CHOLER -Całkiem Hiperboliczne Odzwierciedlenie Luźnej Erupcji Refleksji BLOG -Bystrą Logiką Opętanego Grypsu PL -Proklamującego Lajkonizacje


SPIĘTRZONE MERIDIANY KREATYWNEJ INŻYNIERII SŁOWA, DŹWIĘKU I OBRAZU

2012-01-16 12:10:28
.

W magazynie osób mniejszych 10

Ostatecznie, nad podziw rachubom, wszystko zdołało się błyskawicznie zmienić w związku z drobnym faktem, że dwanaście dni temu mogłem przekierować moją linie życia na tamten świat, rozbijając się jedną z luzackich, pomarańczowych bryk, dosłownie i na dobre. Jadę sobie moim wózkiem pełen radości, co nie zdarzało się często i to nie ze względu na szpanersko wystawiony zimny łokieć. Jadę, a raczej mknę do bazy, bo koniec zmiany był bliski, a okazać się mogło, że mój. Pędzę niesiony wiatrem we włosach, obciążony zaledwie jedną skrzynką, do tego wypełnioną jedynie papierem toaletowym, tylko trochę ponad stan. Zasuwam, a tu mija mnie wózek widłowy, ni z tego ni z owego - pewnie też mu się śpieszyło do domu - zakręca tarasując mi całą alejkę i zaczyna podnosić paletę pełną dóbr na wysokość pierwszego piętra. Nie byłoby w tym nic niebezpiecznego, gdybym miał hamulce. Moja moralność nie ma nic do rzeczy. Wszyscy magazynierzy wiedzą, że o taki luksus jak hamulec, trudno nawet w wysoko uprzemysłowionym, stabilnym gospodarczo oraz finansowo Zjednoczonym Królestwie. Każdy również wiedział, które traki nie posiadają funkcji hamowania, ale co zrobić jeśli akurat nie ma do wyboru innego pojazdu? Tym sposobem siedem metrów stanowiło dla mnie zdecydowanie za mało przestrzeni życiowej na niezakłócenie przebiegu życia. Moje okrzyki ostrzegawcze i walenie nogą w hamulec nic nie pomogły. Dobrze, że zmieściłem się między ziemie, a podnoszącą się akurat na widłach wysięgnika paletę. To znaczy zmieściłem się, bo schyliłem czoła przed chordą produktów udających jedzenie. Bez tego zabiegu głowa by mi się nie zmieściła - podobnie jak jakość tych produktów nie mieści mi się w głowie - no i miałbym urwanie głowy większe niż w trakcie obcowania z pośrednikiem, który pośredniczy przede wszystkim w zabieraniu swojej doli z mojej krwawicy. Tak oto prześlizgnąłem mój marny żywot, bez hamulców, pod dużą presją odgórną. Niestety, wysokie oparcie wózka nie zmieściło się. Oparcie, czyli jedna wygięta rurka, która ma mnie chronić przed atakami ze strony skrzyń wożonych za sobą. Uległo presji i wygięło się do tyłu. Skrzynia z papierem toaletowym też miała problemy z własnym rozmiarem i się wywróciła. Zrobiła to jednak bez należytej celebracji. Jej zawartość nie roztrzaskała się z impetem o ziemię zaznaczając swój i mój, jak się miało okazać, upadek. Po prostu fizycznie nie była w stanie, ponieważ zawierał tylko papier toaletowy. Szkoda. Jak już wylecieć to z rozmachem. Zdziwionego wózkowego, który widocznie na co dzień nie obcuje z szaleńcami pozbawionymi hamulców, przeprosiłem od razu, a on co? Zapytał spokojnie:

- Czy nic ci się nie stało?

Czyli musi chyba jednak obcować na co dzień z takimi zjawiskami... Zaraz potem zawołał przechodzącego nieopodal menadżera i na nim się wyładował, krzycząc:

- Jaki nam dajecie sprzęt do pracy? Przecież mogło się coś stać poważnego?

I tym podobne zarzuty, ale bardziej okraszone potocznym słownictwem. Skruszony menadżer popluskał coś pod nosem i tyle. Powiedział, abym to zgłosił w wózkowni. No, i luzik. Całe zajście trwało trzy sekundy. Po czym zabrałem swoją kupę papieru toaletowego, nawet nie zdążył się wysypać ze skrzyni, zawiozłem gdzie trzeba, odstawiłem wózek do naprawy z notką o niezainstalowanej funkcji szybkiego spowalniania i poszedłem do domu. Na drugi dzień rozpoczęto szumnie nazwane dochodzenie, kto zawinił? Zajęło to tym matołom od myślenia cztery dni, w ciągu których nie mogłem pracować, bo taka jest procedura. Oczywiście śledztwo zakrojone zapewne na bardzo szeroką skalę wskazało moją winę, a po notce o stanie oprogramowania wózka ślad zaginął. Przecież to potężne centrum dystrybucji dóbr jest firmą wiodąca prym pod każdym względem, także bezpieczeństwa pracy. Tym trikiem zwyczajnie mnie wyautowali odstawiając za bramkę bez słowa wyjaśnienia. Już to przerabiałem, apeluję więc do wszystkich moich nadchodzących pracodawców, aby na przyszłość wysilili się na coś choć odrobinę oryginalnego, gdyż moja egzystencja traci na kolorycie ekscytacji. Za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby z góry dziękuję. Więcej atrakcji dostarczył mi jakieś dwa tygodnie temu AMT, czyli ten komputerek przytwierdzony w pracy do mojego przedramienia mówiący mi, co mam robić. Poinformował mnie mianowicie, iż powinienem właśnie udać się na lancz. Poszedłem posłusznie. Dla zdrowia oczywiście. Aby mieć siłę do dalszej pracy. Ja przecież kocham pracę. Każdy jej rodzaj i odmianę. Byle dużo. Byle tylko nie z mojej strony. W ten sposób kocham, rzeczywiście!


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-12-27 12:53:28
.

