W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu zauważam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.
Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch… Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.

LINK DO CZĘŚCI 7

W magazynie osób mniejszych 5

Ale pozostają zakupy! Temu nałogowi tubylcy oddają się bez reszty i nic dziwnego, bo wszystko jest tu nieziemsko tanie – nawet dla mnie, choć wciąż mam w głowie kalkulator, który mimowolnie przelicza wszystko na polską walutę. A przecież tutejsi zarabiają o niebo więcej niż ja! Grzechem byłoby nie kupować. I ani mi w głowie powstrzymywanie rozwoju zachłanności własnej. Byle dużo! Już wymyśliłem, że przed powrotem do domu – gdziekolwiek on jest, umówmy się, że na pewno w Polsce i zawsze tam, gdzie Mama – wyrzucę większość starych ciuchów, w których chodzę czasem ponad dziesięć lat. Nie z biedy, raczej z przywiązania, ewentualnie z pragmatyzmu. Tyle że teraz inny pragmatyzm mi podpowiada, żebym się obkupił jak wariat, skoro za pół darmo. Przyjechał w łachmanach, a wróci w markowych ciuchach królewicza. Jednak ubieranie się w transparenty reklamowe jakoś mnie nie tryka. Tuziemcy natomiast bardzo to lubią. Im większy emblemat firmy, tym byłbym bardziej na fali. Polacy przebywający tu niewiele dłużej ode mnie już złapali taki zarazek. Bakcyl bycia powierzchnią reklamową. To właśnie nosicielom firmy powinny płacić za rozpowszechnianie ich logo, a nie odwrotnie. A może po prostu jestem przedatowanym wapniakiem nie czytającym Faktu. To jest jeden ze szczytów bezczelności, sprzedać komuś własny produkt, który jest darmową powierzchnią reklamową. Sprytne czasy.

Większą bolączką niż moda wydaje się być dla mnie inne zagadnienie związane z pobytem na obczyźnie. Po sześciu miesiącach tutejszej pracy – bo tyle planuję tu pozostać – nie tylko zakupione ubrania mogą przestać na mnie pasować. Cały mogę przestać do siebie pasować. Dłonie już tracą delikatność, wkrótce twarz sczerstwieje od wiatru i zagryzania zębów. Pracownicy, na których mutagenny wpływ magazynu działał dłużej niż na mnie, przejawiają skłonność do garbienia się i wydawania z głębi własnego ciała przeróżnych odgłosów zapewne tylko przypadkowo nie zakwalifikowanych do kanonu savoir-vivre’u. Typowy magazynier jest nieogolony, ma tłuste włosy, a ubrany jest nieszczególnie schludnie. Profil ma zacięty, na czole pot, na rękach brud. Brzydko się patrzy. Pachnie nie lepiej. Lubi pluć i przeklinać. Interesuje go wyłącznie przerwa i koniec zmiany. Nie myśli o losach świata, ani nawet o małych foczkach, którym topnieją tereny lęgowe. Jedynie transmisja sportowa jest w stanie odwrócić uwagę LPD od podnoszenia dóbr. Analogicznym sposobem rozumowania antycypuję, że za kilka miesięcy moja postura może nie przypominać szlacheckiej, jakby wskazywało na to skołtuniałe pochodzenie w linii miecza. Ta polska zaściankowość… Tu nie słyszeli o Polsce szlacheckiej, pewnie temu na lotnisku zabrali mi nożyczki. Żebym uchodził za bardziej otępiałego. Ewentualnie nie ukradł samolotu.

