Ramiona (mój feblik 1)

Poodrywane płaszczyzny kalendarzy
niedocieplone daty i oczy różnych spaczonych kolorów
nie dbam o nabyte wady
przedruki szczęścia
przerzuty bliskości
i połamane ramiona jutra
zatuszujmy parszywe słowa tuszem i brzaskiem
tyle możemy by istnieć
chciałem powiedzieć
moglibyśmy
gdyby nie kruchość
i połamane ramiona jutra.

O jedno niebo więcej – opowiadanie

Czasem idąc ulicą po raz tysięczny, tą samą co zwykle, widzę po raz pierwszy takie jej fragmenty, których nigdy wcześniej tam nie było. Głęboko ukryte w zakamarkach świadomości zamroczonej banałami tego świata bez większego znaczenia dla czegokolwiek dającego się zdefiniować. Wcześniej niewidzialne dla oczu, dziś jak góry za mgłą widnokręgu, jak jednorożec dostrzeżony pomiędzy nosorożcami. Pewnie, dlatego że nawet oczy zapomniały, że są zwierciadłami duszy, a może dały się nabrać, jak ja, który patrzę i nie widzę (?). Oczy uczepione za horyzontem rubieży nieskończonego lasu, rozległego na łąkach kwiatu paproci, ukrytego za fałdą najsilniejszego z ciepłych wiatrów, z dala od chtonicznych przepaści rozświetla tylko jeden filar podtrzymujący światło. Czasem przejaskrawia, by wszystko było jasne.

Czasem idąc ulicą po raz pierwszy, zupełnie inną niż zwykle, ludzie patrzą na mnie zaskakująco inaczej. Ci prości w swoim mniemaniu, zwyczajni, na pozór krainy, w której żyć im przyszło. Sam czuje blask bijący z ich oczu będących poza zasięgiem upadłego królestwa obcujących z życiem. Z pewnością pod wpływem słońca świecącego wprost w ich centra emanują nieznaną siłą prowokującą nieświadomych przechodniów do patrzenia. Nie wiem co postrzegają i teraz nie ma to już znaczenia. Ogień na zgliszczach. Trudno im być nienagannie kimś, kogo chciałoby się widzieć w rzeczywistości, kiedy jedyne czego pragną, to o jedno niebo więcej.

Czasem idąc ulicą, gdy samoświadomość na to pozwala, patrzę dokładnie w środek ich oczu, a mają oczy najmniej cielesne z możliwych. Widzę naturalne, niczym nie polepszane szczęście, ale nie takie wyzwolone szaleństwem tabunu dzikich koni, raczej jak piasek klepsydry uwięziony za kwarcytową taflą z piasku. Widzę trudy układania własnej twarzy na pożytek tłumu, ale akurat to moje oczy znają najlepiej. Widoki, których nigdy wcześniej nie widziałem poprzez zwarte powieki, które mimowolnie, lub w sposób ściśle zaplanowany, starają się chronić resztki niepokalanej niewinności wysycającej ich od podstaw, od pierwszej zawiązanej komórki w ciele matki. Jedynie świat swą wrodzoną brutalnością i wyuczonymi powrozami uzależnionych zachowań niweczy boski plan, stąd bogowie niczyi, nie rozdeptane ślady bólu oraz permutacje linii życia.

Czasem widzę lustro, od którego to wszystko się niepoprawnie odbija, aby wyryć piętno wątpliwego blasku na sercach dzieci. Zwierciadło z gabinetu śmiesznych luster. Śmiesznych żałośnie. Odbić jest zdecydowanie więcej od oryginałów i po stokroć wyraziściej błyszczą nawet na tle promieni dawno pozbawionych wstydu, rozmytych ściśle w zakresie społecznego zasięgu. Większość straciła znaczenie treści przekazu odbłyskiem. Stanowi co najwyżej skutek lub przyczynę ucieczki od szczerości, kiedy wszyscy szukamy zwyczajnego nieba. Niekoniecznie najmniej cielesnego z możliwych.

Czasem nie widzę nic.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH ESENSJA ORAZ DESPERAT-ZINE

Lokalna jednostka pocztowa lub coś bardziej pracochłonnego

Dobrze, że mam tylko jeden skończony kierunek i przez to tylko jednego magistra, bo inaczej to byłoby mi dopiero głupio wegetując od pół roku na bezrobociu. Siedzę i zastanawiam się, co by tu jeszcze napisać o sobie ciekawego i komu wysłać, przy założeniu oczywiście, że po pół roku jest jeszcze coś ciekawego do napisania i jest ktoś kto chciałby to czytać.