W magazynie osób mniejszych 9


            Nigdy bym się nie spodziewał takiej szybkości w obrotach fortuny, gdybym nie znał własnego buńczucznego charakteru. Zazwyczaj to właśnie on przyśpieszał bieg wydarzeń. Zaogniał, ranił i porzucał, na zawsze. Czasem jednak los robi to za mnie i wtedy trzeba chwileczkę przystanąć i pomyśleć:

- Co właściwie dzieje się teraz ze mną? Wyjątkowo jakoś lubię te momenty, kiedy moje ego jest u steru i rozdaje karty, bo przecież ta partia, zwana życie, jest moja. Powinna być tylko i wyłącznie moja. Jakieś parę miesięcy temu wyszedłem o północy, jak kopciuszek z pierwszego i zarazem ostatniego dnia próbnego w niezmiernie ekskluzywnym hotelu, gdzie miałem zostać kelnerem bankietowym. Posada sługusa, jakby powiedziała większość. Nie ważne, to nie był pierwszy raz w takiej konfiguracji zawodowej. Istotne, że dla marki wiodącej prym w świecie hotelarstwa. Prestiż powinien był mnie zmotywować a ja byłem kompletnie „zdemotywowany”, jak mawiała jedna moja szefowa przy kolejnym opóźnieniu wypłaty i tak zaległej pensji. Całe sześciogodzinne przedstawienie, wyjątkowo nie w smak moim prywatnym wyobrażeniom rautu pod każdym względem, zakończyłem, o ironio po angielsku, wychodząc cichaczem, nic nikomu nie mówiąc. Cały bankiet przypominał folwark zwierzęcy, jeżeli chodzi o konsumpcję, natomiast kelnerzy tam pracujący zachowywali się jak beznamiętni podawacze. Generalnie pasowali do ucztujących, głodzonych zapewne na długo wcześniej. Choć wątpię, aby uprzednio podróżowali z Gdańska do Krakowa pociągiem intercity o jednym maciupkim wafelku w pokaźnej cenie biletu, kiedy akurat zapomnieli doczepić swoistego wagonika z Warsem. Najwyraźniej do wagonów bydlęcych nie dołączają. Wymsknąłem się więc jakbym uciekał z balu, na którym byłem co najwyżej jednym z kocmołuchów. Niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się zbiec od nieopuszczającego mnie przeświadczenia, że nie powinienem skoro była szansa...

- Może nie z  każdej szansy należy korzystać? Albo może z każdej, aby tylko sprawdzić, iż nie każda jest dla każdego stworzona? – pomyślałem. Cieszyłem się jak dziecko.

- Udało się, udało mi się uciec! Nikt mnie tam nie przetrzymywał, ale uciekłem. Umknąłem przed sobą. Od tamtego czasu rzadko czułem się taki wolny, a raczej wyzwolony spod własnego jarzma, które pod wpływem rzeczywistości, w jakiej żyć mi przyszło, nakazuje łapać każdy ochłap zsyłany przez wątpliwą opatrzność. Na łaskę losu również muszę zapracować własnoręcznie. Niekiedy nie mamy na tyle pewności co do wybryków naszej drogi lub wystarczającej siły w gąszczu zawahań, aby obalać świat plastikową łopatką bez mrugnięcia okiem. Wtedy gwiazdy tak się obracają dla nas swoim światłem, by bez naszej świadomej ingerencji odmienić pewne koleje losu na dość inne dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, kiedy sami boimy się odbłądzić własne życie zgodnie z tym, co nam wpojono, że wszystkim rządzi ktoś większy. Że nie mamy powodu się miotać, bo rzeczy i tak nie zależą od nas. Niezależnie co w tym wszystkim jest iluzją, jeśli ten większy mądrze rządzi i do tego zgodnie z moją bardzo wolną wolą, to ja nie mam przeciwwskazań. 

 Tym sposobem albo jakimś zbliżonym do tego, z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami, opuściłem mój dom na wyspie. Zmieniłem wyspę i przebywam obecnie w mieszkaniu. Dom na wyspie był w Antrim, koło Belfastu w Irlandii Północnej. Teraz od pięciu dni mieszkam prawie w absolutnym centrum Manchesteru. Na zakupy mam bliżej niż do pracy, a to nie jest dobra kombinacja biorąc pod uwagę, że jestem tu po to, po co zdecydowana większość. Gromadzić zaskórniaki na zaś, taki jest priorytet. Nie planuję się tu osiedlać póki co, więc nie ma czasu na zabajerowanie. Trzeba jednak brać poprawkę na przeskoki linii życia. Ponadto, mam za mało miejsca w walizce na wszystko, co mógłbym tu kupić w korzystnej cenie, więc nie mogę zostać zbyt długo. Okazja czyni konsumenta. Bardzo dobrze, nie można przecież mieć wszystkiego! To zupełnie tak, jak z jedną klientką, w czasie mojej pierwszej pracy w restauracji, która zadała mi standardowe pytanie:

- Co Pan poleca?

A ja jej na to zachowawczo i z wrodzoną przekorą:

- Wszystko, wszystko polecam tylko z różnym natężeniem.

Na to równie swawolna pani odpowiedziała mi z przekąsem:

- Wszystko choćbym niezmiernie chciała, to mi się nie zmieści.

Całkiem pomyślnie dla jej wątroby.


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-12-22 13:16:46
.

Choinki na te święta są wystrzałowo porąbane !!!