LINK DO CZĘŚCI 6

W magazynie osób mniejszych 4

Co do pogody, to faktycznie zazwyczaj jest ciepło, jeśli akurat nie ma mroźnego wiatru, który przy panującej tu wilgotności potrafi przeszyć zimnem do żywego. Bryza od morza przeważnie niesie nawałnice i deszcz zacina poziomo – prosto w oczy. A jeśli akurat ani nie wieje, ani nie leje, to jest szaro, buro i mgliście, najlepiej jeszcze z denerwującą mżawką. Objawów słońca jest tu tyle, co na Cyprze – tyle że porą deszczową w nocy. To znaczy słońce zawsze gdzieś jest, ma jednak gorszy zapierdziel niż ja i nie ma czasu załadować światła. Nawet jak zaświeci, to jak wtedy akurat jestem w mrocznym magazynie bez okien, więc daremny trud. Wieść gminna niesie, jakoby Afryka zużywała za dużo energii słonecznej, dlatego tutaj mają deficyt. Pewnie służy bananowym dyktatorom do produkcji broni nuklearnej. Irak wpadł na to trochę wcześniej, tylko jeden taki boski prezydent wyczaił ich niecne zamiary. Nieco zbrojnie.

Tak więc w Irlandii pada. Akurat mamy porę deszczowo mokrą, to jest prawie zimę. Po niebie nieprzerwanie ciągną tabuny chmur nie do przebicia. Czasem się przewalają z nudów, czasem pędzą, jakby się czymś zaraziły od wściekłych krów albo po prostu spojrzały w dół i stwierdziły: „Ależ tu bezbarwnie! Stagnacja i apatia. Spierdzielamy stąd w trzech migach nad Śródziemne”. Tam wieloryby ostentacyjnie smażą się na plaży, mimo że Green Peace próbuje je zepchnąć z powrotem do morza. A tu wieloryby siedzą zamknięte w domach przed telewizorami i zajadają octowe chipsy. Naprawdę, mają tu takie i nie radzę kosztować bez przepitki. Wcale im się nie dziwię, że nie wychodzą z domów i tyją, skoro tu taka pogoda. Zazwyczaj nie chce mi się nawet patrzeć w niebo…

Dziś słońce wyszło na godzinkę i już chciałem pobiec z aparatem na sesję zdjęciową nad jezioro, ale szczęśliwie przyziemne sprawy domowe zatrzymały mnie na moment i tylko dzięki temu nie zmokłem. Takie ekspresyjne nasłonecznienie cechuje się tutaj bardzo dużą dynamiką zmian. Jest po prostu dynamicznie spokojne, ewentualnie spontanicznie zaplanowane. Zresztą po grzyba tu komu słońce, przecież mają niedaleko centrum handlowe i dwa supermarkety! To jedyne i ulubione atrakcje w okolicy. Na przyrodę nie ma co liczyć. Oprócz jeziora, obecnie omijanego szerokim łukiem ze względu na ptasią grypę, mają tu jeszcze park z kilkoma ładnymi drzewami i jakąś zabytkowo zapyziałą wieżę, z której zrzucano czarownice. Faktycznie, czego to człowiek z nudów nie wymyśli!. Żeby chociaż ta wieża była otwarta… Poza tym widziałem na horyzoncie dwa wzniesienia, ale wciąż jak nie praca, to średnia opadów rocznych koliduje z moimi planami ekstremalnego alpinizmu na wysokości około pięciuset metrów.

LINK DO CZĘŚCI 5

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon… Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą.

W magazynie osób mniejszych 2

Właśnie, tylko bajka. Ten duży, piękny dom wcale nie jest taki duży. Ani nie piękny. Zwykła bryła bez udziwnień typu jaskółka, wykusz, weranda. Zupełnie surowy. W środku tylko najtańsze sprzęty z hipermarketów. Większość dopiero wymaga powołania do życia z formy wieloskładnikowej rozproszonej do formy jednolicie spójnej. Wszystko w granicach rozsądnej funkcjonalności. Najlepiej bez użycia narzędzi, bo tych też nie mam. Z zewnątrz mury bez wyrazu. Równiutko opaskudzone przez ptaki, których gniazda zdążono usunąć chyba dopiero na tydzień przed moim przybyciem. Więc w zasadzie dosyć wyrazista, jak na wierzchnią okładzinę. Na termoizolację mi to nie wygląda. Jedyna egzotyka, że dom stoi na wyspie. To co przyczepiło się do domu od spodu, to Irlandia Północna.