Czterdziesta wersja listu motywacyjnego, wielokrotnie modyfikowane CV, wymieniane zdjęcie na pełniejsze powagi i lepiej zretuszowane – to wszystko dawno przestało bawić. Najfajniejsze są rozmowy kwalifikacyjne. Swoją drogą dopóki na jakieś chadzam, istnieje minimum motywacji do dalszego drukowania i wysyłania listów.

Jestem na takiej modelowej rozmowie, próbują mnie podejść, testują mój charakter, każą opowiadać o sobie. Ciekawe czy od czasów przedszkola wymyślił ktoś bardziej żenującą sytuację niż zachęcanie do opowiadania o sobie publicznie? Do tego trzeba tak mówić o swojej świetności zajebistości, aby nie wyjść na narcyza egocentryka. Pytają o zainteresowania i plany na przyszłość, kiedy ja nie wiem czy jutro będę miał na kolejną porcję znaczków, które i tak ostatnio podrożały, oczywiście dla zwiększenia komfortu wyświadczanych mi usług, a pani w okienku numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i tak pomiędzy moją prośbą o znaczki, a wydaniem reszty zrobi sześć mało atrakcyjnych min pod moim adresem o bliżej nieokreślonym podłożu.

Brak mi słów, aby wyrazić, że czuję się jak podejrzany o dokonanie serii brutalnych morderstw. Dali mi niewygodne krzesło bez oparć na dłonie, które z tego powodu lepią mi się do ud, bo jestem zupełnie niespodziewanie zdenerwowany po całej nieprzespanej nocy. Nic nie mogłem zjeść na śniadanie o szóstej rano, gdyż wyjątkowo humanitarnie umówiono się ze mną o świcie. Przez co również boli mnie głowa, jak zwykle w takich przypadkach. I nawet nie wspomnę, że akurat chce mi się seksu. A potem jeszcze rozmawiają ze mną po angielsku… Zamiast po francusku.

Zupełnie wysoko także plasuje się moja samoocena w przypadku, gdy przez trzy miesiące usilnie wyczekuję na odpowiedź z danej firmy i nagle, po straceniu wszelkiej ochoty na kontakty z takową i kilku standardowych zapaściach depresyjnych, ja niegodny otrzymuję tak upragnioną wiadomość. Czy wypada się czepiać, że mailem, który przyszedł w środę po południu, by zawiadomić o spotkaniu w czwartek rano? Jakże bym śmiał całą moją zapyziałą buraczanością. Przez te trzy miesiące widocznie negocjowali ze mną termin rozmowy, ale akurat uprowadzili mnie kosmici i wypadło mi z głowy. Dobrze chociaż, że każdy bezrobotny posiada w domu internet i na bieżąco może odbierać pilną korespondencję. Wytęskniony list zawierał także zestaw poleceń typu:
- przynieść wszystkie świadectwa szkolne – zawsze przy sobie noszę;
- zapoznać się z dwoma książkami i paroma czasopismami branżowymi – bezrobotni notorycznie kupują co najmniej jedną książkę i cztery gazety wydane na papierze kredowym w tygodniu oraz inne ekskluzywne wydawnictwa;
- zapoznać się z trzema podanymi stronami internetowymi – z których jedna jest po niemiecku, druga w przebudowie, a trzeciej nie można odnaleźć.
Spoko. Odpisałem, że to doskonały żart z ich strony. Szczerze doceniam wszelkie nawet najmniejsze próby podnoszenia bezrobotnych na duchu. Polecam się na przyszłość, choć niekoniecznie na czwartek rano. Bo czwartek to była już odległa przeszłość, choć pocztę staram się sprawdzać na bieżąco. Już za samą bystrość w kalkulowaniu dni tygodnia powinni mnie zatrudnić. Choć może najzwyczajniej sprawdzali moją dyspozycyjność… W zasadzie nie opuszczam mojego boksu startowego.