świąteczny choler


brak opinii grozi cholerą skomentuj (1)
2011-12-08 11:47:36
.
W magazynie osób mniejszych 8

Może się dowiem, a może przyjdzie mi odszczekać, ale jestem tu dopiero miesiąc. Skąd mogę wiedzieć, jak wygląda życie wewnętrzne Irlandczyka Północnika? Jedynie opisuje, co widzę. A widzę tylko to, co jest dane zobaczyć ludzkiemu dodatkowi do pomarańczowego wózka. Perspektywę mam ograniczoną do subkultury magazynowej i okolic po drodze. Na rozmyślania mam wolną głowę, bo to najgłupsze z zajęć, jakie kiedykolwiek miałem nieprzyjemność wykonywać, ale za najlepsze pieniądze z dotychczasowo zarabianych. Totalna nuda nieustannie powtarzanych czynności. A po pracy głównie siedzę i czekam, aż życie zaproponuje mi jakieś ciekawsze rozwiązanie – nawet nie w kwestii ceny tutejszego produktu zbliżonego do chleba. W tym cały problem. Nie ma na co czekać. Trzeba działać! Czynić jakąkolwiek powinność w sobie, jeśli nie ma sprzyjających warunków na zewnątrz. Wiem, że każdy puszkowany produkt myśli podobnie, bo – na podstawie filmów o policjantach i psychopatycznych seryjnych mordercach – rozkminiłem, że pracując w magazynie, muszę zacząć myśleć na sposób produktu. Życie towaru stawało mi się coraz bliższe, co miało zaowocować niebawem dziwnymi zjawiskami.


brak opinii grozi cholerą skomentuj (1)
2011-11-23 21:20:10
.
Ropa
 
Milczące bryły słów
wytrwale tropią
zderzenia teraźniejszości wiedzy
z watahami krzyczących masywów
dryfują profesjonalnie
do żerowiska wiary
nieskończona obojętność
platonicznie kochająca boga
prawda komplikowana zderzeniami
antagonistyczne argumenty
i trwałe wiązania przekory
prostota uczuć
podejrzana w prostej linii
szczerość bliska rezygnacji
ropą zalepia oczy.



brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-11-21 11:51:38
.
W magazynie osób mniejszych 7

Gdy pierwszy raz skosztowałem tutejszego jedzenia w kantynie pracowniczej doznałem szoku. Zaznaczę, że kantyna jest pokaźnych rozmiarów. Jest w pełni oblegana ludzko i to na kilka zmian, bo na raz wszystkich by nie wykarmiła. W zapachu jest typowa, jak bar szybkiej obsługi, gdzie smród oleju miesza się z oparami jedzenia. Pomalowano ją na żwawe kolory, które kontrastują z burymi ubraniami magazynierów. Obsługa jest nijaka, dopasowana do tego co serwują. Smaku poza cukrem nie stwierdzono. Trociny z cukrem smażone na głębokim oleju. Przypraw generalnie brak. Słodzą tu wszystko. A jak coś ciepłe i posłodzone – uznają to za nadające się do spożycia. Tylko czy podgrzane warzywa, zazwyczaj jednego gatunku, wylane z puszki razem z bezsolną zalewą można nazwać dodatkiem do obiadu? Pewnie by można, gdyby owe warzywa miały swój pierwotny smak. Albo chociaż połowiczny. Wszystko okazuje się tu mało smakowe. Ich produkty żywieniowe nie są pośredniej jakości, one są całkowicie poślednie. Nazwałbym je produktami połowicznego rozkładu. Radioaktywności niestety nie mam czym zmierzyć.

Ale Irlandia jest pełna sprzeczności, bo można dostać kuriozalnie tanie i wyjątkowo smaczne jogurty. Gdybym przyjechał tu pracować jako modelka, pewnie nie musiałbym jeść niczego innego, no ale jak długo fizyczny pociągnie na takiej diecie? W dodatku przy takiej ruchliwej pracy ciągle chce się pić, a przyzwoita woda mineralna jest tu droga. A każda szanująca się modelka pamięta o codziennym wypłukiwaniu z organizmu toksyn za pomocą takiej właśnie wody zaopatrzonej w listek mięty, który ma odświeżać. Skąd ja tu wezmę mięte? Znalezienie tak wyszukanych przypraw jak majeranek zakrawa o firmament. Niezależnie od wyszukiwarki i ceny produktu.

Szok mnie wzmocnił – postanowiłem, że choćby nie wiem co, nie zamierzam żywić się tak jak tubylcy i będę gotował na własną rękę. Dobrze, że mam w tym doświadczenie i trochę praktyki, mogłem więc sobie pozwolić na takie śmiałe rezolucje. No ale przecież piec samemu chleb to bez sensu – jak myślałem – próbowałem więc przyzwyczaić się do tutejszego. Bezskutecznie. Taki, co wygląda na dobry, kosztuje minimum trzy raz tyle, ile jest wart. Chleb w przystępnej cenie, zawsze jest chlebem tostowym. Ten natomiast najlepiej smakuje na ciepło i jest prawie całkowicie sztuczny co do składu.

Posiłek jednego z moich współmieszkańców wygląda tak: rozpuszczająca się polska konserwa na ciepłym tutejszym chlebku z tostera. Pod konserwą zdążył się już rozpuścić posmak produktu margarynowego. Posmak, bo oszczędzać trzeba, jest przecież wojna, głód, a my tu na robotach przymusowych. Całość tej potrawy na gorąco należy zalać obficie ketchupem, pewnie po to, żeby mniej śmierdziała. Gdy na to patrzę, czuje się jak niemowlę, któremu bułka przylgnęła do podniebienia akurat wtedy, kiedy zaczęło mu się ulewać. Tak wiem, nie powinno się karmić niemowląt bułkami. Tym bardziej miejscowymi.

Dlatego jednak chlebki piekę sobie sam, a dzieci nie planuję. Według jednego z naszych mądrych w rządzie, posiadanie dużej ilości dzieci jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie przyzwoitego bytu na emeryturze, bo na opłacany całe życie ZUS nie ma co liczyć. A pewnie, teraz nasze starzejące się społeczeństwo zacznie rodzić dzieci – niechby choć jedno z miotu dobrze ustawiło się w życiu, a reszta trzódki na emigrację. Niestety niezależnie od płodności narodu mój rocznik już jest ugotowany.