Ogród… Hm, to zdecydowanie za duże słowo. Zwykły trawnik trzy na cztery metry bez dodatkowego zakrzewienia, nie wspominając o drzewostanie. Do tego dom wcale nie jest za darmo, bo firma, która go wynajmuje, za tę przysługę odbija sobie z mojej pensji. Nawiązka zwielokrotniona, rzecz jasna. Mieszkam tu z sześciorgiem współpracowników, co wydatnie obniża komfort użytkowania luksusów pokroju kuchni, łazienki czy telewizora. Nawet jakość spania wydaje się być zredukowana, bo domek jest dość tekturowy jeśli chodzi o teksturę jego spoistości, a co za tym idzie dyskretny akustycznie, jak kościół wybudowany na terenie amfiteatru nad jeziorem w obszarze nieckowatej łąki. Czyli głos rozchodzi się bezproblemowo, a ukształtowanie terenu potęguje jego siłę wyrazu. Lekko uciążliwe rozwiązanie, kiedy akurat chce mi się krzyczeć.

Moje bezstresowe zajęcie to praca dla najniższej miejscowej klasy społecznej, opóźnionych w rozwoju, nadpobudliwych psychicznie, neandertalczyków z nadmiarem wewnętrznego wydzielania hormonów oraz inteligencji z Polski. Ciekawe do której grupy pasuję najbardziej ? Te całkiem duże pieniądze też wcale nie są zniewalające. Powiedziałbym nawet, iż względem najniższej gwarantowanej stawki dochody często wyglądają na niższe. Nie bądźmy jednak zachłanni. Na produkty z najniższej półki zawsze mnie stać. Jakość marketowa jest mi bliska, bo właśnie w magazynie jednej z największych europejskich sieci marketów mam bezdenną przyjemność pracować. O wielkości sieci niech świadczy fakt, że na Wyspy też już trafiła.
Jeżdżę sobie rozwalającym się pomarańczowym wózkiem prawie widłowym, wyposażonym w donośny klakson oraz niesprawne hamulce. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pomarańczowy był modny w zeszłym sezonie. Mój wózek, zwany trakiem, ma przód. Wypełnia go wielka bateria, a baterię wypełnia kwas. Dalej sterczy drążek sterowniczy, takie coś ja kierownica hulajnogi. W nowszych modelach zamontowano tradycyjną, okrągłą kierownicę. Konstruktorzy wygospodarowali też miejsce stojące dla głupiego, oparcie o różnych zastosowaniach oraz widły nazywane tu widelcami. Na widelce nadziewam sobie albo jedną metalową skrzynię, albo dwie, albo nawet trzy. Nadziewałbym ich jeszcze więcej, ale muszę się słuchać mojego własnego osobistego komputerka, czyli takiego przerośniętego zegarka, który pasuje jedynie na tydzień mody w Paryżu. Można by go nazwać armtopem – raz, że brzmi to fajnie, jak z science fiction, a dwa, że komputerek okupuje całe przedramię. A kiedy zapnę rzepy, obłapia mnie technika i zaczynam rozumieć, jak niewygodnie jest być cyborgiem. Do tego obłapianym w pracy i nie narzekającym ani na mobbing, ani nawet ocieractwo. Komputerek łączy się kabelkiem ze skanerem – kolejnym z moich sztucznych narządów zmysłów, przyczepionym dla odmiany skóropodobnymi paskami do grzbietu dłoni. Kabelek odchodzący od skanera biegnie do guziczka na moim palcu wskazującym. Na co wskazuje palec przeczytacie w dalszej części poradnika pod tytułem: „Jak magazynować, aby zmagazynować się gdzie indziej” Natomiast, wspomniany guziczek powinien kolejnym kabelkiem łączyć się z mózgiem magazyniera, ale Polakom nie zamontowano takiej opcji. Zegarek mówi mi, co mam robić, kiedy i w jakiej ilości. Ja robię, czyli naciskając kciukiem przycisk na palcu wskazującym, włączam laser, skanuję kod kreskowy produktu, a na wyświetlaczu wyskakuje, ile dziadostwa zabrać i gdzie odstawić. Jeśli rozkazy komputera są bez sensu, to i tak nie mogę tego zmienić, bo bym go popsuł, a na taki jeden musiałbym pracować ze trzy miesiące. Armtop nie mówi mi tylko, kiedy mam iść na przerwę, bo po co wyrobnikowi przerwa? Nie łączy się też z Facebookiem, co może potęgować samotność. Na początku zastanawiałem się, czy będzie mi wyświetlał: „Pora na siku”. Po kilku atakach pęcherza moczowego już się nauczyłem, że nic go to nie obchodzi. Szczury uczą się szybciej! Zostawmy jednak genezę mojej inteligencji. Jestem tu przecież wyłącznie od roboty.