Fajnie też jest jak na pierwszej rozmowie każą bezrobotnemu coś przygotować na drugą, jakiś projekt lub coś bardziej pracochłonnego. Rzuca wtedy taki wszystkie znaczki okraszane grymasami pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej i zaczyna otwierać sobie żyły, żeby projekt, lub coś bardziej pracochłonnego, zadowalał wszelkie gusta estetyczne odpowiedzialne za kolorystykę i fantazyjne ułożenie czcionek. Za drugim razem dostaje do zrobienia coś bardziej pracochłonnego. Zaciąga debet i robi. Na trzeciej rozmowie każą zostawić do rozpatrzenia i czekać na telefon. W taki sposób tajne służby powinny torturować podejrzanych o terroryzm. Nie dzwonią cały tydzień, potem drugi. Zapożycza się bezrobotny u rodziny, kupuje kartę i dzwoni do firmy.
- Niestety Pański projekt ( lub coś bardziej pracochłonnego) okazał się niewystarczający wobec naszych oczekiwań związanych z Pańską osobą, aczkolwiek pragniemy pozostać z Panem w kontakcie na wypadek nawiązania w przyszłości współpracy.
Chociaż w sumie to od początku wiedzieliśmy, że musimy zatrudnić siostrzeńca prezesa, ale przecież dobrych pomysłów nie znajduje się na ulicy. I pewnie taki bezrobotny poszedłby po kolejny wagon znaczków do pani z okienka numer dwa lokalnej jednostki pocztowej, która zrobi sześć mało atrakcyjnych min – pani, nie lokalna jednostka pocztowa – ale skończył mu się akurat zasiłek.

 

OPOWIADANIE OPUBLIKOWANE W PORTALACH SZTUKATER.PL ORAZ DESPERAT-ZINE

Wszystkie członki w domu

Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Mieszkacie przytulnie we własnym, osobistym mieszkanku odziedziczonym po starszym bracie, który założył rodzinę, zapragnął zwiększyć swój metraż i przeniósł się do innego miasta. Mieszkacie spokojnie od poniedziałku do czwartku, a przed piątkiem robicie duże zakupy, zamykacie drzwi na wszystkie zamki, zasłaniacie okna i udajecie, że akurat w kolejny weekend nie będzie was w mieszkaniu. Wszystko z jedynego powodu. Wraz z mieszkaniem odziedziczyliście przyjaciela mieszkania tj., chciałem powiedzieć, przyjaciela brata.

Człowiek z gruntu poczciwy, miły, wręcz usłużny, a do tego zdaje się inteligentny. Przyjeżdża prawie co tydzień ze wsi, z której odjeżdża tylko jeden autobus dziennie (to będzie istotne w toku dalszych wydarzeń), aby ambitnie uczęszczać na studia zaoczne w dziedzinie zbliżonej do informatyki. Dobrze mieć takiego znajomego, co zawsze pomajstruje przy komputerze i naprawi to, co Bóg raczy wiedzieć jakim sposobem udało nam się wczoraj wykasować, albo skonfiguruje ze sobą wszystkie osprzęty, które według sprzedawcy miały działać ze sobą w komitywie, ale z powodu różnicy charakterów mają z tym problem. Poza tym, zawsze to miło jak w weekend ktoś wpadnie i pogada, prawda? Niestety sprawy mają się trochę inaczej i nasza gościnność, poczucie dobrego smaku oraz kultura osobista zostają wystawione na ciężką próbę. Nie wspominając o aktywności połączeń nerwowych.

Przyjeżdża taki gość do nas w piątek z rana, tak że jeszcze zdąży nas obudzić. W sumie to nie wiadomo dlaczego właśnie w piątek, skoro w piątek nie zwykł udawać się na jakiekolwiek zajęcia. Przyjeżdża i jest. Tak po prostu, bez słowa zapytania czy może, albo czy mamy czas, ewentualnie ochotę. Jest i trwa przy nas. Przecież był tu jeszcze zanim my się pojawiliśmy. Więc jest. Od zarania dziejów. A my ze względu na brata i poszanowanie jego przyjaciół godzimy się na przypadkowego lokatora.