Właśnie, dlaczego napisałem „ugotowany”, a nie na przykład „załatwiony”? Wcale nie dlatego, że zwrot „mieć przejebane” byłby nie na miejscu. To z powodu tego, że wszystkie moje myśli krążą teraz wokół gotowania. Ostatnio w gazetce pracowniczej przeczytałem artykuł na temat objawień raka w Irlandii. Wynikało z niego, że planują u co trzeciej osoby stwierdzić jakiś rodzaj nowotworu w jakimś stadium. „Fantastycznie” – pomyślałem, przełykając na stołówce kawał obiadu. Tak, przyznaję, głód wygrał z moją niezłomnością i skusiłem się zjeść coś rakotwórczego. Jednak albo zmienili kucharza, albo po miesiącu już się zmutowałem i tutejsze specjały jakby nawet nieśmiało mi smakują bez specjalnych konwulsji podniebiennych. A może gdy pracownik fizyczny potrzebuje żreć, nic go nie powstrzyma. Już się boję, jaki drastyczny gwałt nastąpi na moich kubkach smakowych, gdy wrócę do Polski.

Ale wracając do raka. Jak ma nie być nowotworów, biorąc pod uwagę stopień przetworzenia tutejszych produktów. Mleko czuć plastikiem, jajka podśmierdują nie wiadomo czym, warzywa nieudolnie poszukują jakiegoś konkretniejszego wyrazu postaci smaku lub zapachu. Atrybuty typowe dla reprezentowanego gatunku straciły swoją indywidualność. Większość potraw gotowa, tylko do przygrzania w emiterze smaku, czyli mikrofali. Najtaniej życie wychodzi w puszkach albo mrożone. Naturalnie trudno to jeść, ale jaka oszczędność czasu! Zostaje więcej na kolejną (po zakupach) tutejszą atrakcję, czyli telewizor i zjedzenie czterech kilogramów chipsów octowych dziennie. Mówią, że w Polsce ziemniaki są podstawą żywienia… Ciekawe czy wyspiarze znają też zastosowania denaturatu...


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-11-03 18:00:53
.
Narzędziownia mroku

Mrok oślepiający słońce
łypie zza rogu obfitości
opisuje karton mieszkalny słowem radość
zlokalizowany na ulicy chłodnej
tuż za winklem szczęśliwej
usianej psimi kupami
w aglomeracji zażyłych blokowisk
gęstych wyobcowaniem
spoufalonych przy zsypie
mrok odrobinę ordynarny
pod włos ogólnie przyjętej pamięci
której przekornie niedoświetla
omija płycizny głęboki łukiem
i nie odbiera parafialnych awizo
w narzędziowni wiary trzyma skorupy
burzące klarowność świetlistych sztuczek
podwaliny szoruje czymś z domestosem
by poza mrokiem nie było zamętu.
 
brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-10-31 17:00:18
.

W magazynie osób mniejszych 6

Kiedy nachodzi mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono. Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu stwierdzam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać, zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku, ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego domu na wyspie.

Mam do pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd taki ruch... Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej. Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to „indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie, powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?

Czasem, gdy idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-10-26 20:52:01
.

W magazynie osób mniejszych 5

Ale pozostają zakupy! Temu nałogowi tubylcy oddają się bez reszty i nic dziwnego, bo wszystko jest tu nieziemsko tanie – nawet dla mnie, choć wciąż mam w głowie kalkulator, który mimowolnie przelicza wszystko na polską walutę. A przecież tutejsi zarabiają o niebo więcej niż ja! Grzechem byłoby nie kupować. I ani mi w głowie powstrzymywanie rozwoju zachłanności własnej. Byle dużo! Już wymyśliłem, że przed powrotem do domu – gdziekolwiek on jest, umówmy się, że na pewno w Polsce i zawsze tam, gdzie Mama – wyrzucę większość starych ciuchów, w których chodzę czasem ponad dziesięć lat. Nie z biedy, raczej z przywiązania, ewentualnie z pragmatyzmu. Tyle że teraz inny pragmatyzm mi podpowiada, żebym się obkupił jak wariat, skoro za pół darmo. Przyjechał w łachmanach, a wróci w markowych ciuchach królewicza. Jednak ubieranie się w transparenty reklamowe jakoś mnie nie tryka. Tuziemcy natomiast bardzo to lubią. Im większy emblemat firmy, tym byłbym bardziej na fali. Polacy przebywający tu niewiele dłużej ode mnie już złapali taki zarazek. Bakcyl bycia powierzchnią reklamową. To właśnie nosicielom firmy powinny płacić za rozpowszechnianie ich logo, a nie odwrotnie. A może po prostu jestem przedatowanym wapniakiem nie czytającym Faktu. To jest jeden ze szczytów bezczelności, sprzedać komuś własny produkt, który jest darmową powierzchnią reklamową. Sprytne czasy.

Większą bolączką niż moda wydaje się być dla mnie inne zagadnienie związane z pobytem na obczyźnie. Po sześciu miesiącach tutejszej pracy – bo tyle planuję tu pozostać – nie tylko zakupione ubrania mogą przestać na mnie pasować. Cały mogę przestać do siebie pasować. Dłonie już tracą delikatność, wkrótce twarz sczerstwieje od wiatru i zagryzania zębów. Pracownicy, na których mutagenny wpływ magazynu działał dłużej niż na mnie, przejawiają skłonność do garbienia się i wydawania z głębi własnego ciała przeróżnych odgłosów zapewne tylko przypadkowo nie zakwalifikowanych do kanonu savoir-vivre’u. Typowy magazynier jest nieogolony, ma tłuste włosy, a ubrany jest nieszczególnie schludnie. Profil ma zacięty, na czole pot, na rękach brud. Brzydko się patrzy. Pachnie nie lepiej. Lubi pluć i przeklinać. Interesuje go wyłącznie przerwa i koniec zmiany. Nie myśli o losach świata, ani nawet o małych foczkach, którym topnieją tereny lęgowe. Jedynie transmisja sportowa jest w stanie odwrócić uwagę LPD od podnoszenia dóbr. Analogicznym sposobem rozumowania antycypuję, że za kilka miesięcy moja postura może nie przypominać szlacheckiej, jakby wskazywało na to skołtuniałe pochodzenie w linii miecza. Ta polska zaściankowość… Tu nie słyszeli o Polsce szlacheckiej, pewnie temu na lotnisku zabrali mi nożyczki. Żebym uchodził za bardziej otępiałego. Ewentualnie nie ukradł samolotu.


brak opinii grozi cholerą skomentuj (2)
2011-10-23 21:35:48
.