LINK DO CZĘŚCI 3

W magazynie osób mniejszych 1

Jestem nieobecny. Nie ma mnie w moim dotychczasowym życiu. Jest za to nowe zjawisko, obecne. Moja nieobecność wydaje się być usprawiedliwiona. Mieszkam w dużym, pięknym domu z pokaźnym ogrodem, na malowniczej wyspie. Do tego za darmo! Mam zupełnie bezstresową pracę. Zarabiam bardzo dobrze. Codziennie mogę się cieszyć zniewalającym pięknem otaczającej przyrody. Urządzam sobie wypady do centrum handlowego i kupuję wszystko, na co tylko mam ochotę.

W dodatku tu niemal zawsze jest ciepło. Taki typowo morski klimat z lekką bryzą od wody. Kiedy najdzie mnie romantyczny nastrój, mogę udać się nad pobliskie jezioro, podziwiać łabędzie i inne ptactwo – zbyt leniwe, by wznieść się ponad ziemię lub wodę. Nie ma co się im dziwić. Na górze zatrzęsienie samolotów z Polakami. Na dole tylko widmo ptasiej grypy.

Co kilka dni oddaję się gotowaniu z pasją przynależną każdemu szalonemu twórcy, a raczej eksperymentom na półproduktach. Robię to czysto hobbistycznie oraz dla relaksu, pomijając oczywiście skłonność do obżarstwa – w myśl dowcipu o człowieku, który przychodzi do apteki, prosi o coś na zachłanność, po czym zaciska palce na brzegach okienka i szarpiąc je, krzyczy do przestraszonej pani po drugiej stronie: „Byle dużo! Dużo! Dużo!”.

Wieczory spędzam, oglądając ciekawe filmy na moim małym kinie domowym. Wcześniej jednak jeżdżę na rowerze, uprawiam bieganie lub chociaż streching. Potem kąpiel z olejkami do aromaterapii. Przed snem odrobina ulubionej muzyki, by łatwiej wpaść w całonocny niebyt. Nie muszę wstawać rano, bo pracuję tylko kilka godzin dziennie, a zaczynam kiedy chcę – gdzieś po południu. Dzień zawsze witam zieloną herbatą, która podobno robi nowotworom otwory w poprzek, ale ja nie boję się nowotworów – piję ją, bo lubię. Śniadanie zawsze syte, jednak lekko strawne i nieprzedobrzone dobrami. Trwa minimum dwie godziny, łącznie z poranną toaletą. To jest optymalny czas na „wejście żółtka” – jak mawiał dość abstrakcyjnie mój świętej pamięci dziadek. Poranna prasa. Tworzenie listy zakupów. Obmyślanie melanży żywieniowych na później. Praca. Obiad z pełną celebracją. Ogólnie rozumiany relaks. I tak dalej. Bajka!

LINK DO CZĘŚCI 2