość. Czy wypada się czepiać, że mailem, który przyszedł w środę po południu, by zawiadomić o spotkaniu w czwartek rano? Jakże bym śmiał całą moją zapyziałą buraczanością. Przez te trzy miesiące widocznie negocjowali ze mną termin rozmowy, ale akurat uprowadzili mnie kosmici i wypadło mi z głowy. Dobrze chociaż, że każdy bezrobotny posiada w domu internet i na bieżąco może odbierać pilną korespondencję. Wytęskniony list zawierał także zestaw poleceń typu:
- przynieść wszystkie świadectwa szkolne – zawsze przy sobie noszę;
- zapoznać się z dwoma książkami i paroma czasopismami branżowymi – bezrobotni notorycznie kupują co najmniej jedną książkę i cztery gazety wydane na papierze kredowym w tygodniu oraz inne ekskluzywne wydawnictwa;
- zapoznać się z trzema podanymi stronami internetowymi – z których jedna jest po niemiecku, druga w przebudowie, a trzeciej nie można odnaleźć.
Spoko. Odpisałem, że to doskonały żart z ich strony. Szczerze doceniam wszelkie nawet najmniejsze próby podnoszenia bezrobotnych na duchu. Polecam się na przyszłość, choć niekoniecznie na czwartek rano. Bo czwartek to była już odległa przeszłość, choć pocztę staram się sprawdzać na bieżąco. Już za samą bystrość w kalkulowaniu dni tygodnia powinni mnie zatrudnić. Choć może najzwyczajniej sprawdzali moją dyspozycyjność… W zasadzie nie opuszczam mojego boksu startowego.

Fajnie też jest jak na pierwszej rozmowie każą bezrobotnemu coś przygotować na drugą, jakiś projekt lub coś bardziej pracochłonnego. Rzuca wtedy taki wszystkie znaczki okraszane grymasami pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i zaczyna otwierać sobie żyły, żeby projekt, lub coś bardziej pracochłonnego, zadowalał wszelkie gusta estetyczne odpowiedzialne za kolorystykę i fantazyjne ułożenie czcionek. Za drugim razem dostaje do zrobienia coś bardziej pracochłonnego. Zaciąga debet i robi. Na trzeciej rozmowie każą zostawić do rozpatrzenia i czekać na telefon. W taki sposób tajne służby powinny torturować podejrzanych o terroryzm. Nie dzwonią cały tydzień, potem drugi. Zapożycza się bezrobotny u rodziny, kupuje kartę i dzwoni do firmy.
- Niestety Pański projekt ( lub coś bardziej pracochłonnego) okazał się niewystarczający wobec naszych oczekiwań związanych z Pańską osobą, aczkolwiek pragniemy pozostać z Panem w kontakcie na wypadek nawiązania w przyszłości współpracy.
Chociaż w sumie to od początku wiedzieliśmy, że musimy zatrudnić siostrzeńca prezesa, ale przecież dobrych pomysłów nie znajduje się na ulicy. I pewnie taki bezrobotny poszedłby po kolejny wagon znaczków do pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej, która zrobi sześć mało atrakcyjnych min – pani, nie lokalna jednostka pocztowa – ale skończył mu się akurat zasiłek.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE  W PORTALACH SZTUKATER.PL ORAZ DESPERAT-ZINE.BLOGSPOT.SE

O jedno niebo więcej

To nic
podręczne przenośnie anatomiczne
i niespodziewany zanik uczuć
ściana ognia na pogrążonych terytoriach pamięci
nic nie mówiące kwarcytowe tafle piasku
przejaskrawione by wszystko było jasne
w drodze do upragnionej teraźniejszości
o jedno niebo więcej
za każdym razem mniej murszejące
słowa dawane na pewno i na zawsze
w nie przeciwieństwie do nigdy.

wydawnictwo domowe

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”