W magazynie osób mniejszych 4

  Co do pogody, to faktycznie zazwyczaj jest ciepło, jeśli akurat nie ma mroźnego wiatru, który przy panującej tu wilgotności potrafi przeszyć zimnem do żywego. Bryza od morza przeważnie niesie nawałnice i deszcz zacina poziomo – prosto w oczy. A jeśli akurat ani nie wieje, ani nie leje, to jest szaro, buro i mgliście, najlepiej jeszcze z denerwującą mżawką. Objawów słońca jest tu tyle, co na Cyprze – tyle że porą deszczową w nocy. To znaczy słońce zawsze gdzieś jest, ma jednak gorszy zapierdziel niż ja i nie ma czasu załadować światła. Nawet jak zaświeci, to jak wtedy akurat jestem w mrocznym magazynie bez okien, więc daremny trud. Wieść gminna niesie, jakoby Afryka zużywała za dużo energii słonecznej, dlatego tutaj mają deficyt. Pewnie służy bananowym dyktatorom do produkcji broni nuklearnej. Irak wpadł na to trochę wcześniej, tylko jeden taki boski prezydent wyczaił ich niecne zamiary. Nieco zbrojnie.

Tak więc w Irlandii pada. Akurat mamy porę deszczowo mokrą, to jest prawie zimę. Po niebie nieprzerwanie ciągną tabuny chmur nie do przebicia. Czasem się przewalają z nudów, czasem pędzą, jakby się czymś zaraziły od wściekłych krów albo po prostu spojrzały w dół i stwierdziły: „Ależ tu bezbarwnie! Stagnacja i apatia. Spierdzielamy stąd w trzech migach nad Śródziemne”. Tam wieloryby ostentacyjnie smażą się na plaży, mimo że Green Peace próbuje je zepchnąć z powrotem do morza. A tu wieloryby siedzą zamknięte w domach przed telewizorami i zajadają octowe chipsy. Naprawdę, mają tu takie i nie radzę kosztować bez przepitki. Wcale im się nie dziwię, że nie wychodzą z domów i tyją, skoro tu taka pogoda. Zazwyczaj nie chce mi się nawet patrzeć w niebo…

Dziś słońce wyszło na godzinkę i już chciałem pobiec z aparatem na sesję zdjęciową nad jezioro, ale szczęśliwie przyziemne sprawy domowe zatrzymały mnie na moment i tylko dzięki temu nie zmokłem. Takie ekspresyjne nasłonecznienie cechuje się tutaj bardzo dużą dynamiką zmian. Jest po prostu dynamicznie spokojne, ewentualnie spontanicznie zaplanowane. Zresztą po grzyba tu komu słońce, przecież mają niedaleko centrum handlowe i dwa supermarkety! To jedyne i ulubione atrakcje w okolicy. Na przyrodę nie ma co liczyć. Oprócz jeziora, obecnie omijanego szerokim łukiem ze względu na ptasią grypę, mają tu jeszcze park z kilkoma ładnymi drzewami i jakąś zabytkowo zapyziałą wieżę, z której zrzucano czarownice. Faktycznie, czego to człowiek z nudów nie wymyśli!. Żeby chociaż ta wieża była otwarta… Poza tym widziałem na horyzoncie dwa wzniesienia, ale wciąż jak nie praca, to średnia opadów rocznych koliduje z moimi planami ekstremalnego alpinizmu na wysokości około pięciuset metrów. 


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-10-22 22:38:12
.

W magazynie osób mniejszych 3

A nie wszyscy są od roboty. W magazynie są też tacy od myślenia. Tak się bidulki przemęczają, że czasem mam ochotę przewieźć ich moim rozklekotanym pojazdem z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, co by im się w główkach przejaśniło od powiewów świeżego powietrza. Może zaczęliby wtedy racjonalnie nami zarządzać. To znaczy, żebym ładował puszysty papier toaletowy, a nie diabelnie ciężkie zgrzewki wielopaków wody i soków. A tu nic z tego. To nie koncert życzeń. Co najwyżej randka w ciemno za wachlarzem z szeregu palet. Wygrać można zakwasy. Odciski są nagrodą pocieszenia.

No i tak sobie jeżdżę po tym magazynie w poszukiwaniu upragnionych przez Irlandczyków produktów odżywczych. Tubylcy karmią nimi swoje nowotwory w różnych stadiach, bo z żywnością ten towar ma tyle wspólnego, co muszki owocówki z owocami. Czyli wywodzą się z jednej linii. Frazeologicznej. Już tłumaczę. To jest tak, że te produkty miały być odżywcze, żeby nie powiedzieć z rozpędu naturalne, a muszki owocówki z założenia miały dawać owoce. Gdy tak sobie jeżdżę moim wózkiem, mam bardzo dużo czasu na przemyślenia. I kiedy trak ostatnio mi robił „pyr, pyr, pyr”, to skojarzyło mi się, że jestem taki fajny jak ten pan, co w jednym filmie na małym motorku-kosiarce jeździł po świecie. Że moja praca to taka właśnie prosta historia. Bardzo prosta umysłowo, nie mylić z kosiarzem umysłów. Takie codzienne wyścigi z czasem, aby nadążyć za chorą normą.