Jest w piątek, jest w sobotę, bo tak się złożyło, że długo siedział przy komputerze i nie wstał z rana na zajęcia, a potem to już nie było sensu wychodzić. Jest w niedzielę. Chyba z czystej przyzwoitości udało mu się trafić na jakieś zajęcia, ale bez przesady, trzy godziny ćwiczeń to niehumanitarne zagrania uczelni wymierzone przeciwko całemu społeczeństwu, które pozbawia się możliwości godnego zdobywania wiedzy. Tak się zupełnie przypadkowo składa, że dokładnie wiemy o jedynym autobusie o 16:30, który może zawieść naszego gościa do domu, ale cóż, jest 14:00 i dowiadujemy się mimochodem, że chyba, z niewiadomych, bliżej nie określonych powodów, nie uda mu się na niego zdążyć. No więc spędzamy uroczy niedzielny wieczór na pasjonującej nas niezmiernie rozmowie o broni i metodach samoobrony, bo jak się okazuje to takie małe hobby naszego przyjaciela. Dowiadujemy się ponadto, że aktualne studia są piątymi z kolei, po równie fascynujących czterech poprzednich, których tylko przez wyżej wspomniany, kulawy system szkolnictwa wyższego nie udało się zakończyć powodzeniem. Przed spotęgowaniem nerwicy natręctw, objawiającej się wbijaniem rozgrzanych szpilek w specjalnie do tego celu przygotowaną laleczkę voodoo, ratujemy się pobytem w łazience, z bardzo prostej przyczyny. Jest to najrzadziej odwiedzane miejsce naszego współlokatora, co najmniej od piątku.

Jest w poniedziałek. Wracamy z pracy, nie wiedzieć czemu, jak do własnego mieszkania i widzimy przewalające się przez pulpit naszego komputera rozhulane nagie pary i inne konfiguracje ludzi nie całkiem ubranych, ogarniętych żądzą feromonów na drodze chuci tarcia i akrobatyki sportów wyczynowych. Z pewną taką nieśmiałością pytamy, co to niby ma być, by dowiedzieć się, że znalazł to w naszym koszu na śmieci, który swoją drogą opróżnia się automatycznie, zawsze przed zamknięciem systemu. Nie muszę dodawać z jakim trudem zawsze przychodzą nam przeoczenia we własnym komputerze przyrodniczego filmu akcji. Z niczym nieusprawiedliwionej kurtuazji wolimy nie pytać w jakim celu grzebał w naszym koszu na śmieci. Do odczytywanych przez niego wiadomości z komunikatora zdążyliśmy się na szczęście przyzwyczaić kilka tygodni wcześniej.

Oczywistym chyba jest, że nasz nowy ulubiony domownik nie poczuwa się do odpowiedzialności za jakiekolwiek utrzymanie mieszkania w formie przyjemnej do użytkowania, nie czuje się również zobligowany do tworzenia wkładu w życie lodówki. Cieszymy się już z tego, że chociaż gasi w niej światło. Bo tak poza tym, to uważa nas za idiotów wmawiając nam, z resztą mało profesjonalnie, mnóstwo kłamstw w żywe oczy, na przykład co do obsługi komputera.

Zapytamy więc, w czym problem, skoro gość nam nie odpowiada, to czemu go nie wyprosimy? Otóż, nie da się. Niby inteligentny, a na żadne aluzje nie reaguje. Gdy nawet już wzbierze w nas złość na tyle by doprowadzić do pęknięcia nabrzmiałego od trzech dni naczyńka w mózgu i powiemy mu, co nam się nie podoba, to i tak albo nie zrobi to na nim żadnego wrażenia brzemiennego w skutki, albo zrobi minkę maltretowanego dziecka z patologicznej rodziny, które zlano pasem ze sprzączką po nerkach. Poczujemy się wtedy jak ostatnie dranie wyzute z każdej odrobiny podstawowego miłosierdzia.

Teraz nikogo już nie dziwi obniżenie kontaktów międzyludzkich w dobie coraz powszechniejszego osieciowania i globalizacji oraz weekendowe barykadowanie się w domach. Pozostaje nam wystukanie na klawiaturze, co o tym wszystkim myślimy, założenie bloga, ustawienie go jako stronę startową w przeglądarce i umieszczenie tam naszych przemyśleń o wszystkich członkach rodziny z nadzieją, że umieją czytać ze zrozumieniem.

Wszelka zbieżność z autentycznymi wydarzeniami i postaciami jest zamierzona. Zmieniono szczegóły, aby uczynić fabułę bardziej uniwersalną.

O jedno niebo więcej

To nic
podręczne przenośnie anatomiczne
i niespodziewany zanik uczuć
ściana ognia na pogrążonych terytoriach pamięci
nic nie mówiące kwarcytowe tafle piasku
przejaskrawione by wszystko było jasne
w drodze do upragnionej teraźniejszości
o jedno niebo więcej
za każdym razem mniej murszejące
słowa dawane na pewno i na zawsze
w nie przeciwieństwie do nigdy.

wydawnictwo domowe

WIERSZ POCHODZI Z TOMIKU „O JEDNO NIEBO WIĘCEJ”