Przeprowadziłem ostatnio doświadczenie na sobie i systemie magazynowym. Wyszło mi, że nigdy nie będę wystarczająco dobrym pickerem. Picker to Ludzki Podnośnik Dóbr – LPD. Często mylone z LPR. Dalece niestosownie. Dostałem wyjątkowo skomplikowane zadanie – odnaleźć i dostarczyć jeden ładunek, jeden produkt z szarego końca brudnego magazynu. Postanowiłem się wykazać. Ekspresowo załadowałem skrzynię na traka i popędziłem przez magazyn na przełaj, łamiąc wszelkie możliwe wewnętrzne przepisy drogowe. Przepisy mówią o tym, że wszystkie drogi są jednokierunkowe i nie można jeździć do tyłu. Skutkuje to wieczną jazdą slalomem między alejkami. Należy też trąbić przed wjechaniem na skrzyżowanie, przydatne, gdyby ktoś usnął za kierownicą. Jakby powiedzieli panowie policjanci z drogówki, nie zastosowałem się. Błyskawicznie zabrałem już z daleka upatrzony produkt i wróciłem pełnym gazem w ten sam niegodny kierowcy sposób. Odstawiłem na wyznaczone miejsce, kliknąłem to tu to tam, a tu niespodzianka! Nie udało mi się wyrobić normy! Nie zmieściłem się w czasie! No więc co ja miałem zrobić? Przeskakiwać między alejkami? Fruwać pod sufitem? Czy założyć majtki na wierzch i udawać Supermana? Struś Pędziwiatr, szybki tramwaj, Flash Gordon... Może to są te normy unijne dla Polski? Ale luz, myślmy pozytywnie. Po co mi logika, skoro jestem w wesołym miasteczku? Rozbijam się pomarańczową furą i jeszcze mi za to płacą. 


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-10-21 21:09:19
.
W magazynie osób mniejszych 2

Właśnie, tylko bajka. Ten duży, piękny dom wcale nie jest taki duży. Ani nie piękny. Zwykła bryła bez udziwnień typu jaskółka, wykusz, weranda. Zupełnie surowy. W środku tylko najtańsze sprzęty z hipermarketów. Większość dopiero wymaga powołania do życia z formy wieloskładnikowej rozproszonej do formy jednolicie spójnej. Wszystko w granicach rozsądnej funkcjonalności. Najlepiej bez użycia narzędzi, bo tych też nie mam. Z zewnątrz mury bez wyrazu. Równiutko opaskudzone przez ptaki, których gniazda zdążono usunąć chyba dopiero na tydzień przed moim przybyciem. Więc w zasadzie dosyć wyrazista, jak na wierzchnią okładzinę. Na termoizolację mi to nie wygląda.

Jedyna egzotyka, że dom stoi na wyspie. To co przyczepiło się do domu od spodu, to Irlandia Północna.

Ogród... Hm, to zdecydowanie za duże słowo. Zwykły trawnik trzy na cztery metry bez dodatkowego zakrzewienia, nie wspominając o drzewostanie. Do tego dom wcale nie jest za darmo, bo firma, która go wynajmuje, za tę przysługę odbija sobie z mojej pensji. Nawiązka zwielokrotniona, rzecz jasna. Mieszkam tu z sześciorgiem współpracowników, co wydatnie obniża komfort użytkowania luksusów pokroju kuchni, łazienki czy telewizora.  Nawet jakość spania wydaje się być zredukowana, bo domek jest dość tekturowy jeśli chodzi o teksturę jego spoistości, a co za tym idzie dyskretny akustycznie, jak kościół wybudowany na terenie amfiteatru nad jeziorem w obszarze nieckowatej łąki. Czyli głos rozchodzi się bezproblemowo, a ukształtowanie terenu potęguje jego siłę wyrazu. Lekko uciążliwe rozwiązanie, kiedy akurat chce mi się krzyczeć.

Moje bezstresowe zajęcie to praca dla najniższej miejscowej klasy społecznej, opóźnionych w rozwoju, nadpobudliwych psychicznie, neandertalczyków z nadmiarem wewnętrznego wydzielania hormonów oraz inteligencji z Polski. Ciekawe do której grupy pasuję najbardziej ?

Te całkiem duże pieniądze też wcale nie są zniewalające. Powiedziałbym nawet, iż względem najniższej gwarantowanej stawki dochody często wyglądają na niższe. Nie bądźmy jednak zachłanni. Na produkty z najniższej półki zawsze mnie stać. Jakość marketowa jest mi bliska, bo właśnie w magazynie jednej z największych europejskich sieci marketów mam bezdenną przyjemność pracować. O wielkości sieci niech świadczy fakt, że na Wyspy też już trafiła.

Jeżdżę sobie rozwalającym się pomarańczowym wózkiem prawie widłowym, wyposażonym w donośny klakson oraz niesprawne hamulce. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pomarańczowy był modny w zeszłym sezonie. Mój wózek, zwany trakiem, ma przód. Wypełnia go wielka bateria, a baterię wypełnia kwas. Dalej sterczy drążek sterowniczy, takie coś ja kierownica hulajnogi. W nowszych modelach zamontowano tradycyjną, okrągłą kierownicę. Konstruktorzy wygospodarowali też miejsce stojące dla głupiego, oparcie o różnych zastosowaniach oraz widły nazywane tu widelcami.

Na widelce nadziewam sobie albo jedną metalową skrzynię, albo dwie, albo nawet trzy. Nadziewałbym ich jeszcze więcej, ale muszę się słuchać mojego własnego osobistego komputerka, czyli takiego przerośniętego zegarka, który pasuje jedynie na tydzień mody w Paryżu. Można by go nazwać armtopem – raz, że brzmi to fajnie, jak z science fiction, a dwa, że komputerek okupuje całe przedramię. A kiedy zapnę  rzepy, obłapia mnie technika i zaczynam rozumieć, jak niewygodnie jest być cyborgiem. Do tego obłapianym w pracy i nie narzekającym ani na lobbing, ani nawet ocieractwo. Komputerek łączy się kabelkiem ze skanerem – kolejnym z moich sztucznych narządów zmysłów, przyczepionym dla odmiany skóropodobnymi paskami do grzbietu dłoni. Kabelek odchodzący od skanera biegnie do guziczka na moim palcu wskazującym. Na co wskazuje palec przeczytacie w dalszej części poradnika pod tytułem: „Jak magazynować, aby  zmagazynować się gdzie indziej” Natomiast, wspomiany guziczek powinien kolejnym kabelkiem łączyć się z mózgiem magazyniera, ale Polakom nie zamontowano takiej opcji.

Zegarek mówi mi, co mam robić, kiedy i w jakiej ilości. Ja robię, czyli naciskając kciukiem przycisk na palcu wskazującym, włączam laser, skanuję kod kreskowy produktu, a na wyświetlaczu wyskakuje, ile dziadostwa zabrać i gdzie odstawić. Jeśli rozkazy komputera są bez sensu, to i tak nie mogę tego zmienić, bo bym go popsuł, a na taki jeden musiałbym pracować ze trzy miesiące. Armtop nie mówi mi tylko, kiedy mam iść na przerwę, bo po co wyrobnikowi przerwa? Nie łączy się też z Facebookiem, co może potęgować samotność. Na początku zastanawiałem się, czy będzie mi wyświetlał: „Pora na siku”. Po kilku atakach pęcherza moczowego już się nauczyłem, że nic go to nie obchodzi. Szczury uczą się szybciej! Zostawmy jednak genezę mojej inteligencji. Jestem tu przecież wyłącznie od roboty. 


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-10-20 19:25:48
.

W magazynie osób mniejszych 1

Jestem nieobecny. Nie ma mnie w moim dotychczasowym życiu. Jest za to nowe zjawisko, obecne. Moja nieobecność wydaje się być usprawiedliwiona. Mieszkam w dużym, pięknym domu z pokaźnym ogrodem, na malowniczej wyspie. Do tego za darmo! Mam zupełnie bezstresową pracę. Zarabiam bardzo dobrze. Codziennie mogę się cieszyć zniewalającym pięknem otaczającej przyrody. Urządzam sobie wypady do centrum handlowego i kupuję wszystko, na co tylko mam ochotę.

W dodatku tu niemal zawsze jest ciepło. Taki typowo morski klimat z lekką bryzą od wody. Kiedy najdzie mnie romantyczny nastrój, mogę udać się nad pobliskie jezioro, podziwiać łabędzie i inne ptactwo – zbyt leniwe, by wznieść się ponad ziemię lub wodę. Nie ma co się im dziwić. Na górze zatrzęsienie samolotów z Polakami. Na dole tylko widmo ptasiej grypy.

Co kilka dni oddaję się gotowaniu z pasją przynależną każdemu szalonemu twórcy, a raczej eksperymentom na półproduktach. Robię to czysto hobbistycznie oraz dla relaksu, pomijając oczywiście skłonność do obżarstwa – w myśl dowcipu o człowieku, który przychodzi do apteki, prosi o coś na zachłanność, po czym zaciska palce na brzegach okienka i szarpiąc je, krzyczy do przestraszonej pani po drugiej stronie: „Byle dużo! Dużo! Dużo!”.

Wieczory spędzam, oglądając ciekawe filmy na moim małym kinie domowym. Wcześniej jednak jeżdżę na rowerze, uprawiam bieganie lub chociaż streching. Potem kąpiel z olejkami do aromaterapii. Przed snem odrobina ulubionej muzyki, by łatwiej wpaść w całonocny niebyt. Nie muszę wstawać rano, bo pracuję tylko kilka godzin dziennie, a zaczynam kiedy chcę – gdzieś po południu. Dzień zawsze witam zieloną herbatą, która podobno robi nowotworom otwory w poprzek, ale ja nie boję się nowotworów – piję ją, bo lubię. Śniadanie zawsze syte, jednak lekko strawne i nieprzedobrzone dobrami. Trwa minimum dwie godziny, łącznie z poranną toaletą. To jest optymalny czas na „wejście żółtka” – jak mawiał dość abstrakcyjnie mój świętej pamięci dziadek. Poranna prasa. Tworzenie listy zakupów. Obmyślanie melanży żywieniowych na później. Praca. Obiad z pełną celebracją. Ogólnie rozumiany relaks. I tak dalej. Bajka!

   


brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-09-24 23:24:06
.

Senne korytarze hipnoz 

Obraz zaczął falować po zeżarciu kokonu
lękliwego wojownika na izbie społecznej nadkwasoty serca
śmierć jako forma przetrwalnikowa wykarmiła skorupą potomstwo
przejście wyczekiwanym progiem do którego żeglowała całą flotą jaźni
agonia ponad świadomością przerwana życiem
niczym ekstatyczny dryf sennym korytarzem hipnoz
poczęcie klonów z jałowych komórek na miejscu pustek
repliki humanoidów płodniejsze od matek
bez tolerancji na słodycz mutanty nie czują
smaki rozkoszy u hybryd są sterylne
nie logiczna druga połówka jabłka po skonsumowaniu pierwszej

obraz zaczął falować po przerwaniu dopływu zgniłości.
 

brak opinii grozi cholerą skomentuj (1)
2011-09-21 22:42:31
.
Justify My Love by choler



brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-09-03 11:36:54
.
Na powierzchni głębi 

Podskórne implanty na ciele dla świata zapomnianym 
nieustający kurs kolizyjny 
śmiercionośnej pustki na kolanach 
w środku żniw 
rozwiane pierz myśli po namaczaniu 
odmraża palce do krwi 
osobliwie 
aurą ogólnego szczęścia 
na tle nierozdeptanych śladów bólu 
bycie takiej twardości katedry wśród mgieł zgubne pomieszczenia 
wyobcowanie na powierzchni głębi 
w pobliżu strumieni młodości wiecznej 
młodości przeczekiwanie 
nieostrożne zamachy wsobnych okrzyków 
poddające się presji dobrego wychowania 
przerzuty bliskości w połamanych ramionach jutra.
 

brak opinii grozi cholerą skomentuj (1)
2011-08-27 11:47:49
.
Kromka

Ekshibicjonizm nie wyeksponowany
jak ekstrawertyk zaklęty w izolację
tu trzeba ekshumacji
lub chociaż elokwencji kromki chleba.

 
brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)
2011-08-06 13:29:00
.
Zakręt obręczy


Wysoce aktywny zakręt obręczy
na którym zawisła twoja rzeczywistość
przywołuje głodne duchy z pamięci
zwabione światłem rozwieszonych lampionów
dokonacie razem palenia świata
by bez bagażu kreślić nowe zakręty
na jawie oburęcznych płomieni
we śnie zaprzeszłych kalendarzy. 


brak opinii grozi cholerą skomentuj (1)
2011-07-01 16:58:06
.
Agresywność względem betonu

Zwietrzelina promieni szukających błysku
próbująca nagryźć beton permutacji
losu stwardniałe klepisko 
matowy połysk
lub jak mówią fachowcy
brak połysku
agresywność względem betonu
wiązki światła szukającej lustra
szara breja utwardzona dechą
na drodze kół fortuny
niczym ciało doskonale czarne
pochłania każdy błysk
niczego nie wypuszcza.
 

brak opinii grozi cholerą skomentuj (1)
2011-06-20 10:42:41
.

Wraki

Wraki ludzkich dusz stojące po środku własnych zarośli
przeszłość obrośnięta pnączami zakorzeniona do wnętrza kości 
czasem ktoś odholuje wrak.


brak opinii grozi cholerą skomentuj (2)
2011-05-13 13:46:39
.
Najmniej możliwości w portalu

Miejscowe obroty możliwości ciał
na gzymsie zmysłów i nie tylko
powrót do poprzedniej sposobności plus pewność
że nie była właściwą
igraszki na linie bez asekuracji
wysokości obłędu nad separacją
emocjonalna przypadłość uskrzydla 
nie w systemie zależności niskich lotów
pozbawiona odporności na rewanż
radość rozchełstanej równowagi
na którą rozsądniej sobie nie zezwalać

twarz przesiąkająca ziemią 
spłyci zwierciadła błękitu
niefortunne krawędzie budowli
w związku z dopasowaniem do oczu
noc przybierze powietrzne ślady walk 
użebrowanie gwiazd pozamyka światło 
a serce jedyny dostępny portal
kruchość postrzępionych chmur
przerysuje mrokiem oczy obserwatora.
 

brak opinii grozi cholerą skomentuj (0)


WSZĘDOBYLSKI CHOLER WŁÓCZYKIJ

ALIENKOMIX.BLOG.PL

alienkomix.blog

KOMIXXY

POEZJA UODPARNIA

KWEJK

TAK SIĘ KOŃCZY CZYTANIE

DEMOTY

UWOLNIĆ PORĄBANE CHOINKI

NIE LUBISZ - NIE ŻYJESZ




REKLAMY

Choler Advert 1
Filmik otrzymał I nagrodę w konkursie portalu Blog.pl na najlepszą wizualną reklamę bloga autorskiego.

Choler Advert 2


POEZJA NIE GRYZIE NIE ZAGRYZA

CUDZE CHOLERSTWA
alienkomix
piotr dolny
langel
poezja polska
mowa zawiązana
joanna


JEDYNIE ROZSZARPUJE MÓZGI

VIDEO REMIXY

Justify My Love by choler

Travelling with Madonna Advert

Travelling with Madonna

Nie Spaceruję Nago

Intro to Travelling with Madonna

Most Między Nami

Paradise Is Frozen

Hidden Track

The Power Of Good Bye



INFORMACJE

produkty na zamówienie:

  • artystyczne filmy reklamowe
  • teksty piosenek do muzyki
  • wiersze okazjonalne
  • banery i boxy reklamowe
  • montaż dźwięku
  • reklama na stronie bloga
KONTAKT


POEZJA ETERYCZNYCH MASZYN

MEANDRY WYBOISTEJ PRZESZŁOŚCI
2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
listopad
lipiec
maj
luty
2008
listopad
październik
lipiec
maj
marzec
styczeń
2007
grudzień
listopad
lipiec
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
październik
sierpień
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2003
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



DLA CHOLERNIE UZALEŻNIONYCH

Najlepsze wpisy w komentarzach lub księdze gości nagradzane są kubkami lub torbami. Wystarczy być zwyczajnie, cholernie kreatywnym
...lub być niezwykłą kreaturą.



Do tej pory kubki powędrowały do:
  • Katarzyny Sawczuk z Wrocławia
  • Filipa Tomasika ze Skawiny
  • Agnieszki Pławskiej z Łodzi
  • Izabeli Kobylarz ze Zbydniowa
  • Martyny Sitniewskiej z Jabłonowa Pomorskiego

  • oraz do słuchaczy radia FRYCZ




    DLA CHOLERYCZNYCH RUCHOWO


    Torbę sportową otrzymali:
  • Tomasz Niziołek z Krakowa
  • Zbigniew Cichawa z Opoczna
  • Joanny Persyk z Częstochowy


  • Torba z wkładką muzyczną:
  • Damian Ryś z Kęt
  • Magdalena Bednarska z Inowrocławia
  • Alan Logan ze Świebodzina
  • Elżbieta Świtulska z Łask
  • Piotr Głonik z Łęczycy
  • Dariusz Makowski z Krakowa
  • Anny Nocoń z Fromborka
  • Barbara Gruca z Bochni


  • Torba z wkładką książkową:
  • Leszek Mizgała, Myszków
  • Małgorzata Gryszel, Białystok
  • Anna Szura, Szymbark
  • Renata Walaszczyk, Barlinek
  • Paulina Robak, Marcinowice
  • Anna Ślubowska, Purda
  • Andrzej Mankowski, Chełmica
  • Stanisław Benysek, Chróścina
  • Maciej Pęksa, Ostrów Mazowiecka
  • Bogdan Mirowski, Płock


  • + słuchacze radia FRYCZ

    Dla uczestników gratulacje!




    Tagi



    KSIĘGA TWOICH CHOLERSTW
    bądź gościem i wpisz się w HTML
    księga gości


    MEKKA SŁOWNYCH TERRORYSTÓW


    CZYTANIE POEZJI UODPARNIA NA AGRESJĘ I ZABÓJCZE DLA KOSMITÓW BAKTERIE... Z TĄ AGRESJĄ SPRAWDZA SIĘ TO TYLKO WTEDY, JEŚLI NIE PRZYZNASZ SIĘ DO CZYTANIA POEZJI KOLEGOM Z POD BLOKU
    copyrights

    copyrights by kasperovic






    stat4u